czwartek, 29 lipca 2010

Cwał

Nie wiem jak się rozwinie. Czy w ogóle się rozwinie. Ale czuję to przyjemne mrowienie w dole brzucha. Tak. Zadzwoniłam. Tak. Jak zwykle wierzę, zanim się zacznie. Jak zwykle wyszukuję dobrych znaków. We mnie. W otoczeniu. W sympatycznym, otwartym głosie na drugiej stronie linii. 

Tak wiem. Głupia dziewczyno, włącz mózg. Mózg, nie instynkt. Instynkt wiedzie na manowce. Instynkt zniekształcają Twoje pragnienia. Dlatego widzisz więcej, niż jest. Nadinterpretujesz. Zawsze to samo. 

N.A.D.I.N.T.E.R.P.R.E.T.A.C.J.A…

A jednak.

Dziś śpiewam czysto, bo nie ma we mnie strachu.
Dziś mam za dużo. Spokoju, radości. Mogłabym przenieść każdą górę.
Nie robią mi dzisiaj potrzaskane dekoracje mojego teatru i bezsens całego twego spektaklu. Dwie ścieżki. Dwa światy. Dwie szanse. Mnie też jest dwie. I obie się uśmiechają.

Ogień we mnie.


Oczy otwieram: staje się świat.
Nade mną niebo, przede mną ? sad.
Jabłek zielonych zapach i smak…
I wszystko proste tak.
Trzeba żyć naprawdę,
Żeby oszukać czas.
Trzeba żyć najpiękniej, żyje się tylko raz.
Trzeba żyć w zachwycie:
Marzyć kochać i śnić.
Trzeba czas oszukać,
Żeby naprawdę żyć.
Jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze,
Zabłąkaną łódeczką wśród raf
Kroplą deszczu,
Trzciną myślącą wśród traw
…ale jestem!
Jestem iskrą i wiatru powiewem.
Smugą światła co biegnie do gwiazd,
Jestem chwilą, która prześcignąć chce czas
…ale jestem!
Ucha nadstawiam: słucham jak gra,
Muzyka we mnie, w muzyce -ja!
Nim wielka cisza pochłonie mnie,
Pragnę wyśpiewać, wyśpiewać, że:
Trzeba żyć naprawdę,
Żeby oszukać pędzący czas.
Pięknie żyć w zachwycie
Życie zdarza się raz.
Jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze,
Zabłąkaną łódeczką wśród raf
Kroplą deszczu,
Trzciną myślącą wśród traw
…ale jestem!
Życie jest drogą, życie jest snem…
A co będzie potem? Nie wiem, i wiem…
O nic nie pytaj, dowiesz się gdy
Skończy się droga, życie …i sny.
Jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze,
Zabłąkaną łódeczką wśród raf
Kroplą deszczu,
Trzciną myślącą wśród traw
…ale jestem!
Jestem iskrą i wiatru powiewem.
Smugą światła co biegnie do gwiazd,
Jestem chwilą, która prześcignąć chce czas
…ale jestem!

środa, 28 lipca 2010

Znowu w Drogę, w Drogę trzeba iść...

Dużo planów. Ważnych spotkań, ważnych ludzi. Na przekór temu jak samotna się czuję… Są. Ruda i stonowany luz naszej przyjaźni, wiecznie entuzjastyczna, pachnąca wiatrem i ogniem Bazylia, cieple i ufne Dziewczynki, stale obecni Cień i Skrzydlaty.
Tak wiele mam…
I ciągle mi, kurwa mać, za mało.
 ***
I mam numer telefonu.
Wczoraj to było bez sensu. Wczoraj. Ale dziś znowu wraca. Puka nieśmiało, opowiada się z imienia, kota i książek. Dziś znowu jest sens. Ruda mówi, że nie mam nic do stracenia, a zyskać mogę dużo. Tylko wyprowadzają mnie z równowagi stale wracające pytania:
 Myślisz, że Ci wolno?
Jesteś pewna, że to ta Droga ma cię prowadzić?
A jeśli z drugiej strony napotkasz ścianę?
A jeśli to tylko impuls, który wygaśnie za kilka dni, tygodni, miesięcy?
Jeśli coś się zacznie, a ty uciekniesz?
Znowu skrzywdzisz?
I wiem. Wiem, że niczego nie można być pewnym, że najpełniej doświadcza się na własnej skórze, że lepiej usłyszeć „odczep się”, niż gryźć się niepewnością, że z impulsów można budować, jeśli tylko się chce… jeśli tylko się spróbuje.
***
Nadal za dużo we mnie niepokoju…

