sobota, 30 listopada 2013

Niepokój nazywany miłością

Miałam lat szesnaście i właśnie kończyłam gimnazjum. Przede mną był pierwszy ważny wybór - szkoła średnia. Marzyło mi się technikum gastronomiczne, bo - choć niewiele czasu udało mi się w tamtym okresie spędzić w kuchni - czułam, że to może być mój kierunek.

Ja. 
Moja Mama nie.

Moja Mama, której dwadzieścia trzy lat wcześniej babcia zabroniła pójść za głosem intuicji "bo krawcowa, to niewdzięczny zawód". Która wielokrotnie mówiła, że żałuje posłuszeństwa. Która dziś, jak na ironię, zarabia szyciem.

"Chcesz spędzić życie jako kuchta?! Powinnaś iść na studia! Stać Cię na więcej!" - krzyczała, a ja wiedziałam, że wcale nie. 

Zgodnie z jej "życzeniem" zrobiłam liceum. Nie poszłam na studia. Nie czułam takiej potrzeby sześć lat temu i nie czuję jej dzisiaj. Nie pracuję jako "kuchta", ale pasję do gotowania (popatrz, intuicjo) rozwijam we własnej, domowej kuchni.

Tak, wiem, że chciała dobrze. Wszystkie chcemy, żeby nasze dzieci miały łatwiej i lepiej, niż my.

Moja babcia, która wiodła życie krawcowej (wiecie, jak trudne bywa dogadanie się z klientem?), chciała tego dla swojej córki. Moja mama, której gotowanie kojarzy się z organizowaniem imprez rodzinnych, podczas których ona urobi się po łokcie, a reszta będzie się gościć, chciała tego dla mnie. 

Dziecko na zawsze pozostanie ofiarą doświadczeń swoich rodziców. Jeśli ułoży nam się dobrze, będziemy chcieli, by podążało tą samą ścieżką. Nie z pychy, lecz dlatego, że wydaje się nam ona bezpieczna i dobra. Jeśli życie rzuci nam kłody pod nogi, będziemy popychać je w inną stronę, bo przecież nasza droga była niewdzięczna i zła.

Agnieszka nie ma jeszcze pół roku, a ja drżę nad jej złamanym za lat kilkanaście sercem. Zastanawiam się ilu drani spotka. Czy będzie dość silna, by zawsze trzymać głowę wysoko. Martwię się na zapas, czy nauczę się być dla niej wsparciem. Moja miłość naznaczona jest troska i strachem, bo na własnej ścieżce nie raz się potknęłam.

Zabawne, bo zanim zostałam matką, matką córki, zarzekałam się, że ja nie będę przenosić własnych ambicji i lęków na dziecko. Że pozwolę mu wybierać tak, jak zechce. Obecnie nadal zamierzam, ale zdaję sobie sprawę, że będzie to dla mnie trudne.

A Wy?

piątek, 29 listopada 2013

Listopadowe shorty

4 listopada 2013 roku


Aga parska i kicha, Tymo się dusi kaszlem i popłakuje, bo go gardło boli, ja wypluwam oskrzela.

Maraton przeziębień jesiennych ogłaszam oficjalnie otwartym.


5 listopada 2013 roku

Tymon wspina się do łóżeczka Agnieszki i woła: "Agusia" 


6 listopada 2013 roku

Zalewa mnie miłość, której nie odwzajemniam. Zalewa i dusi.

Bakterie i wirusy, idźcie kochać kogoś innego...

21 listopada 2013 roku

Zagadka dnia:

Co to jest "KATOR"?  (traktor)

22 listopada 2013 roku

Jako matka dwojga dzieci dementuję plotki, jakoby przy drugim było spokojniej, pewniej itp.

Jak czteromiesięczniak ma 39 stopni gorączki, to może być i pięćdziesiątym dzieckiem, a matka będzie umierać z nerwów.

