piątek, 30 marca 2012

Przeprowadzka


Oto jesteśmy. W nowej odsłonie, z większą swobodą. Prywatnie, kameralnie.

A żeby nie było gołosłownie... Oto Tymon. Wykąpany, zrelaksowany, w trakcie ćwiczenia Bardzo Ważnej Umiejętności, jaką jest chwytanie. Bo Tymon coraz bardziej świadomie łapie się za wszystko, co znajdzie się w zasięgu maleńkich łapek. Ulubione pozostają włosy i palce Mamy, ale w ostateczności może być ręcznik.

W sumie ręcznik może być bardziej niż w ostateczności, bo jak już się go chwyci to można sobie nim zakrywać buzię i
odkrywać się do pasa, co jest niebywale rozwijającą czynnością. Bo jak to jest, że albo jest ciemno i ciepło, albo jasno i zimno.

A w ogóle, to kto wam pozwolił pstrykać fotki!?







poniedziałek, 19 marca 2012

Long, long way from home...


Skończyło się szpitalem.

Najpierw płakałam, bo miałam wyrzuty sumienia, że nie przyjechałam od razu. Potem zaczęłam obserwować... Wyniki dobre, brak jakichkolwiek objawów (zero gorączki od poniedziałku w nocy, brak kataru, brak kaszlu, żadnych zmian osłuchowych, krew i mocz okay). Mówię... Nie ma. Znowu chcą go zatrzymać zdrowego na oddziale...

I kiedy rozważałam wypis na żądanie okazało się, że zapobiegliwa lekarka kazała mu już podać antybiotyki. Bez naszej wiedzy, żebyśmy przypadkiem nie protestowali; nie czekając na wyniki, bo po co? Ot, krótka informacja, że podczas zakładania mu wenflonu podano pierwszą dawkę Zinacefu.

Oczywiście, zrobiłam awanturę.
Co z tego, skoro w takim wypadku terapię trzeba doprowadzić do końca, bo antybiotyk to nie przelewki i odstawiać go ot tak nie można?

Po drodze okazało się, ze mały reaguje na Zinacef alergicznie (wysypka, problemy z brzuszkiem, niepokój), ale po co zmieniać. Po trzech dniach walki udało mi się dostać osłonowo Acidolac i jest nieco lepiej...

Siedzę więc szósty dzień na cholernym oddziale, na przemian klnąc i płacząc. I czekam...

W międzyczasie piszę zjadliwą skargę do Izby Lekarskiej na szmatę, przez którą tu siedzimy. Niech ma. Niech się nauczy, że dziecko to nie szmaciana lalka, w którą można dla zabawy wbijać igiełki.

***

Z dobrych rzeczy - Tymon nauczył się łączyć dłonie, leżąc na plecach. Mama promienieje z dumy, bo według tabeli rozwoju, którą mamy w książeczce zdrowia umiejętność tę dzieci opanowują zwykle dopiero w czwartym miesiącu życia (inna sprawa, że z trzymaniem główki jesteśmy poniżej średniej).

Tak więc łapiemy się za rączki, zjadamy paluszki (czasem wsadzimy łapkę za głęboko do buzi i wtedy robimy takie paskudne "khhhhrt"), kopiemy nóżkami z zapamiętaniem godnym alpinisty walczącego o zdobycie Mount Everestu, próbujemy się głośno śmiać (ale jeszcze nam niezbyt wychodzi) i cały czas trajkoczemy w głos.

Jesteśmy w ogóle bardzo nadpobudliwi ostatnio.

No i skończyły się dobre czasy - doszliśmy do wniosku, że świat jest fajniejszy, gdy ogląda się go z wysoka i głośno domagamy się obnoszenia na rękach po szpitalnej sali i pokazywania wszystkich możliwych zakamarków.

wtorek, 13 marca 2012

Obiecałam


Powiedziałam "NIE".
Tymon został ze mną w domu.

To były najgorsze 24 godziny, jakie w życiu przeżyłam.
Patrzyłam na gorączkę mojego synka, słuchałam jego płaczu. Próbowałam utulić, wyciszyć, ugłaskać... Potem wrócił Pan Tata z oficjalnym pozwoleniem na podanie środka przeciwgorączkowego.

Tymon odżył, ale po kilku godzinach gorączka zaczęła gwałtownie narastać. Robiłam okłady i czekałam, aż minie cholerne osiem godzin i będzie można mu podać drugą dawkę leku. A potem drżałam, bo gorączka nie chciała spadać. Minęły dwie długie godziny, zanim lek poradził sobie z temperaturą. Lek i Tymon. A rano serce jak u jaskółki - zadziałało, temperatura się unormowała w okolicach stanu podgorączkowego, mój syn się uśmiecha, chce jeść, gaworzy...

Obserwujemy dalej, jutro znowu do lekarza.
Jeśli nie pojawią się zmiany osłuchowe, będziemy leczyć się w domu.
Jeśli się pojawią - koniec dyskusji, jedziemy do szpitala...


sobota, 10 marca 2012

Strzygopłaczki pt.3


Co miałam powiedzieć, gdy usłyszałam "Podejrzenie zapalenia płuc"?
Co miałam zrobić, gdy pielęgniarka wkłuwała się w rękę, żeby założyć wenflon?
Kiedy ukłuła główkę, żeby pobrać krew do drugiego badania?
Kiedy nacięła Twój malutki paluszek nożykiem, żeby zrobić kolejne badanie?
Kiedy powiedzieli, że może rentgen, a potem, że jednak nie?
Kiedy siłą otwierały Ci oczy, żeby zakroplić antybiotyk?
Kiedy budziły do ważenia, do mierzenia, do badania?
Kiedy kładły zimne ręce na Twoim wystraszonym ciałku?
Kiedy lekarz kazał mi trzymać ci ręce, żeby zrobić usg serca?
Kiedy zobaczyłam siniaki po swoich palcach na Twoich ramionkach?

