piątek, 28 lutego 2014

Shorty lutowe

25 lutego
Bilans na dziś?

- cztery zęby w drodze, przy czym jeden już przebił dziąsło (swoją drogą kolejność wychodzenia zębów u T. mnie rozwala - najpierw prawa jedynka na dole, teraz lewa dwójka u góry ;))

- jeden zrzucony ze stołu nawilżacz powietrza, który pociągnął za sobą jedną zalaną wykładzinę i jednego ryczącego (chyba ze strachu, bo urazów żadnych nie znalazłam) Terrorystę.

- jedna dokończona para kolczyków

- jeden, pracujący na trzech etatach jednocześnie, P. 

Plany?

Kąpiel i sen.

26 lutego

Siny guz na czole, czerwona sznyta pod okiem, przytrzaśnięta drzwiczkami od szafki rączka - Tymon bawi się w odkrywcę i eksploratora. Tak sobie myślę, że dopóki to wszystko ładnie nie zblednie, to nie będziemy za bardzo wychodzić z domu, żeby sąsiedzi nie wezwali opieki społecznej...

Z rzeczy mniej bolesnych dla niego, a bardziej dla mnie - zaczął wyciągać klepki z podłogi. Ja wiem, że ten parkiet jest brzydki, dlatego go przykryto wykładziną... Ale bez przesady, no...
27 lutego


Nie marudzi, nie płacze, zajmuje się sobą sam (nawet jeśli oznacza to wywalanie ciuchów z szafki i wyciąganie klepek z podłogi), przynosi butelkę jak jest głodny, zamiast krzyczeć wniebogłosy... Zjada i zasypia.

To jakiś podstęp, czy naprawdę tak widać, ze dziś ledwo trzymam się na nogach i jest mu mnie żal?


28 lutego


Wstał gotowy do zabawy o 2:45. Zasnął o 5:30. Wstał o 8:00.

Wyglądam jak ofiara przemocy w rodzinie...



Share Week 2014

Mama uczyła mnie, że nieładnie zatrzymywać wszystko dobre dla siebie. Jej co prawda chodziło o zabawki, a później słodycze i chipsy, ale dlaczego nie rozszerzyć tej zasady na ulubione blogi?

Nie ma powodu? W takim razie dołączam do Share Week 2014.

Czytam ponad pięćdziesiąt blogów. Wybranie z nich trzech, to był jakiś żart. Wybranie dziesięciu - makabra. Mogłabym tu dopisać jeszcze czterdzieści. Albo i więcej...

Kolejność losowa.

1. Matka Prezesa

Albo ją kochasz, albo nienawidzisz. Ja kocham. I podziwiam.

2. Matka jest tylko jedna

Ponoć nisko latająca Jaskółka zwiastuje deszcz. Gdyby to była prawda, na Mazurach nie padałoby nigdy, bo Aśka zawsze leci wysoko ;)

3. Barwy Biedy

Chciałam opisać ten komiks blogowy w dwóch słowach. Nie da się. Chyba, że w tych "Jest genialny."

4. Młoda Lekarka

Szkoda, że pisze tak rzadko...

5. Lucy eS

Cenię za poczucie humoru i "to coś", które mnie do niej przyciąga.

6. Nasze Życie Bez Chemii

Odrobina wiedzy jeszcze nikogo nie zabiła. Kropka zmienia moje życie.

7. Archiwum Chaosu

Mistrzyni.

8. Malvina

Jedyny Pająk, jakiego lubię.

9. Halo Ziemia

Wrażliwość i ciepło, które rozdzierają mi serce.

10.  Magia w codzienności

Dojrzałość w ciele Młodej Matki, nie bez poczucia humoru.

Shorty lutowe

4 lutego 2014 roku
Tak się zastanawiam, czy na blogu oprócz dialogów z Tymonem nie zacząć wrzucać dialogów z Bur... z mężem.

Zresztą sami oceńcie.

Dzieci śpią, my pierwszy raz od dwóch tygodni leżymy w jednym łóżku, P. smyra mnie nosem po twarzy. Miło. I nagle...