Wracam robić okłady.


30 listopada 2013 roku

Co robi Strzyga o wpół do pierwszej? Kanapeczki, rrrrwa...

Tymon przespał kolację i obudził się pół godziny temu głodny i załamany...







czwartek, 28 listopada 2013

Matka z paranoją

Jest coś w określeniu "synek mamusi".

Kilkakrotnie, od ważnych dla mnie osób słyszałam, że jestem matką-polką. Raz nawet (przynajmniej raz pamiętam), że robię Tymonowi krzywdę, że mam coś takiego w oczach, gdy na niego patrzę... Że mężczyzna, choćby nie wiem, jak młody, potrzebuje wolności, a ja najchętniej zamknęłabym go w ramionach. Biorąc pod uwagę, że powiedział to facet, wypadałoby się zastanowić, a jednak odrzuciłam tę opinię, jako bezsensowną.

Teraz, mając dwoje dzieci wyraźniej dostrzegam, jak wiele w tych słowach było prawdy.

Miłość do Tymona jest beztroska, niczym nieskażona. Tymon jest moim małym chłopcem, oczkiem w głowie. Nie raz i nie dwa łapię się na myśli, żeby złamać wprowadzoną w domu dyscyplinę i specjalnie dla niego zmienić zasady.  Jednocześnie dokładnie widzę, jak niebezpieczne jest w jego przypadku jakiekolwiek ustępstwo.

Tymon potrafi wykorzystywać słabe punkty "przeciwnika". Dostrzeże najdrobniejsze zawahanie i nie omieszka go wykorzystać, by wleźć mi na głowę. Dosłownie i w przenośni. I jest przy tym uroczy. Lub irytujący, co nie umniejsza jego uroku. Ma w sobie coś, co sprawia, że wychowywanie go, trzymanie się reguł, boli i budzi poczucie winy. To coś daje mi wrażenie, ze zawsze robię dla niego za mało, że zasługuję na więcej. Nawet gwiazdka z nieba nie byłaby dość dobra.

Czasami zastanawiam się, czy ta irracjonalna niechęć, jaką czuje każda matka do partnerki swojego syna, nie bierze się właśnie z myśli, iż nie jest się dość idealną matką. Ze mną Tymon utknął. Ją, kiedyś, wybierze. Czy gdyby mógł wybrać matkę, wybrałby mnie?

Od czterech miesięcy świadomie walczę sama ze sobą. Próbuję wykorzenić miłość bezkrytyczną (nie mylić z bezwarunkową) i kochać mojego syna mądrze.

Jak mi idzie?

Wyjdzie w praniu.

środa, 27 listopada 2013

Histeria

Przychodzi taki moment - gdzieś pomiędzy rozciętą wargą, obolałym nosem, a pogryzioną ręką - gdy masz ochotę olać tego wierzgającego Potwora, przestać asekurować, i pozwolić mu porządnie wyrżnąć głową o ścianę, skoro tak bardzo tego pragnie. Albo zacząć wrzeszczeć w tym samym języku co on, tylko głośniej. Z całą siłą dwudziestopięcioletnich płuc.

Nie robisz tego.

Nie dlatego, że jesteś dobrą, kochającą matką (chociaż jesteś rzecz jasna, ba, świętą jesteś, bo zwykły człowiek by tego nie wytrzymał). Nie dlatego, że rozumiesz problemy emocjonalne swojego (prawie)dwulatka. Chwilowo masz je w głębokim poważaniu, bo świat przysłania ci twoja własna, napuchnięta, brudnoczerwona frustracja. Nawet nie dlatego, że tak powinnaś.

Te myśli przyjdą za pół godziny, kiedy on wreszcie się uspokoi, uśnie w twoich ramionach, przeobrażając się  z powrotem z kłębka furii w twojego bezbronnego synka.

