"JavaScriptSDK"
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jęczenie Matki Polki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jęczenie Matki Polki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 maja 2014

Gonimy wiosnę

Przeziębienie i deszcz opuściły nas niemal jednocześnie, więc poniedziałek spędziłam, spełniając obietnicę daną sobie, w któreś rozbrzmiewające jęczeniem dzieci, dżdżyste popołudnie. Zawiązałam Agnieszkę w mei tai, Tymona chwyciłam za rękę i wyszłam z domu z mocnym postanowieniem, że...

...JA GO PRZECZOŁGAM!

Plan był taki, że będziemy chodzić po osiedlu, polach i pobliskim zamku, dopóki nie zacznie błagać, żebyśmy wrócili do domu.

Próbowaliście tego kiedyś?

W efekcie o litość zaczęły błagać kolejno: moje nogi, mój kręgosłup, moje gardło (od nawoływania - zatrzymywał się przecież przy każdej trawce). Na szczęście w spacerze dzielnie towarzyszyła nam, dwa lata starsza od Tymona, Ola oraz jej babcia. Zagłuszałam, więc zmęczenie materiału konwersacją, a Tymon, zamiast gadać non stop do mnie - gadał non stop do (prawie)rówieśniczki.

No, prawie.

Oprócz gadania obsypywali się trawą, kwiatami, dmuchawcami i... piaskiem. 
I tak humanitarnie - po drodze było sporo kamieni.






niedziela, 4 maja 2014

O "pilocie"

"Pilota" ukuł mój Tata. Co jakiś czas, gdy poziom bałaganu wznosił się ponad szczyty Tatr, a cierpliwość Mamy spadała poniżej poziomu morza, wchodził do naszego pokoju i mówił spokojnie:

"Albo tu posprzątacie, albo Wam zrobię pilota."

Zazwyczaj szantaż wystarczał, jednak są dni w życiu dziecka, kiedy na drugie imię ma Przekora. Wtedy "pilot" leciał. Wszystkie zabawki, ciuchy i bibeloty lądowały na środku pokoju. Jeśli jakaś była zepsuta, to znikała - mimo rozpaczliwych protestów - w koszu na śmieci.

Nienawidziłam tego, ale dziś sama tę metodę stosuję... na sobie. Raz na trzy-cztery miesiące wywalam wszystko z szaf i przeprowadzam reorganizację dobytku. Wywalam to, co w skutek usilnych starań Tymona i Agnieszki nie nadaje się nawet do noszenia "po domu", przerzucam ciuchy nieodpowiednie na daną porę roku na tył szafy...

Od kilku miesięcy "pilot" przelatuje również przez rzeczy dzieciaków. Nie za karę, lecz by nie kolekcjonować śmieci.

Najbardziej żal mi książeczek.

Kolorowych, z pięknymi ilustracjami i grubymi kartami. Dla mnie książki są świętością. Dla Tymona obiektem eksperymentów. Rozwarstwione lub pourywane kartki (nawet te o pięciu milimetrach grubości), obgryzione brzegi, ponadrywane obrazki.

Gdy tłumaczę, powtarza za mną "nie bono nićyć", ale ma ten fakt w głębokim poważaniu.
Skuteczniej działa odebranie maltretowanej książeczki. Jeśli zniknie na dzień lub dwa, to później traktuje ją lepiej. Niestety, mimo podejmowanych kroków, ilość pozycji w jego biblioteczce z miesiąca na miesiąc maleje.

Podobnie jest z zabawkami. Nie zliczę autek z odgryzionymi kółkami, połamanych grzechotek, urwanych części. Niektóre z nich stanowiły zagrożenie - ostrą krawędzią połamanego autka można się skaleczyć, a urwanym kółkiem zadławić.

Oczywiście dwulatek pamięta i, od czasu do czasu, wraca do mnie z pytaniem: "Gdzie jest (tu wstaw coś z listy uprzątniętych resztek).", po czym obraża si ę, gdy tłumaczę mu, że wyrzuciłam, bo było zepsute.

A Wasze dzieci? Potrafią się bawić, nie rozkładając zabawek na czynniki (przed)pierwsze?

czwartek, 27 lutego 2014

Niedobry telefon! / 8/52

Miał być zaległy post ze zdjęciami łobuzów, ale zaginął czytnik kart pamięci, komputer nie widzi mojego telefonu, więc nie da się ściągnąć zdjęć przez kabel, a telefon P. zawiesza komputer, gdy próbuje się go podłączyć.

