środa, 30 kwietnia 2014

Shorty kwietniowe

1 kwietnia
Jako, ze był Lany Poniedziałek dostałam od Cioci śnieżką (miękką na szczęście) prosto w szeroko roześmiany dziób 


3 kwietnia

Tymoneiro zasuwa z autkami po mieszkaniu, P. chodzi w urodzinowej koszulce i wychlał już urodzinowe piwo, a ja próbuje ogarnąć co jeszcze zostało do przygotowania przed ślubem i odliczam godziny do przyjazdu mojego jedynego, ślubnego gościa.

Godzin pozostało 20. 


4 kwietnia

Udało mi się dziś zajrzeć w Tymonową paszczę i odkryłam, że rośnie mu kolejny ząb - druga górna jedynka. Niestety dolnego dziąsła nie zdążyłam obejrzeć...
A kto wie? Może tam też kryją się jacyś nowi goście 


7 kwietnia

Mamy nowe słowo: "ato". 


8 kwietnia

"Chodź, zmienimy pieluchę, Ptyśku."

System Automatycznej Teleportacji Urwisa (SATU).


10 kwietnia

Nie ma szału, ale tragedii w sumie też nie. Obudził się o piątej, bo był głodny. Dostał butelkę z mlekiem i zasnął z powrotem, a ja wróciłam do SWOJEGO łóżka. Potem rozpłakał się około szóstej (koszmary - płakał z zamkniętymi oczami, pokazując na coś paluszkiem) i musiałam przyjść.


11 kwietnia

Dostałam kolejną lekcję z cyklu: "Nigdy nie chwalić się nawet połowicznymi sukcesami w starciu z Terrorystą".

Wczoraj nie było tragedii, tak? Dopiero o piątej się obudził, tak?
No to dziś zrobił wyrównanie i najpierw walczył do 22:30, potem o 3:00 obudził się z krzykiem, który postawił na nogi pół osiedla. Następnie wymusił spanie w NASZYM łóżku (bo spanie ze mną w swoim jest już zbyt małym ustępstwem ze strony rodziców) i oczywiście rozłożył się tak, że dla mnie miejsca nie starczyło. A kiedy godzinę później połapał się, że uciekłam na jego łóżko i śpię sobie wygodnie sama, po raz kolejny włączył syrenę alarmową.

No to wróciłam. Zostałam skopana, obśliniona, oblana mlekiem z butelki, wciśnięta w kąt i jeszcze kilkakrotnie obudzona popłakiwaniem lub krzykiem (w zależności od szybkości reakcji).

Tym samym ogłaszam ZOMBIE MODE.



12 kwietnia
Do porodu zostały mi trzy miesiące, a czuję się, jakbym chodziła w ciąży trzy lata. Mam problem z wejściem na nasze czwarte piętro (nawet nie wspominam o wniesieniu Tymona, który od jakiegoś czasu dzielnie sam wspina się po schodach), jestem ociężała i wiecznie zmęczona. Kondycja? Poziom "-50". Jeśli czegoś z tym nie zrobię, to drugi poród będę miała jeszcze cięższy niż pierwszy...

...i dlatego wyszukałam filmiki "10 minute prenatal pilates", zaczynam od jutrzejszego poranka.

A na Was spoczywa zadanie rozliczania mnie z postępów - bo Strzyga leniwa jest i jak się jej nie pilnuje to się obija.


17 kwietnia

Ehh... Mam takie kochane, bezproblemowe dziecko, że zapominam o zasadzie "jeśli młode jest cicho, wiedz, że coś się dzieje". No to mi przypomniał, skubaniec jeden.

Właśnie wylał pół butelki mleka na wykładzinę.


18 kwietnia

Spacerek zaliczony, papiery potrzebne do wymiany dowodu osobistego złożone, zakupy zrobione, Tymon cały mokry*... Plan na dziś wykonany z nawiązką.

*weszło mu w krew rozlewanie - mamusia kupiła soczek w kartoniku, żeby się dziecko w pełnym słońcu nie usmażyło i nie ususzyło. A ten cwaniak połowę wypił a resztę po cichutku wylał z kartonika prosto na siebie.


19 kwietnia

Wzięły mnie wyrzuty sumienia, że Tymon tak stale na kleikach ryżowych z bobofrutem albo gerberkiem i ugotowałam mu prawdziwą, zdrową i smaczną kaszę jaglaną (do której wlałam słoiczkowy mus z jabłek i gruszek, ale ciii ;P).