W tej konkretnej chwili jedynym powodem, dla którego jeszcze przytulasz i przemawiasz kojącym głosem, zamiast pie****nąć drzwiami tak, by zadrżały ściany i zapalić w kuchni papierosa, jest świadomość, że każde działanie naznaczone choćby cieniem zniecierpliwienia lub złości spowoduje u niego jeszcze większą histerię.

***

Tak, zasnął, a ja mam ochotę wtulić się w jego plecy, schować nos w jasnej czuprynie i wdychać zapach dziecięcej skóry.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Forever Young

Miotam się pomiędzy "chcę", a "dlaczego tak szybko?".

Agnieszka, moja mała, nieporadna myszka. Ta królewna, co - nie dalej jak wczoraj - nie umiała utrzymać sztywno głowy i była zdana całkowicie na mnie, przedwczoraj zaczęła się podnosić na czworaki. Jeszcze nie do końca jej wychodzi. Jeszcze potrzebuje "piątej nogi" w postaci głowy, ale przecież teraz już z górki. Za tydzień, może dwa, zacznie sama siadać, potem raczkować, wstawać... I nim się obejrzę, będzie biegać razem z Tymonem.

Do tej pory mój mózg jakoś pomijał fakt, że ona rośnie. Owszem, podśmiewałam się z kolejnych, wyskakujących nie wiadomo skąd fałdek i wzdychałam za tą kruszynką, którą bałam się wziąć na ręce, tak była drobna.

Teraz już nie mogę.

Bo jak?

Jak pominąć milczeniem, że już nie wtula się we mnie i nie szuka łapczywie piersi gdy tylko wezmę ją na ręce. Nie. Teraz musi się najpierw rozejrzeć, potem zastanowić, a na koniec zazwyczaj pełna buntu odwraca się ode mnie, odgina maksymalnie do tyłu i krzyczy, by pokazać jej świat, a nie cycki. Cycki to ona już widziała. Z czym do ludzi? Dajcie coś nowego na wizję.

Albo tulenie. Kilka dni temu wystarczyło położyć ją na sobie, i leżała spokojnie, obserwując spod wpółprzymkniętych powiek pokój. Już nie. Przecież nie będzie w jeden punkt się gapić jak sroka w gnat. Cały pokój chce obejrzeć. Może za nią, albo z boku jest coś ciekawszego, niż to, co matka pod nos podsuwa. Więc dawaj! Wierci się, przekręca, chwilami mam wrażenie, ze jest spokrewniona z sową, bo ludzkie dziecko raczej pod takimi kątami głowy nie wygina...

I żal mi.

Żal, bo nie planujemy trzeciego dziecka, a skoro tak, to każdy mijający dzień jest ostatnim z takim maleństwem. Żal, że nieubłaganie przemija mój czas jako matki niemowlęcia. Że teraz to już z górki, że będę doświadczać nowych aspektów macierzyństwa, a to już się kończy.

I tylko jeden promyczek radości przebija przez te smutne chmury. To przemijanie prowadzi do wyjścia z pieluch ;)

piątek, 22 listopada 2013

Ogłoszenia Duszpasterskie

Ogłoszenia duszpasterskie na 47-my weekend bieżącego roku.

1. W związku z 39-stopniową Agnieszki wszelkie spacery zostają bezterminowo odwołane. Jednocześnie informujemy, iż z dniem dzisiejszym następuje przełączenie Matki Strzygi z trybu narzekania na rozbestwione świeżym powietrzem dzieci w tryb narzekania na siedzenie w domu.

2. Chór domowy, w składzie: Strzyga (wokal), Tymon (instrumenty (na)dęte) i Agnieszka (piszczałki), ćwiczy obecnie nową interpretację kołysanki "Bajeczki śpią". Próby chóru odbywają się codziennie w godzinach wieczornych.

3. Wychodząc naprzeciw potrzebie czynienia dobra, tak głęboko zakorzenionej w sercach naszych czytelników, informujemy iż wszelkie wyrazy wsparcia i miłości należy zamieszczać w komentarzach pod ogłoszeniami.