W związku z tym wykazuję objawy wzmożonego wkurzenia, a na usta cisną się ostre słowa Na przykład:

"Kur... (szybkie spojrzenie na Tymona) ...cze!"

Nie, nie działa terapeutycznie. Wręcz przeciwnie.

Niestety, musi wystarczyć, bo Tymon dopiero co zapomniał o sławnym "Brumpa mać!" i nie zamierzam być osobą, która mu o owym zwrocie przypomni. Zwłaszcza, że jutro odwiedzają nas dwie urocze damy i miło by było, gdyby mój syn nie witał ich łaciną podwórkową. ;)

Oczywiście cały czas walczę i wierzę że znajdę sposób na przeniesienie zdjęć z telefonu na komputer.

A zanim to się stanie - więcej słów, mniej obrazków ;)

EDIT:


Wygrałam!!!

Zdjęcia zrobione 21 lutego.

Nie dajcie się zwieść tej słodkiej buzi ;)

BLW na całego

sobota, 22 lutego 2014

Kaskader

Wczorajszy dzień to nie był piąteczek, piątunio. Raczej piątczysko.

Do szesnastej jeszcze w miarę. Tymon się bawił, Agnieszka tuliła.

A potem z górki. Agnieszka w ryk, bo zmęczona, ale jeszcze nie śpiąca.

Tymon z kolei od szesnastej do dziewiętnastej miał załączony tryb "Autodustrukcja". Najpierw wbiegł w biurko i rozciął sobie nos. Pierwsza moja myśl, to że zmiażdżył sobie przegrodę nosową. Na szczęście dzieci są z gumy.

Pół godziny później, jakby zapomniał, że bieganie jest niebezpieczne i ruszył od nowa. Po trzech minutach przewrócił się na korytarzu i obtarł rękę (P. był pewien, że ją złamał).

Potem, kręcąc się wokół własnej osi, potknął się o własne nogi i uderzył plecami o szczebełki łóżka Agnieszki. W efekcie ma siniaka wielkości mojej pięści.

Na koniec źle wymierzył odległość i zleciał z kanapy.

To daje cztery stany przedzawałowe w trzy godziny.

Oby jak najmniej takich dni.

środa, 12 lutego 2014

Matka wyrodna

Ogłaszam luty miesiącem porażek rodzicielskich.

Najpierw radosne "Ciem w dupę!", potem, z grubej rury, "Brumpa mać!"... I to wcale nie koniec.


Scenka I

Tymon straszy Agnieszkę (i mnie), biega tuż koło niej, prawie że ją depcze. Mloda pokrzykuje, bynajmniej nie z zadowolenia.

S: Tymon, natychmiast przestań, bo...
T: Do kota! Do kota! Bamonek je bodźna  dociać Agusi! Do kota!

(w wolnym tłumaczeniu: Do kąta! Do kąta! Tymonku nie można dokuczać Agusi! Do kąta!)

Cóż. Bynajmniej już się klapsa nie domaga...


Scenka II

Marzycie czasem o wypiciu gorącej kawy/herbaty?

Ja mogę.

Daję Agusi herbatnika (albo cztery), Tymonowi dodatkowo odpalam "Klub Przyjaciół Myszki Miki", a sama siadam przy stole i delektuję się spokojem. Zdawać by się mogło, że takie rozwiązanie nie ma wad. Sprawdzało się w końcu przez cały tydzień.

Nosił wilk razy kilka...

Dzisiejszy wieczór  spędziłam uspokajając i tuląc na przemian jedno i drugie swoje dziecko.

Obydwoje cierpieli z powodu bólu brzucha. Tymon poza tym żalił się uparcie: "A Daisy da bablanoc..."


Aż się boje co będzie dalej...

piątek, 31 stycznia 2014

Zapalenie pluc: Return

 
Tymon jest mistrzem świata. 

Właśnie pobił wszystkie swoje rekordy i, nie wychodząc z domu przez ponad tydzień, złapał zapalenie płuc. Przez dziurkę od klucza chyba.

I tak sobie myślę, że to zaczyna podchodzić pod syndrom sztokholmski.

Przetrzymuje mnie siłą w domu od dwóch miesięcy. Terroryzuje wszystkich dookoła. Urządza sceny, rzuca się na podłogę, wrzeszczy i płacze, tłucze mnie i Agnieszkę, próbuje sam sobie krzywdę zrobić, wali w drzwi wrzeszcząc: "Da dór! Da dór!". Młoda zaczyna płakać, jak tylko pojawi się w polu widzenia...