Tymon się zachwycił, pojadł odrobinkę po czym uciekł.

Rozleniwiło mi się dziecko przez to wieczne karmienie z butelki, nie ma co. Chyba pora coś z tym zrobić.


20 kwietnia

Tymon podleciał do (zamkniętych) drzwi naszego pokoju i woła mnie:
"E-hee! E-hee!".
Otworzyłam, niech idzie męczyć stryjka, w końcu po coś go ma  Ale nie. Tymon poleciał do drzwi wyjściowych i woła dalej:
"E-hee! E-hee!".

Czyżby doskwierał mu wczorajszy brak spaceru?

***

Po jednodniowej przerwie wróciłam do ćwiczeń. Optymalna będzie chyba kombinacja "dwa-trzy razy dziennie po 10 minut".

Bo nie ćwiczyć wcale - jest źle, a ćwiczyć za dużo - jeszcze gorzej.


23 kwietnia

Tymon wczoraj odmówił kolejno:

- jedzenia brokułów
- jedzenia ziemniaków
- jedzenia buraczków.

Ukradł mi za to pół nogi z kurczaka.

Dziś dla odmiany opędzlował trzy młode ziemniaki i połowę moich buraczków. Cóż mogę powiedzieć...

Konsekwencja z pewnością nie jest jego mocną stroną 

***

"A Ostrożność jest matką...? (cisza na sali). No i masz. Jak się spytam czyją matką jest Nadzieja to wszyscy wiedzą. A jak o Ostrożność, to nikt nie może zrozumieć, jak ona matką została, skoro była ostrożna... A Ostrożność, moi państwo, jest matką Sukcesu."

Czyli o rodzicielstwie na wykładach. 


24 kwietnia

Ja: A Tymon co dziś jadł?
P.: Normalnie, mleko, kaszkę... Ale kaszki mało zjadł, chyba mu nie smakowała...
Ja (zdziwiona, bo Tymo kaszkę wciąga jedną dziurką od nosa w trzy sekundy): To z czego mu ją zrobiłeś?
P.:No na wodzie, bo bobofrut się skończył.
Ja: Ale jak na wodzie? Bez owocków? Ile wsypałeś kaszki?
P.: No na wodzie. 270 ml wody i 3 miarki kaszki.

Padłam... 


26 kwietnia

Porzućcie nadzieję, rodzice.

Jeśli dziecko zaczęło ładnie przesypiać noce i przesypiało je ładnie przez tydzień, a Wy przezornie się tym nie chwaliliście, by nie zapeszyć... To znak!

Znak, że ósmej nocy cwaniak wstanie po cichutku o drugiej i przydrepce do Waszego łóżka i już do rana będzie Was kopać, bo mu za ciasno...


27 kwietnia

Tego już dawno nie było - Strzyga wstała wyspana. I nie miała ochoty odgryźć sobie głowy za każdym razem, gdy Tymo przychodził z kolejną zabawką, żądając pokazywania oczu, uszu, noska i kółek...

Szaleństwo po prostu 


29 kwietnia

Gargamel nie cierpiał Smerfów.
Ja nie cierpię polskiej służby zdrowia.

W przychodni spędziłam prawie cztery godziny, tylko po to by standardowo usłyszeć, że wszystko dobrze, dostać skierowanie na badania i mam przyjść za 3 tygodnie. Serce Młodej bije jak dzwon, oczywiście jej się nudziło, więc mnie dodatkowo skopała.

Ale dostałam to, co lubię najbardziej. Możliwość powrotu. Roześmianą buzię Tymona na mój widok. Więc bilans wychodzi wyraźnie na plus 

Tata, a Tymon powiedział...

Im większy zasób słów opanowuje Tymon, tym bardziej uwidacznia się jego fantazja i pomysłowość. Już się zaczyna długo wyczekiwany etap dziecięcych "bajek" i konfabulacji. Mamy swojego "Ducha", Tymon "nie bidzi" rzeczy, które trzyma w rękach i tym podobne... Ja zaś zacieram ręce, świadoma, że z miesiąca na miesiąc będzie tego więcej.

Scenka I

Do mieszkania wleciał chrabąszcz majowy. Usiadł sobie centralnie na mojej bluzce, na brzuchu. Ja stłumionym głosem błagam P. o ratunek (wolałabym krzyczeć, ale przecież nie chcę dziecka wystraszyć), P. biegnie po aparat i pstryka zdjęcia. I już bym mu wybaczyła, ze mnie nie ratował, gdyby, nieboskie stworzenie, choć jedno pstryknął wyraźne...