4. W dniu wczorajszym Tymon ukończył 22 miesiąc pastwien życia. Tymonowi oraz jego cierpliwym życzymy zdrowia, szczęścia i opieki dobrego psychoterapeuty.

5. W związku z nadchodzącymi mikołajkami uprasza się o podsuwanie pomysłów na prezenty dla niesfornego prawie-dwulatka i przeuroczej pięciomiesięcznej damy.

6. W ubiegłym tygodniu Tymon powołał do wieczności kubek matki oraz jej cierpliwość. Całej rodzinie składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Na ten nadchodzący weekend przyjmijcie życzenia świętego spokoju i snu do południa

***

Agnieszce temperatura spadła do 38,5 i już cwaniakuje :) Będzie żyć. Nie jest źle :)

czwartek, 21 listopada 2013

Mamusi, nie napka! O Bozie...

Trwa Tymonowa fascynacja mówieniem.

Powtarza, często przekręcając, nasze słowa, słówka zasłyszane w bajkach i w telewizji. Tworzy też własne. Przy takim zapale, niedługo czeka nas etap "A dlaczego..."

Ale póki co Tymon...

...ma swoje ulubione odzywki ("O Bozie!", "O Jeziu!", "O mapko!").
...potrafi domagać się bajek ("Sinka!", "Dzioć! Mapka!", "Nalta!").
...wyraża głośno zachcianki kulinarne ("Nie napka! Liko/Leko!", "Kasia, mmmm!", "Nie  ziupa...")
...informuje nas o oczywistościach ("Kuko!", "Gała!").
...przedrzeźnia ("Oduś to!", "Ić!", "Nie lusiaj!").
...żąda ("Tataj! Atapaj!", "Tali!")
...podlizuje się ("Agusi", "Mamusi", "Tutuś")

Miłe złego początki ;)

środa, 20 listopada 2013

Rozsyłając Wici

Trzy lata i dwa dni temu siedziałam w kuchni na Grabówku piekłam swój pierwszy tort.

Wyszedł krzywy i brzydki, bo nie umiałam jeszcze ozdabiać wypieków. W sumie to nie umiałam nawet równo rozsmarować kremu czekoladowego na biszkopcie. Dodatkowo, jako królowa sklerotyczek, zapomniałam o świeczkach, więc żeby było co zdmuchiwać, postawiliśmy na torcie t-lighta.

Mimo to w oczach chłopca, dla którego go zrobiłam, błyszczała niekłamana radość.


Piętnasta próba uchwycenia Gabrysia zdmuchującego świeczkę. Nieudana. Jak wszystkie.

Od tamtego czasu Gabryś urósł. Nie miałam okazji, by zorganizować mu kolejne urodziny.

Dwa lata temu toczyłam się powoli w kierunku porodówki, co rusz straszona porodem przedwczesnym i jedyne, co mogliśmy zrobić, to
wysłać prezent oraz złożyć mu przez telefon życzenia.

Rok temu pojechaliśmy do Trójmiasta, by choć godzinę spędzić z nim w dniu jego szóstych urodzin. Na tyle pozwoliła Eks.

Gabryś i prezenty

Dwa dni temu Gabryś skończył siedem lat. Nie byliśmy tam (choć P. odwiedził go "urodzinowo" trzy tygodnie temu), ba, nie udało nam się nawet z nim porozmawiać, bo Eks spakowała dzieci i zabrała je do swojej siostry, akurat w czasie, gdy mamy ustalony kontakt telefoniczny. Fakt, nakazu sądowego nie ma, ale zwykła ludzka przyzwoitość wymagałaby, żeby umożliwić ojcu złożenie życzeń urodzinowych synowi.