Z nerwów poszarzałam, skurczyłam się i znowu piję dwie kawy dziennie oraz zajadam słodycze zamiast jabłek i marchewek.

Każdy psycholog mi powie, ze mam prawo być wściekła i sfrustrowana oraz złościć się na Tymona.

Tymczasem ja tłumaczę sobie oraz sfrustrowanemu mężowi, który wraca po całym dniu pracy, że:

- drze się, bo go boli gardło (a gardło boli go, bo się drze)
- skacze po Tobie, bo się stęsknił (i dlatego, że nie pozwalam mu skakać po Agnieszce)
- urządza histerie, bo jest głęboko nieszczęśliwy (że nie może wybić okna, kopiąc w nie i waląc pięścią)
- to nie agresja, to nieumiejętność radzenia sobie ze stresem.

czwartek, 16 stycznia 2014

Paćmistrz Ciumciełko

Pamięci beżowych bojówek.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miałam wielki brzuch i nikłe pojecie o tym co mnie czeka, jak już urodzę odbyłam konwersację o zaniedbaniu matek. Że taka matka, to czasem jak nieboskie stworzenie wygląda. Włosy w nieładzie, ciuchy wymięte, na plecach plama z jogurtu, a na twarzy resztki dżemu truskawkowego.

"Jak tak można?" - pytałam ja, moja rozmówczyni oraz dziennikarka z telewizji śniadaniowej. Chociaż ta ostatnia akurat w innym temacie. Dziwiłam się niezmiernie, bo przecież lekki makijaż nie zajmuje godziny, a czysta bluzka i spodnie to normalne rzeczy codziennie rano wyciągane z szafy. Dodatkowo ta chwila poświęcona podkreśleniu kobiecości poprawia humor, więc, naprawdę: JAK TAK MOŻNA?

Dziś, jako matka dwojga dzieci, zadaje zupełnie inne pytania.

Ale od początku.

Urodziłam z wielkim wrzaskiem Tymona, przystawiłam do piersi, a on załapał niemal natychmiast. Śliczny obrazek. Zdjęcia nadawałyby się na rozkładówkę czasopisma dla młodych matek. Gdyby nie plama z mleka na koszuli nocnej - wkładka laktacyjna przeciekła. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz.

Przez pierwszy miesiąc zdarzało się to notorycznie. Na wkładki wydawałam więcej niż na pieluchy. Mleka miałam dużo i, w innych czasach, mogłabym dorabiać jako mamka. Jeśli jednak komuś się wydaje, że po miesiącu było już łatwiej, to grubo się myli.

Kiedy ustabilizowała się laktacja, Tymon zaczął się interesować wszystkim dookoła i często zdarzało się, ze nagle, w samym środku karmienia odwracał się, żeby sprawdzić, czy w mieszkaniu coś się zmieniło. A ja, stworzenie kompletnie nieprzystosowane, za każdym razem zapominałam, żeby położyć sobie w zasięgu ręki pieluchę tetrową.

Później było już tylko ciekawiej. Marchewki, jabłuszka, jogurty, buraczki. Wszystko to dziwnym trafem lądowało na mnie. Ja uparcie się przebierałam, wywalałam kolejne niedające się doprać ciuchy na śmietnik i klęłam pod nosem, wyczekując momentu, gdy moje dziecko przestanie jeść jak prosię.

Nie przestało.

Za pięć dni skończy dwa lata, a dziś zmusiło mnie do dwukrotnej zmiany ubioru oraz do dodatkowego mycia głowy. Z kolei Agnieszka jest na etapie odwracania się w środku karmienia (tym razem raczej pamiętam o tetrze).

I tak sobie myślę...

Czy te mamy, których blogi kuszą genialnymi zdjęciami czystych, ślicznie ubranych dzieci, też miewają jaglankę we włosach i cały dżem z kanapki na ukochanych spodniach? Czy też im czasami tusz do rzęs ze złości spływa, kiedy ukochane spodnie nadają się już tylko do mycia okien? Czy nie mają czasami ochoty chodzić po domu wiecznie w t-shircie i legginsach, bo w pamięci mają jagody, które się nie sprały i plamę z oleju?

I najważniejsze: czy ten festiwal upaćkania się kiedyś wreszcie skończy?





poniedziałek, 6 stycznia 2014

Prawie jak bipolar

"Gdyby mu się pogorszyło, proszę włączyć inhalacje"

***

Gdzie jest granica, za którą sterydy na płuca są uzasadnionym wyborem? 

