niedziela, 31 sierpnia 2014

Shorty sierpniowe

T: Ziobać mamo, źnalaźłem Dziordzia.
S: Widzę synku. Lubisz George'a?
T: Tak, nie lubię Dziordzia. Tymonek kocha tylko słonika. Tylko oko.

Logika zawsze przegra z kreatywnością...


***


Kiedy Tymon ma wyjątkowo upierdliwy dzień, używamy innego języka.
"Mama" zmienia się w "matkę"; "tata" w "ojca"; akcent twardnieje, intonacja staje się ostrzejsza, a wszelkie zdrobnienia (typu: synek, rączka, dziobek) umierają gwałtowną śmiercią.

Wyobraźcie sobie teraz moją minę, gdy sprzątając klatkę, usłyszałam z drugiego pokoju ten język w wyjątkowo udanym wykonaniu Tymona:

"Agunia! Źośtaw to! Ja się tutaj bawię siamochodem! Idź do matki natychmiaśt!"


***


Odkrycie dnia. Biblioteka na Górniczej. Pełna dzieci i zabawek, z niesamowitymi pracownicami, które wspólną zabawą kupiły Tymona, a zainteresowaniem i radą kupiły mnie. Pierwszy raz odkąd skończyłam liceum trafiłam na tak miłe bibliotekarki.

Jedyny problem to histeria Tymona, gdy nadszedł czas powrotu do domu.

Na pewno będziemy częstymi gośćmi.

23 sierpnia

P. usypiał wczoraj Tymona. Puścił mu bajkę na smartfonie, położył się z nim.
T: Jestem bajdzo malutki i tlochę źmęciony.
A potem spał całą noc, nie budząc się z płaczem. Emotikon heart


25 sierpnia
Dziś jest dzień gubienia.
Najpierw zgubiłam bilet dobowy, potem zniknęły skarpetki Tymonka i telefon (włożyłam go do tylnej kieszeni jeansów). A teraz bezskutecznie szukam... rury od odkurzacza.
#‎wcudzymokuźdźbło‬
‪#‎wewłasnymbelkiniewidzę‬
27 sierpnia
Agnieszka z gilem do pasa i Tymon duszący się w nocy, ogłaszają koniec wakacji.
Mogliby mieć choć tyle przyzwoitości, by doczekać kalendarzowej jesieni...

28 sierpnia

Właśnie "delikatnie acz stanowczo" wyprowadziłam Agnieszkę z łazienki, gdzie usiłowała wyrwać osłonkę brodzika (remont, panie, remont po cudzej fuszerce). Obyło się bez krzyku i płaczu, więc zadowolona stwierdziłam, że dziecko mam zgodne i posłuszne...
...a potem spadł mi na stopę taboret, popchnięty przez małą Mścicielkę.

31 sierpnia

Tymon przywalił P. z główki.

T: Co ja zrobiłem? No co ja zrobiłem i dlaczego to zrobiłem. Zrobiłem krzywdę... sobie... Tymonkowi. Teraz jest mi smutno...


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

O zupie z dyni



Jakiś czas temu zaczęłam się mienić "dobrą kucharką". Bo i chleb potrafię upiec, i rosół bez kostki ugotować taki, że ślinka cieknie, i ciasto w 90% przypadków wyjdzie mi bez zakalca. O pizzy nawet nie wspominam, spytajcie Rudą.

Biorąc pod uwagę, że trzy lata temu mojego spaghetti nie był w stanie zjeść nawet bardzo niewybredny Szwagier, a zupy robiłam z torebek, jest to ogromny przeskok i powód do dumy.

Ale, ale...

Nie osiadajmy na laurach - rozwój przede wszystkim. Skoro podstawy wychodzą zadowalająco, pora przejść na wyższy poziom i pokombinować ze smakami. Zwłaszcza, gdy w podarunku końcowoletnim otrzyma się dwie dynie.

***

Plan był prosty: z jednej zrobię zupę, z drugiej dyniowe kotlety.

Obrałam warzywa, pokroiłam, podsmażyłam cebulkę, wrzuciłam wszystko do gara i zalałam wodą, po czym sypnęłam łyżkę soli. Następnie sięgnęłam po pieprz, a że nie mam pieprzniczki, ambitnie postanowiłam sypnąć odrobinę z torebki. I wszystko byłoby pięknie, gdyby w tym momencie z całym impetem nie wleciał we mnie miniaturowy Armageddon, owoc niebywałej miłości i niepojętej naiwności P., syn mój pierworodny (i oby ostatni).

- Tyyyyymoooooon... - jęknęłam żałośnie, patrząc, jak  pół paczki pieprzu topi się w mojej zupie.

Co robi "dobra kucharka" w takiej sytuacji? Próbuje zneutralizować.

Podejście pierwsze - wkroić drugą dynię. Czas operacyjny - 10 minut (a pieprz się "wgryza"). Efekt - mizerny. No to może wkroimy jeszcze pomidory...

Pięć minut i cztery pomidory później stwierdziłam, że tego nikt nie przełknie i z duszą na ramieniu odpaliłam wujka Google. Po trzech kolejnych zlewałam nieszczęsną zupę i odcedzałam warzywa. Po wszystkim warzywa wrzuciłam z powrotem do garnka, wlałam ćwierć wywaru i 3/4 wody, podgrzałam, zamieszałam, posmakowałam...

... i poleciałam do komputera.

Po dłuższej chwili byłam znowu w kuchni i wyciągałam z lodówki mleko. Niestety, P. wypił większość i zamiast litra dolałam do zupy zaledwie szklankę. Czyli stanowczo za mało.

Co jeszcze? Co jeszcze wujku Google?

Jest! Ostatnia nadzieja w zasmażce! Tego jeszcze Strzyga nie robiła... Mieszam, przyrumieniam, rozprowadzam nieszczęsną zupą, smakuję i... odpłynęłam. Połowa zasmażki wylądowała w zupie, połowę zjadłam "na sucho". Marzenie, chyba będę taką robić codziennie.

Ale, ale, wracając do meritum.

Zupa pyrka, ja stoję z łychą w ręce i gulą w gardle (będzie rozwód, czy nie będzie?). Nabieram zupy i...

...niebo w gębie.

Niestety, podanie dokładnej ilości składników jest niemożliwe, więc przepisem się nie podzielę ;)

czwartek, 21 sierpnia 2014

Jakby jestem

Straciłam łączność ze Strzygą. Nie identyfikuję się, choć mam tu kawał historii. Włącza się tak dobrze znana chęć ucieczki i zaczęcia od nowa w zupełnie obcym miejscu.

Tłumaczę się sama przed sobą, że ma to nawet sens, bo przecież właśnie wywróciłam życie do góry nogami. Zaraz potem przychodzi pytanie, co ze wszystkim, co tu stworzyłam.

Przenosić - bez sensu, jeśli chce zacząć od nowa?
Zostawić na pamiątkę?
Usunąć - ale jak? Przecież to całe dotychczasowe życie moich dzieci.

Ktoś mądry mówi, ze zbyt dużo się wydarzyło ostatnio i muszę to ogarnąć stopniowo, po kolei.

Rozsądek i Ruda podpowiadają, by zostać tu - po dostosowaniu bloga do tej nowej wersji mnie.

***

Co teraz?