Powoli dojrzewamy do kolejnej wojny.
Bo tak dalej być nie może.

wtorek, 19 listopada 2013

Da się żyć bez porannego papierosa

Cztery lata temu, gdy się budziłam (około południa) moim oczom ukazywał się taki widok:



Obecnie, około południa, nie śpię już od sześciu godzin. W moim domu nie ma tej uroczej kotki, ani równie uroczej butelki. Innych, podobnej proweniencji, również nie uświadczysz. Ze szkła zostały mi buteleczki po syropie na kaszel i tym przeciwgorączkowym, co to jest tak mocny, że dajesz dziecku połowę normalnej dawki.

Obecnie, około południa, nie palę powoli pierwszego papierosa i nie zapijam go kawą, myśląc o tym, że druga zmiana jednak jest do d*py, bo skończę pracę o 23, a zanim dotłukę się z tego piekiełka do siebie, minie północ, a pięcioro moich współlokatorów będzie już dawno w trakcie imprezy.

Obecnie, około południa, odliczam czas do powrotu męża z pracy i staram się nakłonić syna, by podzielił się z córką zabawkami. Zabawne, biorąc pod uwagę, że połowa z nich formalnie należy do niej. Efekty - o takie:

video

Kto by pomyślał.

A Tatuś mówił, że z takim charakterem męża nie znajdę ;)

Matka wyszła z szafy

Jestem wolna!

Mei Tai idealnie spełnia pokładane w nim oczekiwania.

Agnieszka, wtulona we mnie zasypia, ja mam dwie wolne ręce i mogę prowadzić wózek Tymona, lub Tymona za rękę. Wczoraj byliśmy u babci. Dzisiaj na spacerze ze Słodką Z. (którą Tymon, przez długie niewidzenie, zapomniał). Jutro pewnie znowu gdzieś się wybierzemy.:)

Wiosną pewnie całkiem zrezygnujemy z wózka, zostawiając go tylko na wyjazdy do Władysławowa.

Szaleństwo :)

P.S. Zdjęcia będą. Jak doproszę się P. żeby mi kilka pstryknął. :)

sobota, 16 listopada 2013

Matko! Dziecko to nie Twoja własność!

Zastanawiam jak głupią i sfustrowaną cipą trzeba być, żeby przedłożyć swoje ego nad potrzeby dziecka. Co trzeba mieć w głowie, by karać je za nazywanie ojca tatą i zachęcać, by tego określenia używało w stosunku do kochanka. Choć może dokładniej byłoby: sponsora.

Zastanawiam się, czy jest jakaś sprawiedliwość, bo w prawo już nie wierzę.

Nie wierzę, bo przecież Wysoki Sąd miał w głębokim poważaniu ustalenie kontaktów ojca z dziećmi, mimo zgłaszanego wielokrotnie utrudniania spotkań.
Nie wierzę, bo w opinii kuratora sadowego jasno napisano, że u matki, brud, syf malaria i brat alkoholik, ale jednak lepiej z matką zostawić, bo dzieci do takich warunków są przyzwyczajone i zmiana na lepsze, byłaby dla nich szokiem. Szokiem byłaby też pewnie rehabilitacja niepełnosprawnej córki. Kto to widział.

Już lepszy wspomniany wyżej syf i indoktrynacja w wykonaniu sfrustrowanej mamusi.

Tylko nie rozumiem.

Przecież dostała wszystko, czego chciała. Dzieci, alimenty, wyrok rozwodowy, poświadczając jej moc i chwałę. Dostała wszystko, powinna być zadowolona i spokojna.
Powinna przestać pluć jadem.

A jednak znowu odbijamy się, a raczej mój mąż się odbija, od muru bolesnych słów.