P: Njeeeeee...
S: Yyy? Ale o co chodzi?
P: Masz meszek! Będziesz miała wąsy!

5 lutego 2014 roku

Wczoraj był Dzień Męczenia Młodszej Siostry.

- Wiesz, Tymon, czasami mam ochotę strzelić cię w dupę... - westchnęłam, tuląc płaczącą po raz setny Agnieszkę.

Dziś cwaniak biega po domu, rozwala zabawki, wjeżdża mi w nogi fotelem, maluje kredkami po ścianach, a za każdym razem gdy zgromię go wzrokiem woła roześmiany:

- Ciem w dupe!

Także ten. Nie wychodzimy w domu.

A ostrzegali, że dziecko powtarza wszystko.


12 lutego 2014 roku
Mam w głowie projekt. 
Piżamkę na tę szaroburą aurę. Taką, w której możesz cały dzień siedzieć na kanapie i rysować chmury.
Plan jest prosty. Skroić i zszyć.

Może nawet dziś?
P.S. Ona GRYZIE!

18 lutego 2014 roku
- Co ciekawego porabiałaś? - pyta mnie facebook.

Drogi Facebooku, pół nocy tuliłam moją córkę, która zgodnie ze słowami mojego męża "jedno ciastko dostała ode mnie, a drugie sama sobie wzięła."

Dla tych nieświadomych - jedno to maks. Więcej kończy się bolącym brzuchem i płaczem w nocy.

Teraz ona odsypia noc, a ja jedną ręką bawię się kolejką, a drugą piszę posty na FB.

A Wam jak minęły noc i poranek?







czwartek, 27 lutego 2014

Niedobry telefon! / 8/52

Miał być zaległy post ze zdjęciami łobuzów, ale zaginął czytnik kart pamięci, komputer nie widzi mojego telefonu, więc nie da się ściągnąć zdjęć przez kabel, a telefon P. zawiesza komputer, gdy próbuje się go podłączyć.

W związku z tym wykazuję objawy wzmożonego wkurzenia, a na usta cisną się ostre słowa Na przykład:

"Kur... (szybkie spojrzenie na Tymona) ...cze!"

Nie, nie działa terapeutycznie. Wręcz przeciwnie.

Niestety, musi wystarczyć, bo Tymon dopiero co zapomniał o sławnym "Brumpa mać!" i nie zamierzam być osobą, która mu o owym zwrocie przypomni. Zwłaszcza, że jutro odwiedzają nas dwie urocze damy i miło by było, gdyby mój syn nie witał ich łaciną podwórkową. ;)

Oczywiście cały czas walczę i wierzę że znajdę sposób na przeniesienie zdjęć z telefonu na komputer.

A zanim to się stanie - więcej słów, mniej obrazków ;)

EDIT:


Wygrałam!!!

Zdjęcia zrobione 21 lutego.

Nie dajcie się zwieść tej słodkiej buzi ;)

BLW na całego

niedziela, 23 lutego 2014

Wiosna!


Wiosna pod koniec lutego. Jakby tego było mało do pełni szczęścia - w niedzielę, gdy P. nie pracuje. Wykopałam go więc z łóżka i wioo, na pola, na spacerek.

Przy okazji Tymon zapoznał się z okoliczną fauną (ptaki i bezpański pies, którego jakiś czas temu próbował przygarnąć Szwagier) i florą ( suchy badyl na środku drogi).

T: Cio to?
S: Gawron.
T (radośnie): Gagon! Widzie go!
Próbuję hamować śmiech. Tymon rusza za nami, po chwili odwraca się do gawrona.
T: No, choć!
W tym momencie już parskam śmiechem. Tymon podbiega do mnie.
T: Cio sie śtało, mamo?
S: Nic, Synku, mama się cieszy...

 Agnieszka cały spacer przespała...

 Oprócz "gagonów, Tymona zainteresowały też tropy. Albo "śady", jak mówi on. W związku z tym przystawał, co jakiś czas, pochylał się nad drogą, wpatrywał skupiony w ziemię i wołał: "Śady! Uuubał śad!"