Co robi Tymon?

Próbuje złapać chrabąszcza w dwa palce, a gdy w końcu P. łapie go w szklankę i wypuszcza za okno wrzeszczy, ze on chciał "kanapkę z lobackiem".

"Lobacek" - długość 3,5 cm, zdjęcie z dinkomania.fora.pl

Scenka II
 
Wstał wcześniej niż zwykle. Niezadowolony. Głodny.

T: Śtawaj, mamo!
S: Tymonku, mama jest śpiąca jeszcze.
T: Budowamy śniadanie, mamo. Tymonek głodny jeś.

No, jak tak, to inna sprawa... Zbudowałam mu kanapki. Z dżemem, nie z robaczkiem.

Scenka III

Agnieszka utknęła pod biurkiem i popłakiwała, więc zostawiłam Tymona na kanapie i poleciałam ją ratować. Zza pleców doleciało mnie:

T: Biedny Tymonek, biedny...

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Bóle wzrostowe

Pediatra zamknął mnie w pięciu słowach: "Taką ma urodę, że boli."

Moja uroda sprawiała, że budziłam się w środku nocy, z poduszką mokrą od łez. Czasem pomagało tarcie nogami o prześcieradło (wytwarza się ciepło, a ciepło łagodzi ból), ale bywały też sytuacje, gdy szlochając, budziłam rodziców i prosiłam o tabletki przeciwbólowe. Nie, żeby neutralizowały. Raczej łagodziły na tyle, żeby udało się zasnąć.

Najgorzej było wtedy, gdy skok wzrostowy przypadał na jesień lub zimę. Mama na własną rękę jeździła ze mną do poradni reumatologicznej (na "taką urodę" nie ma skierowań), ale lekarz, widząc prawidłowe wyniki badań, rozkładał ręce i pocieszał: "To minie.". Minęło i pewnie bym zapomniała, gdyby nie nocne pobudki Tymona.

Nie od razu skojarzyłam fakty. Dopiero przy drugiej fali, załapałam, że po kilku tygodniach popołudniowego marudzenia i nocnych pobudek, masowania nóżek i podawanego w ostateczności ibuprofenu, nagle wszystkie ciuchy są za małe. Dwie noce temu zaczął się trzeci skok wzrostowy.

Jak pomóc?

  • jeśli ból zaczyna się po południu, pomoże ciepła kąpiel
  • w nocy można energicznie pocierać nóżki - taki masaż rozgrzewa i łagodzi ból
  • jeżeli dziecko nie jest uczulone, można stosować maści rozgrzewające
  • wapno z witaminą d i tran łagodzą przebieg skoku wzrostowego
  • niektórzy lekarze zalecają preparaty z glukozaminą - ja jeszcze nie próbowałam
  • jeśli nic nie pomaga, można dziecku podać środek przeciwbólowy

Osobiście polecałabym też konsultację z lekarzem. Nie każdy nocny płacz, to bóle wzrostowe. Bywa, że przyczyna leży gdzie indziej.

sobota, 26 kwietnia 2014

16/52

Tymon chyba przewidywał dzisiejszy deszcz i uziemienie w domu - wczorajszy spacer przedłużył maksymalnie. Nie dał się skusić wizją żelek, ciastek, krakersów, czekolady ani obiadku. Żeby wprowadzić go do domu, musiałam poczekać, aż P. wróci z pracy. I nawet mimo to, o 17:30 całe osiedle słyszało, że Tymon wraca do domu...

Jednak zanim doszło do tej histerii, Tymon świetnie się bawił ze Słodką Z. i dziećmi z osiedla.

 W deszczu maleńkich żółtych kwiatów

 "Łopatka do lodów" (skrobaczka do szyb, którą Tymon wytargał z szafki)
 

 Wstałam! Teraz mi rób zdjęcia!

W sumie w domu też jest fajnie. ;)

piątek, 25 kwietnia 2014

Każdy mierzy swoją miarką?

Według badań przeprowadzonych przez TNS Polska 66% Polaków uważa, ze kiedyś dzieci były szczęśliwsze. Teraz siedzą w domu przed telewizorem i komputerem, nie ma dość dużo placów zabaw i przestały się razem bawić.

Tak się zastanawiam, z kogo składała się grupa ankietowanych.

Na moim, niewielkim osiedlu są trzy ogrodzone place zabaw oraz wolnostojąca piaskownica, kilka trzepaków, trochę drzew i sporo zieleni. Gdy wychodzę z dziećmi na spacer zawsze po osiedlu biega minimum kilkanaście maluchów. Zazwyczaj jednak jest ich znacznie więcej.