"Nie jesteś moim tatą."
"Nie chcę z Tobą rozmawiać."
"Teraz moim tatą jest wujek M."



piątek, 15 listopada 2013

Mei Tai

Dwa tygodnie przymusowego siedzenia w domu potrafi dać w kość. Zwłaszcza, jeśli jedynym towarzystwem jakie masz, jest niemowlę i porządnie przeziębiony (prawie)dwulatek, którego największą ambicją jest sprawdzenie granic Twojej wytrzymałości.

Ale, ale...

Tylko nudni ludzie się nudzą.

W związku z tym, zaangażowałam Tymona w dekorowanie mieszkania skrawkami materiału i wyciągnęłam ciężarówkę, a sama skroiłam Mei Tai dla Agnieszki. I tak oto od trzech dni chwile spokoju moich dzieci przeznaczam na wbijanie szpileczek, dokrawanie i zszywanie.

Jutro pewnie nosidełko będzie gotowe.

A dziś drobna fotorelacja z procesu twórczego:




Oraz w bonusie: obrażony Tymo:



środa, 13 listopada 2013

Siedem faktów o mnie

Do zabawy zaprosiła mnie pewna ciekawska Yendza, której za zaproszenie serdecznie dziękuję i w pas się kłaniam ;)

1. Poziom opanowania zmienia się mi w zależności od otoczenia - u mojej mamy nie klnę wcale. U siebie potrafię rzucić pod nosem wiązanką taką, że sama siebie pytam, skąd ja takie słowa znam. Dodatkowo poziom cierpliwości obniża mi się wprost proporcjonalnie do czasu, jaki jestem na nogach.

2. Nie umiem chodzić w rajstopach/pończochach i butach na obcasie. Najpóźniej po trzech założeniach pójdzie mi oczko. A w butach na obcasie fleki zdzieram tak, że powinnam je zmieniać co tydzień. Nie przeszkadza mi to uwielbiać wyżej wymienionych rzeczy.

3. Miałam się nazywać Michał. I czasami nawet bym chciała ;)

4. Szyję, sutaszuję, haftuje. Uwielbiam rękodzieło i marzę skrycie, że kiedyś zacznę na nim zarabiać.

5. Uwielbiam rosyjskie imiona. Był czas (zanim w ogóle zaszłam w ciążę), że córkę chciałam nazwać Zoja lub Natasza.

6. Marzy mi się biblioteczka pełna literatury obozowej oraz książek dotyczących stalinizmu.

7. Boję się zostawać sama w domu. Jeśli wiem, że będę dłużej sama, zamykam drzwi na klucz. I palę światła. Nie dlatego, żeby złodziej myślał, że jest więcej ludzi w mieszkaniu. Dlatego, że boję się ciemności i mam wrażenie, że w cieniach ktoś się kryje.

Do zabawy zapraszam:

1. Dorotę
2. Martę
3. Asterię
4. Agnieszkę
5. Little Hope
6. The Grey Rabbit
7. Konkubinę

niedziela, 10 listopada 2013

Syndrom Sweetie

Jakiś czas temu Żona Programisty napisała pod zdjęciem Agnieszki, że będę pilnować całego miasta.

Uśmiechnęłam się wtedy pod nosem, na myśl o tym, jak podobne pilnowanie próbował uskuteczniać mój ojciec, kliknęłam "Lubię to!" i o temacie zapomniałam.W końcu martwić się będę dopiero za lat kilkanaście, prawda?

Nieprawda.

Rodzice moi, i większości moich rówieśniczek, zaczynali się stresować towarzystwem swoich córek, kiedy wchodziły one w okres dojrzewania. Może i naiwnie, bo pedofilia nie pojawiła się na świecie z powietrza po 2000 roku, ale podejrzewam, że jeszcze kilkanaście lat temu media nie bombardowały nas co kilka miesięcy tytułami typu:

"W X grasuje pedofil."
"Molestowana dziewczynka popełniła samobójstwo"
"Dziewięciolatka urodziła dziecko"
"Szkolna psycholog odkryła, że dziadek molestował wnuczkę"
"10-letnia Sweetie pomogła ujawnić dane tysiąca pedofili"

No właśnie, Sweetie.