Czy wystarczy cała noc duszenia się? Czy muszą być dwie?
Czy to wtedy, gdy charczy?
A może, gdy oddychając wydaje taki dziwny, ściskający mi strachem żołądek, jęk?

Gdzie jest granica pomiędzy rozsądkiem, a paniką?
Czy to był najwyższy czas, czy mogłam dać mu szansę wyjść z tego bez inhalatora?

***

Miotam się pomiędzy depresją, a euforią.

Mój Syn znów wdycha sterydy. Kaszle i jest marudny. Ma rozpalone policzki i mokre od potu włosy. Śpi. Długo, dłużej niż zazwyczaj. W nocy budzę się i przychodzę do jego łózka, by czuć się bezpieczna. By słyszeć jak oddycha.

Moja Córka dzisiaj pierwszy raz wstała przy szczebelkach łóżeczka. Teraz łapie się wszystkiego, byłe być te kilkadziesiąt centymetrów wyżej. Śmieje się w głos, gdy Tymon próbuje ściągnąć jej rajstopki, a one rozciągają się do granic możliwości.
Dajcie mi już wiosnę...

piątek, 3 stycznia 2014

Tasielek

Nacieszyłam się zdrowym Tymonem całe trzy dni.

Wczoraj po południu zakaszlał po raz pierwszy, oznajmił "Tasielek" i pobiegł strząsać igły z choinki (6 stycznia, przyjdź, to będę miała pretekst, żeby ją wyrzucić). Zrobiłam sie czujna, ale postanowiłam nie histeryzować. Może się zakrztusił po prostu.

Taaa.

O północy zaczął kaszleć na dobre. Kiedy nie kaszlał, zastanawiałam się, czy oddycha. Z nerwów rozbolał mnie brzuch, ale trzymałam się postanowienia o niepoddawaniu się histerii i leżałam w swoim łóżku.
O trzeciej nie wytrzymałam - poleciałam do niego i, do czwartej, trzymałam przegub jego dłoni, pilnując, czy tętno nie spada.
O czwartej Agnieszka przebudziła się na karmienie, a ja odpłynęłam, czekając aż się naje.

Rano Tymon przestał kaszleć, ale dla pewności umówiłam go do pediatry. Dostał leki, a ja instrukcję, że gdyby się jednak pogorszyło, mam włączyć znowu inhalacje.
Wiem co robić, jestem spokojna.

A Tymon zachowuje się, jakby ostatniej nocy nie było.
Cwaniak.
Wykończy mnie kiedyś.

niedziela, 29 grudnia 2013

Tyle czekać

Tymon i Agnieszka się bawią.
Razem.

Ona próbuje pożreć jego książeczkę. On malowniczo rozrzuca klocki i autka po pokoju, żeby miała do czego raczkować. Pokój znowu przypomina pobojowisko, a ja uspokajam się, wyobrażając sobie wszystkie te zabawki znikające w rurze odkurzacza.


Czasami, kiedy przegną (rozdrobnione wafle ryżowe WSZĘDZIE), widzę też ich dwoje wciąganych przez odkurzacz.

Nigdy nie byłam pedantyczna, ale oni przekraczają wszelkie granice. Na przestrzeni 20 metrów kwadratowych fundują mi widok jak po przejsciu fali Tsunami.

Zaczynam po cichu marzyć o dniu, w którym wystawię z pokoju łóżeczko Agnieszki i wersalkę Tymona, a zamiast nich wstawię łóżko piętrowe. Nagle pojawi się więcej miejsca i zabawki będą leżały w dziecięcym kąciku, a nie w każdym miejscu, w którym da się upchnąć jedno z pudeł na nie. Zyskam własną przestrzeń. Odzyskam, konkretnie rzecz ujmując.

Od tego momentu wszystko będzie proste i poukładane.
Ciuchy w szafkach, klocki w pudle, a pluszaki na półkach.

Tymon przestanie zdejmować autkom opony i zgryzać kółka, a Agnieszka nie będzie obśliniać wszystkiego co wpadnie w jej rączki. On już nie będzie biegał w pieluchach, a ona zaliczy pierwsze sukcesy w wołaniu o nocnik. Jemu stukną trzy latka. Ona będzie miała półtora roku.

To tylko 389 dni...
To tylko trochę ponad rok.