Nie są to - wbrew pozorom - same roczniaki i dwulatki z matkami. Przekrój wiekowy zmienia się wraz z godziną. I tak:

Od 9-tej do 13-tej  najwięcej jest maluchów i dzieci w przedszkolnym, które do przedszkola nie chodzą. Tym samym na osiedlu jest względnie cicho. Najgłośniej słychać babcie i opiekunki dyscyplinujące co bardziej rozbrykane maluchy.

Od 13:30 do 18-tej stopniowo zwiększa się ilość starszaków. Dzieci "szkolne" partiami wysypują się z pobliskiej placówki oświatowej i po trwającym maksymalnie 10 minut obiedzie już zasuwają po podwórku. Im późniejsza godzina, tym jest ich więcej i tym głośniej krzyczą.

Od 18:30 do 20-tej towarzystwo powoli zbiera się do domów. Wraz z zachodem słońca znikają młodsze dzieci, a w wieczornej szarówce pozostają jeszcze przez moment te powyżej dziesiątego roku życia.

Innymi słowy - od rana do wieczora osiedlowe dzieciaki biegają na świeżym powietrzu. Zupełnie jak ja dwadzieścia lat temu.

Nie wiem, może ja żyję w jakiejś utopii, ale wydaje mi się, ze to ja, jako matka kształtuję zainteresowania mojego dziecka. Jeśli posadzę je w domu przed telewizorem, a w ramach rozwoju podsunę gry edukacyjne, to rzeczywiście jest duże prawdopodobieństwo na to, że jego dzieciństwo będzie mniej szczęśliwe (czyt. aktywne) niż moje. Jednak jeżeli pokażę mu świat na zewnątrz, to samo odkryje, że najlepszą zabawą interaktywną jest skakanie po błocie, a nie pokazywanie zielonych jabłek z Myszką Miki.

Będę się upierać, ze mam rację, tym bardziej, że mój syn odkąd otworzy oczy domaga się wyjścia z domu, mimo iż w naszym wspólnym pokoju stoją dwa komputery, a na biurku leży mój telefon.

A jak jest u Was? Dzieci internetu, czy jednak rozbrzmiewające dziecięcym śmiechem osiedla?

środa, 23 kwietnia 2014

Wszyscy lubią skakać w kałużach z błotka

Cześć, jestem Ewa i mówię słowami własnej matki.

Czasami wymyka mi się: "Jak nie zjesz makaronu z warzywami, to nie dostaniesz nic do podwieczorka", jakbym nie pamiętała, że najbardziej głodnym jest się godzinę po obiedzie. I że czasami to, co na talerzu, po prostu nie smakuje. Jak może nie smakować, skoro tyle czasu spędziłam w kuchni?

Innym razem warczę: "Zobaczysz, pochowam ci te wszystkie zabawki, jak ich nie pozbierasz!", a przecież nie dalej jak dwadzieścia lat temu sama bawiłam się wszystkim po trochu i wszystko było mi koniecznie potrzebne. Ba, do tej pory tak mam, tyle, że dziesięć zakładek na przeglądarce nie wysypuje mi się na podłogę, a trzy czytane jednocześnie książki po prostu trzymam na półce.

Czasem, tak jak Ona X lat wstecz, mamroczę pod nosem: "Trzymajcie mnie niedźwiedzie, nosz do jasnej anielki...". Mamroczę i udaję, że nie wiem co się czuje gdy się słyszy ten syczący ton.

Czasami zapominam o obietnicach danych samej sobie.

Nie dziś.

Dziś po pierwszym, bezsensownym buncie i słowach: "Nie wolno skakać po kałużach." palnęłam się mentalnie w czoło i przypomniałam sobie chłodną wilgoć przemoczonych trampek.

A później szliśmy drogą złożoną z kałuż*.

On wołał: "Siukamy kałuziów, mamo!"
Ja uśmiechałam się do niego i do własnych myśli.

Po wszystkim buty i spodnie Tymona wyglądały tak**:



*to była bardzo okrężna droga. Jego radość kazała mi obejść osiedle dwa razy.
**istnieje prawidłowość - jeśli nie wezmę ze sobą aparatu, to będzie co fotografować. Jeśli go wezmę - nie będzie.

niedziela, 20 kwietnia 2014

2753

Tymon nie czuje magii świąt. Czuje magię wiosny.