Sweetie uświadomiła mi, że w dwudziestym pierwszym wieku nie wystarczy już patrzeć na ręce kolegom, nauczycielom, trenerowi od pływania i pani z kółka teatralnego.

Żyjemy w dobie internetu. Nasze dzieci coraz wcześniej zasiadają przed monitorem, tworzą konta na portalach społecznościowych. Często bez wiedzy rodziców. Zabroniłaś? To wejdzie w internet u Adasia. Jego mama pracuje w domu, więc zamknęła się w drugim pokoju i nawet nie zauważy, że dzieci znowu przy komputerze.

Możesz ogarnąć trzy - czterolatka, ale im starsze dziecko, tym robi się trudniej.

Ja pierwsze spotkanie z internetem zaliczyłam jako czternastolatka.
Mój najmłodszy brat miał około sześciu lat, gdy dostał pozwolenie na gierki internetowe. Dziś ma lat osiem, i zaczyna kombinować jak dostać się do gier wymagających rejestracji. W związku z tym przez pewien czas przychodziły na mój adres mailowy wiadomości aktywujące z przeróżnych serwisów.

Jeszcze parę miesięcy i Młody rozgryzie, jak założyć własnego maila, a kiedy to nastąpi kontrola nad tym, w której części internetu przebywa, znacznie się zmniejszy.Co prawda na razie interesują go gry, a dziecko grające w MMO to jeszcze nie tragedia - nauczy się z pewnością kilku nowych wyzwisk, ale raczej nie trafi na pedofila. Tylko, że to dopiero początek przygody z internetem.

Świadomość rodzi odpowiedzialność.

Nie wolno nam bagatelizować zagrożeń.
Z drugiej strony głupio by było popadać w paranoję i za każdym rogiem wypatrywać zboczeńców, a dziecko zamykać w złotej klatce rodzicielskiej nadgorliwości i nadopiekuńczości. Zwłaszcza, że taka postawa odsuwa od nas dziecko, które nie mogąc zachować odrobiny własnej przestrzeni, zaczyna ukrywać przed rodzicami wszystko.

Im dłużej nad tym wszystkim myślę, tym większy mam mętlik w głowie.
Mam tylko nadzieje, że przez następne kilka lat uda mi się odkryć złoty środek w dbaniu o bezpieczeństwo moich dzieci oraz zbudować z nimi więź dość mocną, by oczywistym dla nich było, że z problemem przychodzi się do mnie.

czwartek, 7 listopada 2013

Nie fair

Dziś rano, o 8:25, Tymon skojarzył fakty i zrozumiał, że Tata wychodzi do pracy - na cały dzień. W związku z tym, gdy P. zaczął się ubierać, podbiegł do niego i wyciągnął ręce, domagając się tulenia. Raz, drugi, trzeci... Ostatecznie P. wyszedł z mieszkania o kilka minut później, niż powinien, a ja pozostałam z ciepłem w sercu i uśmiechem na twarzy.

Jestem dumna z mojej rodziny.
Z więzi, które udało nam się stworzyć.
Małych rytuałów.

Lubię poranki, kiedy Tymon po cichu bawi się, czekając aż się obudzimy.
Lubię, gdy traci w końcu cierpliwość i wspina się na nas, skacząc po P. i
Lubię dni wypełnione kanapkami pokrojonymi na małe kawałeczki, herbatą z cytryną i gorączkowym ogarnianiem pokoju, który przecież pięć minut temu był posprzątany, i który pięć minut po ogarnięciu będzie wyglądał jak lej po bombie.
Lubię popołudnia, kiedy P. rozkręca komputer, a Tymon , zwiniętym mu śrubokrętem próbuje odkręcić kółka od samochodzika.
Lubię wieczory, gdy P. kąpie dzieciaki, a ja przejmuję je w celu ubrania i nakarmienia.