Tak niewiele w porównaniu z wiekiem Ziemi.
Tak wiele, gdy czekasz.

sobota, 28 grudnia 2013

Reset matki

Odkąd Tymon nauczył się manifestować niechęć, w moim domu zamilkła normalna muzyka. Nie pasuje mu. Chce pioseneczki z BabyTV albo fasolki. I choć autka i piosenki o pięciu małpkach to codzienność matki, nie są one spełnieniem marzeń Strzygi. Kiedy po raz 154 w ciągu dnia słyszę:

"To jest nasza Ciuch-ciuch-cia
  Co przez góry pola gna"

mam wrażenie, że za moment mózg wypłynie mi uszami. Do tego odkąd Agnieszka zaczęła się przemieszczać i zmniejszyła się ilość jej drzemek, cierpię na niedobór czasu na szycie.

Co robi matka, żeby nie zwariować?

Latem wyszłabym na spacer z Ż. i jej córcią, ale jest zima, Tymon chory. Agnieszka zresztą też

Więc matka gra. Hoduje kwiatki, w potworowym ogródku, wybijam zombiaki na ZombieLane, próbuję zrozumieć tajemniczą śmierć ojca Pearl Wallace...


Marnuję czas,  ale facebookowe gierki pomagają mi odciąć się i zrestartować. Po 10-minutowej sesji mogę na nowo słuchać piosenek Tymona i urządzać wyścigi ciężarówek.

A Wy? Jak sobie radzicie?


piątek, 20 grudnia 2013

Don't!

Siedzimy w domu.

Stały rytm. Pobudka, antybiotyk, inhalacje (od wczoraj znowu sterydy), bajka, malowanie, taniec, śpiewanie. Znowu inhalacje. Po drodze jakieś śniadanie, obiad i kolacja. Herbatniki w międzyczasie. druga dawka antybiotyku, kąpiel. Wyciszanie. Jak zawsze bezskuteczne. Usypianie, urozmaicane przeciągłym: "Nieeeeee..." Tymona. Modlitwa, by Agnieszka się nie obudziła

Tymon kaszle.
Agnieszka kicha i cieknie jej z nosa.

Zabawne. Kiedy byłyśmy u lekarza, kataru nie miała, a gardło było czyste.

Szok, ile może się wydarzyć przez kilka godzin.

W nocy kiepsko spała - przez zatkany nos ciężko oddychać. Nic nie pasowało. Tulenie, karmienie, głaskanie po buzi. Nic, oprócz kopania i chwytania mnie za włosy.

Teraz ona śpi, Tymon się bawi, a ja łykam paracetamol, żeby zniknęła migrena.

Zagadka:

Gdzie w tym wszystkim magia świąt?

Edit:
Tymon obudził Agnieszkę.

wtorek, 3 grudnia 2013

Zombie oswojone

Zaczyna się od szesnastej, kiedy organizm marzy o drzemce - za lat dziesięć Tymon chętnie go posłucha. Dziś nie chce. Dziś zaczyna marudzić, popłakiwać, odbijać się od ścian i jęczeć. Próby ułożenia do snu powodują natychmiastowe, trwające 10-15 minut otrzeźwienie, podczas którego wszelkie oznaki zmęczenia nikną. Ale, ale, nie ma nic za darmo, po tym krótkim zrywie jest dziesięć razy gorzej, bo przecież dziecię jedzie już nawet nie na rezerwie. Na oparach jedzie.

Do 19 powoli zmieniam się w zombie.

Jeszcze tylko 10 minut, szybka kąpiel, butla z mlekiem, maść, pielucha - wszystko na autopilocie.
Jest!
Śpi.

Teraz tylko Agnieszka. Moje anielątko, które zasypia zaraz po wieczornym myciu i jedzeniu.

Wykąpana, przebrana, nakarmiona, wytulona.

Śpij, no już. Ciemno przecież, cicho, głód zaspokojony...

Nie. Patrzy na mnie w ciemnościach wielkimi oczami i zagaduje po swojemu.

A ja nagle mogłabym siedzieć do rana i głaskać ją po policzku.

piątek, 22 listopada 2013

Ogłoszenia Duszpasterskie

Ogłoszenia duszpasterskie na 47-my weekend bieżącego roku.

1. W związku z 39-stopniową Agnieszki wszelkie spacery zostają bezterminowo odwołane. Jednocześnie informujemy, iż z dniem dzisiejszym następuje przełączenie Matki Strzygi z trybu narzekania na rozbestwione świeżym powietrzem dzieci w tryb narzekania na siedzenie w domu.

2. Chór domowy, w składzie: Strzyga (wokal), Tymon (instrumenty (na)dęte) i Agnieszka (piszczałki), ćwiczy obecnie nową interpretację kołysanki "Bajeczki śpią". Próby chóru odbywają się codziennie w godzinach wieczornych.