Ja jestem zaledwie kronikarzem. Staram się zachować jego uśmiech, wysiłek podczas wspinaczki, radość z piasku. Błysk w oku i nagła powagę.

Aparat mówi mi, że zrobiłam blisko trzy tysiące zdjęć.
Choćby było ich milion, nie ma szans, by wyszło zbyt wiele...

 Byle nie w oczy...
 Pan Twardowski?
 "Na ziabab, mamo!"
 Namolny paparazzi...
 On się uśmiecha, bo wie, że za 20 sekund sam będzie się bujał...
 Chodź do mamy :)
 Nie złapiesz, nie nadążysz...

Bardzo szczery uśmiech.

czwartek, 17 kwietnia 2014

W świecie Żyrafy*

Założenia są piękne.

Empatia zamiast nakazów i zakazów.
22 alternatywy dla kary
Miłość i zrozumienie zamiast przemocy (choćby słownej).

Taka chciałabym być.

Tymczasem w "tu i teraz" sytuacji stresowych kiełkuje we mnie myśl: "Robi to specjalnie/złośliwie", a za nią kiełkuje najszybciej rosnący chwast świata - złość. Na kilkadziesiąt sekund zapominam o jego potrzebach i liczy się tylko efektywność. "Grzeczność" w definicji wyniesionej z domu.

Przykład:

Tymon chce się przytulić (potrzeba miłości i poczucia bezpieczeństwa), ja karmię Agnieszkę. Tłumaczę mu, że musi chwilę (w języku dwulatka: prawie wieczność) zaczekać. On szybko się niecierpliwi, zaczyna krzyczeć, próbuje odepchnąć małą ode mnie (walka o zaspokojenie potrzeby). Moje opanowanie znika krótko po tym, jak ona zaczyna płakać. Warczę, pogłębiając tym samym jego poczucie krzywdy i stresując Agnieszkę, którą przecież chciałam chronić. Płacz obojga się nasila, moja frustracja i złość wraz z nim. Podnoszę głos.  Nic nie jest proste, nie ma w tym cienia zrozumienia ani empatii. Tylko potrójna frustracja - moja i dzieci.

A przecież mogłam inaczej.

Mogłam przytulić Tymona wolną ręką.
Mogłam zająć go rozmową lub odwrócić jego uwagę w inny sposób - ostatnio wysłałam go po kartkę i kredkę i poprosiłam, by narysował dla mnie domek.
Mogłam powiedzieć po prostu: "Wiem, ze jesteś zły i smutny. Ja też się denerwuję."

To ostatnie jeszcze niedawno wydawało mi się głupie. Po co mówić o oczywistościach? A jednak warto, ponieważ nazwanie emocji pozwala się na owej skupić, a skupienie ułatwia poradzenie sobie z nią.

Tak więc ćwiczę intensywnie - na tyle, że Tymon dziś, w reakcji na którąś odmowę, poinformował mnie: "Smutny Tymonek".

Wiem, że przy moim temperamencie czeka mnie długa i wyboista droga, ale czuję, ze to właściwy kierunek. Że to tę ścieżkę miałam na myśli dawno temu, gdy krzyczałam: "Ja będę lepszym rodzicem!"

*O Żyrafie i Szakalu przeczytałam po raz pierwszy tutaj. A wziął się ten świat stąd.

środa, 16 kwietnia 2014

Cisza / 15/52

Od tygodnia mieszkańcy mojego pionu w bloku cieszą się wieczornym (względnym) spokojem. Coś tam piśnie ze trzy razy, raz wrzaśnie "nie bablanoc, mamo!", a potem następuje błoga cisza, za którą - jak podejrzewam - wszyscy tęsknili odkąd zaczęły się przedsenne awantury Tymona.

Od tygodnia wieczory spędzam czytając książki, oglądając seriale lub rozmawiając z P., zamiast padać - wycieńczona psychicznie, po solidnej dawce środków przeciwbólowych - zaraz po tym jak Tymon zaśnie, zmęczony wrzaskiem.

Nie zrobiłam nic specjalnego, nic innego. Ot, tuliłam i próbowałam nie wyjść z siebie.
Samo przyszło, samo poszło.

Jeśli ten stan spokoju się utrzyma, moim hasłem wychowawczym zostanie:

TO TAKI ETAP - SAM Z TEGO WYROŚNIE.

Co ciekawe, przy posiadaniu dwojga dzieci młodsze kopiuje zachowania starszego.

W związku z tym obecnie  u Tymona i Agnieszki trwa ETAP biegania (lub dreptania) w kółko i nie patrzenia pod nogi.