niedziela, 25 lipca 2010

Forever's gonna start tonight

Czekam na kroki w korytarzu. Na ciepło oplatających mnie rąk.
Czekam na zachłanność ust.
Czekam na szept plączący się we włosach. Na ostrość zębów i paznokci.
Czekam na zasypianie ze zmęczenia i budzenie się z głodu.
Czekam na drobne gesty czułości i agresje przedwieczornych sprzeczek.
Czekam na lepkość śliny i fioletowienie siniaków.
Czekam na palące krople wosku i bolesny chłód kostki lodu.
Czekam na smak porannej kawy i spóźnionego obiadu.

Jedwab i palcat.
Zwyczajna niecodzienność lub codzienna niezwyczajność.
Ponoć jestem tego warta.
***
Na ogół samotność traktuję jak siostrę. W końcu dobrze mi z możliwością niekrępowanego rozwoju. Dobrze wiedzieć, że nikogo nie zostawiam samego, jeśli przyjdzie mi fantazja wyjechać, wyjść, wrócić za parę dni. Dobrze mi z niezależnością.
Na ogół.
Dziś cholernie mi brakuje świadomości, że ktoś na mnie czeka. Że wrócę do domu i powita mnie uśmiechnięte: „Dobrze, że jesteś, Kotku…”. Że zjem obiad z kimś, obejrzę film i poczytam książkę z głową na czyichś kolanach. Że wkurzę się wieczorem, bo przez cały dzień nie było komu zmyć naczyń. Że trzasnę drzwiami od łazienki, a ktoś szarpnie klamkę z drugiej strony. Że wyjdę spokojniejsza, z mokrą głową i koszulką przylegającą do niedokładnie wytartych pleców. Że zapadnę w pościel i nie zasnę do czwartej nad ranem, a rano obudzi mnie zaspane: „Spóźnisz się do pracy.”
Przejdzie. Musi.

środa, 21 lipca 2010

Węsiory, czyli w świecie Gotów


W sumie od dłuższego czasu korciło mnie, żeby się tam wybrać. B. z taką pasją opowiadał o Węsiorach, Gotach, fibulkach i kamiennych kręgach, że nie sposób było się nie zarazić. :)
Miało być grzecznie, poprawnie i tradycyjnie. Samochodem. Ale po drodze samochód się zepsuł, na stopa było nas ciut za dużo (cztery osoby). To co? Autobus.Najpierw jeden, potem drugi... Nie lubię autobusów. Zwłaszcza przy takim upale. Wtedy się nawet za okno nie chce patrzeć...

Ale w końcu dojechaliśmy. Pierwsze wrażenie/skojarzenie - wakacje sprzed dobrych dziesięciu lat. Wokół pola, las, droga otoczona drzewami. Jeeeej... Podoba mi się. :) Później lekkie pozucie zagubienia, kurczowe trzymanie się znajomych, bo oni juz tu byli, już wszystkich znają, a ja jestem biedną małą zagubioną dziewczynką.
 
I konie. Propozycja, zebym wsiadła. Najpierw na nie, bo przerwa za długa, bo pewnie nawet nie dam rady się na siodlo wdrapać, a już w ogóle nie dam rady prowadzić, koń zrobi ze mną co mu się podoba i tak to się skończy. Ale później takie łase przyglądanie się hucułom...
Na siodlo się wdrapałam, z koniem mialam tylko taki problem, że w pewnym momencie stwierdził, że on kończy spacer i stanął. Trochę to zajęło, ale przekonałam go żeby jednak ruszył dalej. :) Ogólnie zastanawiam się, jak ja wytrzymałam te osiem lat bez jazdy... Zwłaszcza po tej późniejszej, nocnej jeździe na Wiśku.
A nocą było tak:
 
- N...
- Hmm?
- Bo jak dasz mi wodze, to nad nim nie zapanuje, prawda...?
- Wiesz, to jest kierunek "dom", a ja znam tego konia i bałabym się, że nie dasz sobie z nim rady...
- Okaaay...
 
Parę metrów dalej czuję, że N. już nie trzyma konia... Zadowolona ściągam wodze, Wisiek przyspiesza.
 
- Strzyga, puść wodze, bo jak je ściągasz on to odbiera jako sygnał, żeby ruszyć.
- Ale kiedy o to chodzi :)
 
Grzecznie puściła wodze. Wytrzymala może z 30 sekund. Póniej było trochę szybciej, trochę dalej, z zamkniętymi oczami, bo przecież Wi wie gdzie iść. I ciekawość, czy uda mi się go zatrzymać, zawrócić, skłonić, by mi się poddał. Uda się. Jeszcze nie wszystko zapomniałam :)
 
Dobrze było wtulić się znowu w końską szyję.
 
***
 
Jak się dokopię do zdjęć - powrzucam.
 
O Kręgach i wizycie tam nie piszę z premedytacją. Może kiedy indziej :)

czwartek, 8 lipca 2010

Toruń, czyli pierwsze kroki

Zaczęło się jeszcze przed budzikiem. 
Przedwyjazdowe podekscytowanie zbudziło mnie za wcześnie. 
W głowie: "To-ruń, To-ruń", plecak na plecy i biegiem na skm-kę. 
Jakoś się w końcu trzeba dostać na wylotówkę z Gdańska.

***

Od razu zaznaczam - chciałam ruszać z Tczewa. Słowo GDAŃSK w połączeniu ze zwrotem POCZĄTEK PODRÓŻY budziło we mnie niewytłumaczalną niechęć. Podobnie jak określenie AUTOSTRADA. Ja chciałam ładnie jedynką od Tczewa do samego Torunia. Plany pokrzyżowała mi skm-ka, która za Chiny Ludowe nie chciała do Tczewa dojechać. Tzn. chciala, ale o 6.10 z Rumi. No ej. Żarty jakieś.

Chcąc nie chcąc, wysiadłam w Gdańsku i ruszyłam na wylotówkę.  Klnąc pod nosem doszłam na przystanek i... podjechał autobus do Tczewa. :):):) Nikogo nie dziwi moja radość? :)

***

Pierwszy odcinek - ledwie 20 km - skończył się gdzieś w szczerym polu, pod drzewami. Uśmiechnięta od ucha do uch wyciągnęłam łapkę. Jeden samochód, drugi... Trzeci... O, o ten srebrny zjeżdża :) 

W srebrnym samochodzie najsympatyczniejszy człowiek z jakim miałam przyjemność jeździć - i wliczam w ranking wszystkich swoich kumpli, przyjaciół, wujków, ciocie, brata i tatę. Godzina drogi, którą mi podarował minęła nawet nie wiem kiedy. Rozmowa o Hiszpanii, o strefach przemysłowych, wąskich rondach w strefach nie dla TIR-ów, o tym, że brzoskwinie to zły towar do wożenia, że Niemcy robią sobie pikniki na parkingach, specjalnie korkują drogi, a Hiszpanki mają strasznie zniszczoną skórę. O tym ile paliwa ciągnie TIR z 20-stoma tonami towaru na pace, gdy się jedzie pod górkę, o fiordach, które w rzeczywistości wcale nie są piękne, tylko czarne, brudne i brzydkie. O Murzynach, którzy ładują się na pakę, żeby przejechać przez granicę Wielkiej Brytanii, bo prawo tego kraju czyni ich poddanymi Królowej, gdy postawią stopę na angielskiej ziemi. I o karach, które dostają kierowcy, jeśli się ich z takim pasażerem na gapę złapie  I o spełnionym marzeniu, by dojechać do KOŃCA drogi.

Gdybym mogła, gdyby droga wypadała nadal razem - nie wysiadłabym z tego samochodu.
Dziękuję M. Dużo mi opowiedziałeś, dużo radości dała wspólna jazda. Oby nas jeszcze kiedyś zetknął Los.

Ostatni przed Toruniem był TIR. A jakże :) 
Lubię widok z wysokości kabiny ciężarówki. 

- A Ty się nie boisz łapać TIR-y na stopa?
- Nieee... Mój Tata 20 lat jeździ TIR-em i nigdy nikomu nic złego nie zrobił, więc...
- ...No bo w sumie to gdzie tym wjechać? Do lasu nie da rady. Jedynie na parking. A na parkingu narobisz wrzasku i mnie ludzie zlinczują... A taki osobowy? Wszędzie wjedzie, zrobi z dziewczyną co chce. Nawet się autostopowiczka nie obejrzy o obronie nie mówiąc.

W sumie tak na to nigdy nie patrzyłam. Niemniej mądry, logiczny punkt widzenia :)

***

Tak oto Strzyga poznała autostop.
I coś jej mówi, że to będzie długa, owocna znajomość. :)