3. Wychodząc naprzeciw potrzebie czynienia dobra, tak głęboko zakorzenionej w sercach naszych czytelników, informujemy iż wszelkie wyrazy wsparcia i miłości należy zamieszczać w komentarzach pod ogłoszeniami.

4. W dniu wczorajszym Tymon ukończył 22 miesiąc pastwien życia. Tymonowi oraz jego cierpliwym życzymy zdrowia, szczęścia i opieki dobrego psychoterapeuty.

5. W związku z nadchodzącymi mikołajkami uprasza się o podsuwanie pomysłów na prezenty dla niesfornego prawie-dwulatka i przeuroczej pięciomiesięcznej damy.

6. W ubiegłym tygodniu Tymon powołał do wieczności kubek matki oraz jej cierpliwość. Całej rodzinie składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Na ten nadchodzący weekend przyjmijcie życzenia świętego spokoju i snu do południa

***

Agnieszce temperatura spadła do 38,5 i już cwaniakuje :) Będzie żyć. Nie jest źle :)

wtorek, 5 listopada 2013

Matka samodzielna

Dziś jest drugi dzień pracy Szanownego Małżonka, a jednocześnie pierwszy dzień mojego samodzielnego macierzyństwa (w godzinach od 8:30 do 17:30)...

W związku z tym - list


***

Kochanie,

ja pójdę do pracy, ty sobie tylko firmę prowadź, a ja posiedzę osiem godzin na etacie. Tylko weź ode mnie te dwa potwory...

Starszy od rana domaga się jedzenia. Najpierw trzy łyżki owsianki, potem pół gryza kanapki, 16 mililitrów mleka, 1/8 jabłka, cztery wygrzebane z dna szafy krakersy. I tak w kółko. No i od tego przeziębienia ma problemy z żołądkiem, więc co pół godziny muszę go gonić po całym mieszkaniu, bo nie chce się przebrać z własnej woli... Leków też nie chce. Do tego skacze koło Młodszej i chyba skończyła się jej cierpliwość, albo traumę jakąś złapała, bo uśmiecha się do niego tylko, jak mam ją na rękach. W sumie to w ogóle tylko wtedy się uśmiecha. Jak ją położę na kanapie to robi wielkie oczy i krzyczy. Z łóżeczka się na mnie wydziera. Dosłownie.

To nie jest takie:
Łe, łe, łe... Smutno mi, jestem samotna, musisz mnie przytulić... łe, łe, łe"

Już raczej:
"Łeeeeee!!! Gdzie żeś znowu polazła! Wypadła mi grzechotka! Co Ty myślisz, ze ja ją sobie będę sama trzymać?! Chodź tu natychmiast! Łeeee!!!"

Argumentacja typu: "Tymonka trzeba przebrać/nakarmić/ przytulić, bo się przewrócił" oraz "Córeczko, zaraz pęknie mi pęcherz" absolutnie do niej nie dociera.

Także, gdybyś po powrocie do domu zastał u nas opiekę społeczną i mnie podłączoną pod sprzęt do hemodializy, to możesz być wdzięczny Agnieszce.

Strzyga


***

A Wam jak minął wtorek? :)

piątek, 4 października 2013

Ratunku

Kiedy już wyjdą wszystkie trójki i piątki, a Tymon będzie krzyczał tylko z racjonalnych powodów ("Musisz mi kupić tę zabawkę! Tak się matka nie zachowuje!"), wyrzucę wszystkie ukryte w zakamarkach mieszkania chipsy i czekoladki i zza łóżeczka Agnieszki wyciągnę hula-hoop. On będzie grzecznie siedział na kanapie i kolorował wyścigówkę, a ja stworzę sobie wcięcie w pasie. Potem usiądę w spokoju do komputera i napiszę notkę od razu, a nie w pięciu podejściach. Z oczu zniknie mi błysk szaleństwa i przestanę zamykać się w toalecie udając, ze mam jelitówkę.

Nie będę już potrzebowała anielskiej cierpliwości, więc skrzydła, które mi wyrosły na plecach sprzedam na allegro, a za zarobione pieniądze kupię sobie buty na takich obcasach, ze będę się później bała na nie patrzeć. O chodzeniu nawet nie wspominam.

Będę spokojna, uśmiechnięta i wyspana...

W co ja wierzę...