CO MIAŁAM ZROBIĆ, KIEDY USŁYSZAŁAM, ŻE JESTEŚ CAŁKOWICIE ZDROWY I CAŁE TRZY DNI CIERPIENIA BYŁY NIEPOTRZEBNE?

Płakałam razem z Tobą, ale to za mało...

Nienawidzę tego popieprzonego kraju, w którym NFZ zwraca szpitalom koszt leczenia pacjenta dopiero po trzech dobach na oddziale.
Nienawidzę lekarzy, którzy kłamią ci w żywe oczy, że jest podejrzenie problemów z sercem, żebyś tylko nie wypisała dziecka na żądanie.
Nienawidzę pielęgniarek, którym szkoda czasu na delikatne przeprowadzenie zabiegu na siedmiotygodniowym dziecku, więc przeprowadzają go szybko, ale za to w sposób bolesny i stresujący dla małego człowieczka.

***

Teraz śpi.
Jesteśmy w domu.
W końcu bezpieczni, w końcu bez obcych, obojętnych ludzi dookoła.

Obiecuję.
Zrobię wszystko, żebyś nie musiał tego znowu przechodzić.

środa, 7 marca 2012

Przewróciło się (niech leży...)


Pan Tata poszedł dziś wcześniej do pracy, zaburzając tym samym święty rytm spacerowy - zamiast wyjść z domu o 10:35, czekam grzecznie, aż Tymon się wyśpi. Tym samym mam czas, żeby posprzątać choć trochę mieszkanie, przygotować obiad, a nawet napisać notkę na blogu. Błogosławiony spokój w domu. Szkoda, że brak go w mojej głowie...

***

Kiedy Pan Tata stracił pracę i nie mógł znaleźć innej wydawało mi się, że najlepszym wyjściem będzie wyjazd 400 kilometrów na południe. Miało być nasze miejsce na ziemi. Miało być miło, bezpiecznie, spokojnie. Przynajmniej w mojej głowie.

Pan Tata ostrzegał, odwodził od pomysłu. Jakoś mu się nie paliło do przeprowadzki akurat w to miejsce, ale po dwóch miesiącach bez pracy, za to z rosnącymi długami uległ. Spakowaliśmy się i wyruszyliśmy.

Oczywiście już od pierwszego dnia dostałam obuchem po głowie, bo nic nie było tak, jak sobie wyobrażałam... Ale miało być tak tylko przejściowo, do wyjazdu teściów. Rzeczywiście, potem przez chwilę było normalnie, ale ile trwała ta chwila? Tydzień? Dwa?

Nagle zdałam sobie sprawę jak bardzo sama tu jestem. Trzy przyjazne twarze w promieniu 400 kilometrów. Brak ludzi, których znałam, na których mi zależało. Brak wsparcia, narastające problemy ze szwagrem, coraz silniejsza myśl, że w takich warunkach się nie da wychować spokojnego, szczęśliwego, bezpiecznego i zdrowego dziecka...

Teraz zastanawiam się już nawet nie nad tym CZY popełniłam błąd, tylko nad tym JAK WIELKI on był i czy cokolwiek da się z nim zrobić...

Kolejna przeprowadzka - czy może "kolejna ucieczka"? Ulicę dalej, czy znowu slalomem przez Polskę?

Czuję się jak mała dziewczynka, która chciała zrobić mamie niespodziankę i zabrała się za robienie obiadu. Siedzę w zamienionej w pobojowisko kuchni nad potłuczonym półmiskiem i popłakuję nad skaleczoną za ostrym nożem ręką.

Chciałam dobrze - dla siebie, dla Pana Taty, dla Tymona. Wyszło jak zawsze i już się boję podejmować jakiekolwiek decyzje (o działaniach nie wspominając), żeby przypadkiem nie wpakować się w większe bagno...

piątek, 2 marca 2012

Miłość i inne nieszczęścia


Rośniemy. Niestety oboje - i Tymon, i Mama.

Tymon waży prawie sześć kilo - sporo jak na dziecko które nie ma nawet półtora miesiąca. Pediatra twierdzi, że jest przekarmiony. Idiotka. Jak można przekarmić dziecko na piersi? I to karmiąc co 2,5 - 3 godziny. No ale nie wymagajmy zbyt wiele od kobiety, która przy podejrzeniu skazy białkowej mówi żeby nie odstawiać nabiału "bo coś jeść trzeba".

Mama waży trochę za dużo i je dużo za dużo... Acz o bycie przekarmioną nikt jej nie oskarża... Póki co. To chyba tyczy się tylko dzieci.

***

W ogóle trzeba zmienić lekarza/przychodnię. I napisać oświadczenie o nieszczepieniu. I pójść do dermatologa z tą wysypką. I do okulisty z ropieniem oczek. I przestać żreć, bo będę wyglądać jak słonica.

***

A Tymon poza wagą niczym miniaturka Pudziana? Coraz więcej gaworzy, coraz głośniej i precyzyjniej wyraża swoje (nie)zadowolenie, coraz mocniej macha łapkami i nóżkami. Zakochał się w grzechotkach, zachwycił karuzelką nad łóżeczkiem, uwielbia słuchać mamogadania.

Ale najważniejszy i najfajszy jest - oczywiście - Pan Tata.

Do Pana taty Tymon śmieje się zawsze. Pana Tatę zaczepia, wpatruje się w niego jak w obrazek. Mama? A kto to taki? Teraz jest Pan Tata i nic, nawet cycowanie, nie jest w stanie odciągnąć od niego synowskiej uwagi.

Zazdroszczę i jestem dumna jednocześnie.