I tylko czasami ten sielankowy obraz burzy mi świadomość, że 430 kilometrów stąd mieszka chłopiec, któremu takie rytuały odebrano. Chłopiec, który pięć lat temu uśmiechał się, jak Tymon dzisiaj, i którego uśmiech za pięć lat będzie miał mój syn.



wtorek, 5 listopada 2013

Matka samodzielna

Dziś jest drugi dzień pracy Szanownego Małżonka, a jednocześnie pierwszy dzień mojego samodzielnego macierzyństwa (w godzinach od 8:30 do 17:30)...

W związku z tym - list


***

Kochanie,

ja pójdę do pracy, ty sobie tylko firmę prowadź, a ja posiedzę osiem godzin na etacie. Tylko weź ode mnie te dwa potwory...

Starszy od rana domaga się jedzenia. Najpierw trzy łyżki owsianki, potem pół gryza kanapki, 16 mililitrów mleka, 1/8 jabłka, cztery wygrzebane z dna szafy krakersy. I tak w kółko. No i od tego przeziębienia ma problemy z żołądkiem, więc co pół godziny muszę go gonić po całym mieszkaniu, bo nie chce się przebrać z własnej woli... Leków też nie chce. Do tego skacze koło Młodszej i chyba skończyła się jej cierpliwość, albo traumę jakąś złapała, bo uśmiecha się do niego tylko, jak mam ją na rękach. W sumie to w ogóle tylko wtedy się uśmiecha. Jak ją położę na kanapie to robi wielkie oczy i krzyczy. Z łóżeczka się na mnie wydziera. Dosłownie.

To nie jest takie:
Łe, łe, łe... Smutno mi, jestem samotna, musisz mnie przytulić... łe, łe, łe"

Już raczej:
"Łeeeeee!!! Gdzie żeś znowu polazła! Wypadła mi grzechotka! Co Ty myślisz, ze ja ją sobie będę sama trzymać?! Chodź tu natychmiast! Łeeee!!!"

Argumentacja typu: "Tymonka trzeba przebrać/nakarmić/ przytulić, bo się przewrócił" oraz "Córeczko, zaraz pęknie mi pęcherz" absolutnie do niej nie dociera.

Także, gdybyś po powrocie do domu zastał u nas opiekę społeczną i mnie podłączoną pod sprzęt do hemodializy, to możesz być wdzięczny Agnieszce.

Strzyga


***

A Wam jak minął wtorek? :)

poniedziałek, 4 listopada 2013

Z powołania

Lubię naszą Panią Doktor.

Ma ciepłe, orzechowe oczy i szczery uśmiech. Mówi do dzieci uspokajającym tonem podczas badania. Uśmiecha się, gdy robią miny. Nigdy nie okazuje zniecierpliwienia, kiedy Tymon zaciska mocno wargi odmawiając pokazania gardła, albo gdy wyrywa się i krzyczy, jeśli akurat ma gorszy dzień.  I zawsze ogrzewa stetoskop w dłoniach, tak, by nie wystraszył się dotyku chłodnej słuchawki podczas badania. Nie irytuje się, kiedy dziecko pozbawione pieluszki na czas ważenia, postanowi  zrobić siusiu. Nawet jeśli zacznie akurat w trakcie przenoszenia z wagi na przewijak (co równa się sprzątaniu połowy gabinetu).

Ale najmilsze jest to, ze zapamiętuje.

- Ależ Ty jesteś długa i drobna... Tymon był taki okrąglutki i pulchny; Ty masz zupełnie inną budowę - szczebiotała dziś, badając Agnieszkę, a ja pękałam z matczynej dumy.

Bo przecież pacjentów ma od groma i ciut-ciut, jak mawiało się u nas w domu.

I zapamiętała Tymonka. A teraz nad Agnieszką się zachwyca.

No jak nie lubić? ;)