Kiedy już wyjdą wszystkie trójki i piątki Tymona, zacznie się ząbkowanie Agnieszki. A zanim ono się skończy dojdę do wagi, przy której w szpilkach będę wyglądać jak chupa-chups z dwoma patykami.

piątek, 27 września 2013

Goście, goście

Chrzciny Aguszki w niedzielę, ale moi rodzice i rodzeństwo (dwoje z trojga) przyjeżdżają już jutro. W związku z tym od poniedziałku zasuwam ze ścierką i, jak moja dentystka robiąc mi kanałowe, podśpiewuję pod nosem: "Końca nie widać, końca nie widać". Bo nie widać, cholera, mimo iż w porządki zaangażowani są wszyscy domownicy.

Ja uratowałam łazienkę, WC i kuchnię. Nawet zlokalizowałam intruza - małą myszkę, która raczyła zdechnąć za lodówką, a której zwłoki lodówka grzała, i grzała, doprowadzając nasze nosy na skraj rozpaczy albo i dalej. Oszczędzę Wam opisu wyciągania truchełka zza lodówki. Dość powiedzieć, że nie przeżyłam takiej traumy od pierwszego porodu.

P. wyniósł śmieci i umył okna - jak przystało na perfekcjonistę przebił moje mycie o jakieś 50 punktów.

Tymonowi niestety coś się pomerdało i, zamiast zgodnie z moją prośbą posprzątać zabawki i zjeść ładnie podwieczorek, rozwalił kolekcję autek po całym mieszkaniu i rozkruszył krakersy po pokoju. Jestem oazą spokoju...

Agnieszka pół dnia przespała, a pół mniej lub bardziej cierpliwie czekała na jakieś zainteresowanie z naszej strony. W akcie desperacji próbowała nawet z nami rozmawiać i wyrzuciła smoczek za łóżko, o czym zażądała zwrotu.

Także  ten... Gdybym po dzisiejszym poście przestała się odzywać, to znaczy, że nie ogarnęłam i spłonęłam ze wstydu ;)

piątek, 13 września 2013

Bezpieczeństwo schematów

Pamiętacie, jak wychwalałam rytuały, jako coś, co pomaga dziecku zachować jaki-taki rytm i opisywałam, jak zmieniły one moje matczyne życie na lepsze? Cofam. Rytuały mnie wykończą...

Rytuał wieczorny:

18:15 - 19:15 - Agnieszka zaczyna marudzić, Tymon spokojnie się bawi. Wyjmuję Aguszkę z łóżeczka, trochę jej śpiewam, trochę głaszczę. Wycisza się. Tymo zauważa, że siostra opuściła łóżeczko - jest niezadowolony, domaga się uwagi. Odkładam ją, żeby pobawić się z nim. Agnieszka zaczyna popłakiwać w łóżeczku. Tymon zadowolony. Idę do niej, biorę na ręce. Uspokaja się. Młody zaczyna płakać/ rzuca się na podłogę/ tłucze mnie. Odkładam Agnieszkę i kolorujemy Toma i Jerry'ego -> wróć na początek akapitu.

19:16 -  Ja: P.!!! Wykąp ich, bo zaraz oszaleję...
             P.: Najpierw młodsze, czy starsze?
             Ja: $%@Q&^@!!!

19:30 - 20:30 - Tymon się kąpie, ja przygotowuję mleko, pieluchę i pidżamę, Agnieszka marudzi w łóżeczku. Ubieram i karmię Tymona, P. przygotowuje kąpiel Młodej. Agnieszka się kąpie, Tymon zaczyna biegać po pokoju. Karmię małą, Tymon próbuje po nas skakać.

20:30 - Aguszka zasypia.

20:31 - 21:59 - Tymon biega po pokoju, skacze po meblach, wspina się na mnie, denerwuje P., próbuje zjeść biurko, wspina się na meble albo na mnie, obślinia wszystko dookoła (ząbkowanie), gada głośniej i więcej niż przez cały dzień, skacze po mnie, próbuje mi wybić zęby głową, ryczy, bo bolało...

22:00 - Tymon zasypia.

niedziela, 8 września 2013

Z placu boju

W myśl zasady, ze pochwalenie się bezproblemowym dzieckiem sprowadza kłopoty, ostatnie dni mijają pod znakiem placu zabaw, skakania ("op!"), "Przygód Kota Filemona" i "Małych Einsteinów". Wszystko razem. Najlepiej za rękę lub siedząc u mnie na kolanach. Próby odstawienia i ogarnięcia czegokolwiek poza Tymonową rozrywką skutkują rozpaczliwym szlochem. Zresztą szloch przewija się nawet, gdy jestem w pełni zaangażowana, potrzeby wszelkie odgadywać się staram i na rzęsach staje wymachując w powietrzu kopytami...