 Ostatnie chwile bez deszczu.

 "Mamo, co Ty masz na głowie?"

Kto powiedział, że dziewczynkom nie pasuje niebieski?

piątek, 11 kwietnia 2014

O tym jak przechodnie zniszczyli mi notkę

Miałam zamiar wylać trochę jadu i poskarżyć się na ludzi, którzy widząc mnie z zawiązaną w mei tai Agnieszką wołają:

"Udusi ją pani!"
"Przecież jej nogi zmarzną!"
"Jak murzynka jakaś ją pani zawiązała. Przecież niewygodnie dziecku!"
"Ugotuje się w tym!"

(Nie)stety pomysł na notkę zniszczyła zmowa mieszkańców mojego miasta.

Od tygodnia gdzie bym się nie pojawiła, napotykam rozanielone buzie i słyszę słowa aprobaty.

Najpierw była Pani w wieku mojej Mamy, która szczegółowo wypytała mnie o to od jakiego wieku można malucha w nosidełku nosić, skąd takowe wziąć (ode mnie! ode mnie!), czy trudno się wiążę i czy ona też by mogła, bo jest bujniejsza w kształtach niż jej córka.

Później starszy Pan (około siedemdziesiątki) zachwycił się zmyślnością nosidełka i urokiem śpiącej spokojnie Agnieszki oraz wyraził ubolewanie, że za jego czasów takich rzeczy nie było, bo syna by w tym nosił (a teraz syn już za duży, własne, nastoletnie dzieci ma).

Potem było jeszcze kilka osób, które z uśmiechem mówiły:

"O, jaka dzielna mama."
"Ale się fajnie maleństwo wtuliło..."
"Blisko serca mamy dziecku zawsze najlepiej!"

Oraz mnóstwo takich, które po prostu ciepło spoglądały na nas.

Z takim wsparciem szpileczki antagonistów nie budzą już zbytniej irytacji ;)




czwartek, 10 kwietnia 2014

Kwiecień poza netem / 14/52

Kwiecień nie sprzyja blogowaniu.

Po pierwsze: jest w miarę ciepło (8-15 stopni), a dzieci zdrowe, więc nie można ich zbywać, gdy stoją pod drzwiami i wołają: "Ma ziabab, mamo? Ma piachu?". Zresztą ciężko odmówić sobie chwili ciszy - Tymon potrafi GODZINĘ wrzucać łopatką piasek do wiaderka. Gdyby jeszcze Agnieszki nie trzeba było pilnować non stop (zjada piasek, gdy się odwrócisz), to brałabym książkę i siedziała tam cały dzień ;)


On sam sobie tę czapkę założył - nawet po domu w niej chodzi...


Po drugie: Babcia znalazła sposób na Tymona. Cwaniak zauważył, ze każda wizyta u niej oznacza stół pełen ciastek i jak tylko przejdzie mu syndrom zasłodzenia... "Idziemy ma babci, mamo?"


Po trzecie: kwiecień jest miesiącem uroczystości rodzinnych (urodziny moje, P., Babci, mojego brata, rocznica ślubu, urodziny córeczki P. jego imieniny, imieniny Tymona i Agnieszki). Dzięki temu mam usprawiedliwienie dla łakomstwa ;)

Mój tort (pomarańczowy)
Tort dla P. 

"Ciasto daj, a nie łyżeczkę!"

Jakby tego było mało, kiedy już ze wszystkim się uporamy, obświętujemy, wybiegamy itp. przychodzi czas na planszówki. Tymon póki co tylko obserwuje i karmi Agnieszkę pionkami, ale podejrzewam, że niedługo dołączy do nas jako pełnoprawny gracz ;)


Chyba nikogo nie dziwi, że - przy tak intensywnym trybie życia - Tymon czasami kompletnie odleci?

wtorek, 1 kwietnia 2014

13/52

Tymon wyszedł z wózka.

Jeszcze gdzieś z tyłu głowy brzęczy mi myśl, że może za wcześnie i dziecko się męczy, ale cwaniak potrafi łazić przez bitą godzinę po osiedlu. To raz. Dwa, że na luzie przemaszeruje do Babci i z powrotem (około kilometra w jedna stronę), o ile zapewni mu się możliwość odpoczynku* u wyżej wymienionej.

Tak więc uspokajam sama siebie, ze Młody daje radę i nie ma sensu go w ten wózek znowu wkładać.

A Wy? Jak myślicie?

P.S. Weekend minął nam tak: