Pamięci beżowych bojówek.Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miałam wielki brzuch i nikłe pojecie o tym co mnie czeka, jak już urodzę odbyłam konwersację o zaniedbaniu matek. Że taka matka, to czasem jak nieboskie stworzenie wygląda. Włosy w nieładzie, ciuchy wymięte, na plecach plama z jogurtu, a na twarzy resztki dżemu truskawkowego.
"Jak tak można?" - pytałam ja, moja rozmówczyni oraz dziennikarka z telewizji śniadaniowej. Chociaż ta ostatnia akurat w innym temacie. Dziwiłam się niezmiernie, bo przecież lekki makijaż nie zajmuje godziny, a czysta bluzka i spodnie to normalne rzeczy codziennie rano wyciągane z szafy. Dodatkowo ta chwila poświęcona podkreśleniu kobiecości poprawia humor, więc, naprawdę: JAK TAK MOŻNA?
Dziś, jako matka dwojga dzieci, zadaje zupełnie inne pytania.
Ale od początku.
Urodziłam z wielkim wrzaskiem Tymona, przystawiłam do piersi, a on załapał niemal natychmiast. Śliczny obrazek. Zdjęcia nadawałyby się na rozkładówkę czasopisma dla młodych matek. Gdyby nie plama z mleka na koszuli nocnej - wkładka laktacyjna przeciekła. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz.
Przez pierwszy miesiąc zdarzało się to notorycznie. Na wkładki wydawałam więcej niż na pieluchy. Mleka miałam dużo i, w innych czasach, mogłabym dorabiać jako mamka. Jeśli jednak komuś się wydaje, że po miesiącu było już łatwiej, to grubo się myli.
Kiedy ustabilizowała się laktacja, Tymon zaczął się interesować wszystkim dookoła i często zdarzało się, ze nagle, w samym środku karmienia odwracał się, żeby sprawdzić, czy w mieszkaniu coś się zmieniło. A ja, stworzenie kompletnie nieprzystosowane, za każdym razem zapominałam, żeby położyć sobie w zasięgu ręki pieluchę tetrową.
Później było już tylko ciekawiej. Marchewki, jabłuszka, jogurty, buraczki. Wszystko to dziwnym trafem lądowało na mnie. Ja uparcie się przebierałam, wywalałam kolejne niedające się doprać ciuchy na śmietnik i klęłam pod nosem, wyczekując momentu, gdy moje dziecko przestanie jeść jak prosię.
Nie przestało.
Za pięć dni skończy dwa lata, a dziś zmusiło mnie do dwukrotnej zmiany ubioru oraz do dodatkowego mycia głowy. Z kolei Agnieszka jest na etapie odwracania się w środku karmienia (tym razem raczej pamiętam o tetrze).
I tak sobie myślę...
Czy te mamy, których blogi kuszą genialnymi zdjęciami czystych, ślicznie ubranych dzieci, też miewają jaglankę we włosach i cały dżem z kanapki na ukochanych spodniach? Czy też im czasami tusz do rzęs ze złości spływa, kiedy ukochane spodnie nadają się już tylko do mycia okien? Czy nie mają czasami ochoty chodzić po domu wiecznie w t-shircie i legginsach, bo w pamięci mają jagody, które się nie sprały i plamę z oleju?
I najważniejsze: czy ten festiwal upaćkania się kiedyś wreszcie skończy?