Winni? Cztery kły wyżynające się jednocześnie.

Tak więc powitałam się na nowo z butelką - posiłki podawane Tymonowi MUSZĄ mieć konsystencję zupy-kremu - i gryzakami. Przy czym "częstowanie" cierpiącego dziecka gryzakami nie gwarantuje, iż zostawi ono w spokoju meble (od dwóch dni próbuje obkorować mi biurko). Ale kto by się przejmował . Ostatecznie w czasie, gdy skrobie zębami jest cicho, czego nie można powiedzieć o chwilach, gdy próbuję go od tej czynności odwieść.

Pozostaje mi mieć nadzieje, ze trójki przebiją się zanim Tymon zmniejszy powierzchnię biurka na tyle, by trzeba było kupić nowe...

wtorek, 27 sierpnia 2013

Matka na wyłączność

Mój Tata piętnaście lat jeździł na TIR-ach. Wyjeżdżał w niedzielę w nocy, wracał w piątek po południu. Za tydzień lub dwa. Albo trzy, w okresie, gdy jeździł za granicę. Moja Mama w tym czasie ogarniała mieszkanie i trójkę dzieci. Dodam, że żadnego z nas nie możnaby z czystym sumieniem nazwać aniołkiem. Nawet moja Siostra, która zawsze była z nas najspokojniejsza i najbardziej uległa, potrafiła pokazać różki. Ja i Brat rogi mieliśmy cały czas na wierzchu.

Kiedy Tata zaczął jeździć, ja miałam trzy lata, Brat rok, a Sis dopiero się pojawiła. Mama teoretycznie nie pracowała, nie miała etatu, nie wychodziła z domu na osiem godzin. Zamiast tego siadała przy maszynie i szyła torby oraz paski. I nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia, jak Ona się z tym wszystkim wyrabiała, bo...

...P. pojechał wczoraj do Łodzi. Miał wrócić około czternastej, ale pojawiły się utrudnienia, spotkania się opóźniły i do domu dotarł o dziewiętnastej. W związku z tym  zaliczyłam dziewięciogodzinny maraton z moimi dziećmi. Zdecydowanie było to najdłuższe dziewięć godzin od czasu pieszej pielgrzymki do Częstochowy, na którą wybrałam się jako szesnastolatka...

Agnieszka postanowiła być łaskawa i połowę dnia przespała. Resztę zajęło jej jedzenie i wpatrywanie się w obrazki na ścianie. Dopiero około osiemnastej zażądała tulenia i noszenia na rękach. Ostatecznie jednak dała się przekupić smoczkiem i obietnicą, że jak Tata wróci i przejmie Tymona...

...który cały dzień nie pozwalał się zostawić na pięć minut. Najpierw władował mi się na kolana, żeby zjeść śniadanie. Po śniadaniu zrobił sobie z mojego brzucha trampolinę. Potem biegał po pokoju w kółko, póki się nie przewrócił. Zabolało, więc zapłakany wdrapał się na mnie, by, w ramach zwalczania bólu, bawić się w baranka (dziwię się, ze żadne z nas nie skończyło ze wstrząśnieniem mózgu...). Następnie były bajki, rysowanie, zabawa w ministerstwo głupich kroków, karmienie Agnieszki,podczas którego pół osiedla słyszało rozpaczliwy płacz mojego starszego dziecka - Tymon wybrał ten moment, żeby wejść na jeździk i spróbować sięgnąć klawiatury. Jeździk złośliwie odjechał, Tymon spadł. Na szczęście skończyło się na strachu, nawet nie zdarł sobie nigdzie skóry...

Tak więc, gdy o dziewiętnastej otworzyły się drzwi, miałam poważny dylemat, czy robić awanturę, czy rzucać się P. na szyję, ponieważ z jednej strony byłam wściekła za ten całodzienny wycisk, a z drugiej przeszczęśliwa, ze teraz będę mogła chwilę odpocząć.

Ostatecznie po prostu wyłączyłam się na pół godziny. Przestałam widzieć i słyszeć dzieci (do momentu, gdy Tymon zaliczył kolejny upadek; tym razem biegał z kocykiem na głowie, potknął się, nabił sobie guza i zdarł skórę na czole).

Już przygotowuje się psychicznie na październik, kiedy to rozpoczną się regularne wyjazdy szanownego małżonka...