niedziela, 4 maja 2014

O "pilocie"

"Pilota" ukuł mój Tata. Co jakiś czas, gdy poziom bałaganu wznosił się ponad szczyty Tatr, a cierpliwość Mamy spadała poniżej poziomu morza, wchodził do naszego pokoju i mówił spokojnie:

"Albo tu posprzątacie, albo Wam zrobię pilota."

Zazwyczaj szantaż wystarczał, jednak są dni w życiu dziecka, kiedy na drugie imię ma Przekora. Wtedy "pilot" leciał. Wszystkie zabawki, ciuchy i bibeloty lądowały na środku pokoju. Jeśli jakaś była zepsuta, to znikała - mimo rozpaczliwych protestów - w koszu na śmieci.

Nienawidziłam tego, ale dziś sama tę metodę stosuję... na sobie. Raz na trzy-cztery miesiące wywalam wszystko z szaf i przeprowadzam reorganizację dobytku. Wywalam to, co w skutek usilnych starań Tymona i Agnieszki nie nadaje się nawet do noszenia "po domu", przerzucam ciuchy nieodpowiednie na daną porę roku na tył szafy...

Od kilku miesięcy "pilot" przelatuje również przez rzeczy dzieciaków. Nie za karę, lecz by nie kolekcjonować śmieci.

Najbardziej żal mi książeczek.

Kolorowych, z pięknymi ilustracjami i grubymi kartami. Dla mnie książki są świętością. Dla Tymona obiektem eksperymentów. Rozwarstwione lub pourywane kartki (nawet te o pięciu milimetrach grubości), obgryzione brzegi, ponadrywane obrazki.

Gdy tłumaczę, powtarza za mną "nie bono nićyć", ale ma ten fakt w głębokim poważaniu.
Skuteczniej działa odebranie maltretowanej książeczki. Jeśli zniknie na dzień lub dwa, to później traktuje ją lepiej. Niestety, mimo podejmowanych kroków, ilość pozycji w jego biblioteczce z miesiąca na miesiąc maleje.

Podobnie jest z zabawkami. Nie zliczę autek z odgryzionymi kółkami, połamanych grzechotek, urwanych części. Niektóre z nich stanowiły zagrożenie - ostrą krawędzią połamanego autka można się skaleczyć, a urwanym kółkiem zadławić.

Oczywiście dwulatek pamięta i, od czasu do czasu, wraca do mnie z pytaniem: "Gdzie jest (tu wstaw coś z listy uprzątniętych resztek).", po czym obraża si ę, gdy tłumaczę mu, że wyrzuciłam, bo było zepsute.

A Wasze dzieci? Potrafią się bawić, nie rozkładając zabawek na czynniki (przed)pierwsze?

5 komentarzy:

  1. Hehe...
    Pilota znam z własnego dzieciństwa :) Przymierzam się do niego w pokoju Elizy, ale z opcją, że wszystko co nie na miejscu, ląduje w śmieciach, bo już nie mam do Niej siły.
    A książeczki... Moja mama kupiła Lilce pod choinkę książeczkę 3D. Strasznie się podniecała, bo coś tam wystawało, coś świeciło i takie tam... No. Wszystkie te dodatkowe gadżety Lila od razu usunęła dosłownie je wyrywając i na nic nie pomogły tłumaczenia, że nie wolno...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znam pilota :) Ja chłopcom pokazuję, że trzeba naprawiać zanim wyrzucimy. Młodszy za mały a Starszy.. to żywioł.. Skleja książeczkę po czym od razu odrywa taśmę i tak w kółko.. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też tak robię, aczkolwiek książki wyrzucam już naprawdę w ostateczności, bo nawet te z nadgryzionymi kartkami można oglądać. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. u nas właśnie największa frajda jest gdy nową zabawkę można rozłożyć na czesci pierwsze. Z tego co pamiętam byłam identyczna nawet długopis musiałam rozłożyć i sprawdzić co ma w środku. Jak widać Przemek wyssał to z mlekiem matki.... upss ale ja go nie karmiłam. No nie ważne w każdym razie przechodząc do sedna potem te rozłożone zabawki często nie da się już doprowadzić do stanu używalności.....

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas na razie nie ma rozkładania zabawek, ale to chyba dlatego, że i koordynacja jeszcze leży i kwiczy.
    Jak byłam mała to nie niszczyłam... Za to moi kuzyni chętnie rozkładali moje zabawki na atomy :(

    OdpowiedzUsuń