Zastanawia mnie "ułożenie" mojego dziecka. Inne znane mi dwulatki wykorzystują każdą szansę na ucieczkę. Jeśli tylko nie trzyma się ich mocno za rękę, lub zapiętych w wózku, to uciekają gdzie je wzrok poniesie. Tymon nie. Tymon statecznie maszeruje, lekko szurając bucikami.

Do tego co kilka kroków zatrzymuje się i pyta słodziutkim, piskliwym głosikiem: "Dzie jeśteś, Tymusiu?"

Może to kwestia nieobeznania z tematem? W końcu ostatnie miesiące spędzał albo w domu, albo w wózku? A tu droga, polna, nierówna. Trawy jakieś wyschnięte, patyki na drodze, kamienie...

W każdym razi na odrobinę szaleństwa (zejście z chodnika na trawnik) pozwolił sobie dopiero gdy już wracaliśmy do domu.

 "Tata uuuciek, Mamo."
 Wcale nie jest łatwo nakłonić dwulatka by do Ciebie PRZYBIEGŁ...

""Guzik, mamo. Duźy guzik, tak?"

Na chwilę obecną, ja niecierpliwie czekam na kolejną słoneczną niedzielę, a P. niecierpliwie czeka na deszczową niedzielę, którą pozwolę mu przespać, nie wymagając jakiś spacerów... ;)

sobota, 22 lutego 2014

Kaskader

Wczorajszy dzień to nie był piąteczek, piątunio. Raczej piątczysko.

Do szesnastej jeszcze w miarę. Tymon się bawił, Agnieszka tuliła.

A potem z górki. Agnieszka w ryk, bo zmęczona, ale jeszcze nie śpiąca.

Tymon z kolei od szesnastej do dziewiętnastej miał załączony tryb "Autodustrukcja". Najpierw wbiegł w biurko i rozciął sobie nos. Pierwsza moja myśl, to że zmiażdżył sobie przegrodę nosową. Na szczęście dzieci są z gumy.

Pół godziny później, jakby zapomniał, że bieganie jest niebezpieczne i ruszył od nowa. Po trzech minutach przewrócił się na korytarzu i obtarł rękę (P. był pewien, że ją złamał).

Potem, kręcąc się wokół własnej osi, potknął się o własne nogi i uderzył plecami o szczebełki łóżka Agnieszki. W efekcie ma siniaka wielkości mojej pięści.

Na koniec źle wymierzył odległość i zleciał z kanapy.

To daje cztery stany przedzawałowe w trzy godziny.

Oby jak najmniej takich dni.

piątek, 21 lutego 2014

Ciup-ciuch!

Tymon dostał od naszych przyjaciół drewnianą kolejkę. Z ciuchcią, wagonikami, mnóstwem torów, domkami, zwierzątkami, ludzikami, znakami drogowymi, autobusem i samochodzikami. Wszystko drewniane i praktycznie niezniszczalne.



Zabawka genialna.

Pomaga zachować porządek w mieszkaniu (bo Tymon bawi się od niedzieli TYLKO kolejką), zmniejszający ilość konfliktów między rodzeństwem (dopóki Agnieszka nie sięgnie po wagonik lub tory) i wzbogacająca słownictwo.

T: Ciup-ciuch! ciup-ciuch, mamo! Ojechała bagonik! Ciup-ciuch! O jety... Uuuuubał się bagonik, mamo. Uuuubał się. Cieba napabić, mamo! Mamo! Nie da sie! Napabic! Oć. Tu jeś Tymuś. Bagonik uuubał! Nababić!




Po kilku dniach użytkowania doszłam do wniosku, że Tymon do szczęścia nie potrzebuje wszystkich stu elementów i połowę schowałam W sensie torów. I połowę drzewek/krzaczków i znaków drogowych.

Wyciągnę mu, jak przestanie je wrzucać za kanapę i wpychać pod lodówkę ;)

Teraz w mieszkaniu jest jeszcze czyściej ;)

czwartek, 20 lutego 2014

Demonek


Ponoć przez pierwszy rok życia uczymy dzieci mówić, by potem następne dwadzieścia je uciszać.

Ja nie. Niech gada jak najwięcej, bo jego gadanie powoduje u mnie ataki śmiechu, a śmiech to przecież zdrowie. Przy Tymonie mam szansę być najzdrowszą kobietą w Polsce ;)


Scenka I


W rytuale wieczornym Tymona jest miejsce na "dobranoc".

"Dobranoc robią" postacie z bajek, mieszkańcy domu, dalsza i bliższa rodzina, znajomi, a nawet księżyc i drzewa. Po drodze kilkakrotnie przewija się też "Tymuś".

T: Mamo, Miki do bablanoc?
S: Tak, Miki robi dobranoc.
T: Dejsi da bablanoc?
S: Tak, Daisy też już zrobiła dobranoc.
T. Bablanoc, Tymusiu! Bablanoc, Demonku!

No wiedziałam! Wiedziałam, że te jego dziwne pomysły i dzikość serca to nie przypadek! ;)


Scenka II


Wymusiłam na P. podzielenie się colą. Tylko łyczka chciałam, bo tak zimna, z lodówki, no marzenie...

No i dał mi łyczka. Tak, że połowa wylała się za dekolt.

Strzyga w krzyk i śmiech. Tymon leci na ratunek.

T: Cio sie śtało!? Cio sie śtało!?
S: Nic się nie stało. Tata oblał mnie colą.
T: Nić sie śtało? Śmieśny tatuś.


Scenka III


Ósma rano, Tymon się obudził, P. jeszcze przysypia.

T: Cieś, Tato.
P: ...
T: Peśtań, Tato, peśtań.

Pół godziny później pytam, P. co robił, ze mu Tymon kazał przestać.

P: Spałem.

środa, 19 lutego 2014

Chłopiec za kolczastym drutem


Świat Brunona jest prosty i bezpieczny. Trzech przyjaciół, dom pełen zakamarków, surowy, ale sprawiedliwy ojciec - żołnierz. Komendant. Jest co prawda starsza, złośliwa siostra i jej koleżanki, docinające chłopcu z powodu drobnej budowy, ale nie burzą one jego spokoju.

Robi to dopiero Furia, który wysyła całą rodzinę do Po-świecia.

Zamiast wielkiego, rodzinnego domu jest taki z tylko jednym piętrem.
Zamiast przyjaciół - żołnierze.
Zamiast sąsiadów - dziwne, ogrodzone wysokim płotem i drutem kolczastym miasteczko, a w nim setki ludzi w pasiastych piżamach.

Do buntu chłopca szybko dochodzą nuda i samotność. Dlatego łamie zakaz ojca i wyrusza na wędrówkę w kierunku szarego miasteczka. Podczas tej wędrówki poznaje Szmula.

Dzieci nie znają granic, dopóki ich rozgraniczania nie nauczymy.
Nie znają też okrucieństwa. Tego prawdziwego, właściwego niektórym dorosłym.

Bruno nie wierzy w opowieści Szmula. Nie rozumie, jak można narzekać, gdy ma się tylu kolegów i miejsca do zabawy. Szuka wyjaśnień na miarę swoich dziewięciu lat. Ktoś dorosły zniknął? Może miał jeszcze coś do załatwienia i wróci jutro.

Jednocześnie dostrzega głód w oczach przyjaciela, widzi, jak z tygodnia na tydzień Szmul mizernieje. Przynosi mu jedzenie, a przynajmniej próbuje, bo zwykle podczas długiego marszu sam głodnieje i większość przysmaków sam zjada.

Opowieść Bruna boli.

Wiem kim był Furia.
Wiem czym było Po-świecie.
Wiem, co wydarzyło się na samym końcu.

Jedyne, co mi umyka, to jak ludzie mogą być tak okrutni.

poniedziałek, 17 lutego 2014

...nie jesteś już sama

O tym, że jest w ciąży, po raz pierwszy napisała mu w sierpniu na gadu-gadu. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc nie odpisał od razu, a ona, wystraszona chyba jego milczeniem, po kilku minutach dopisała: "Taki status ma dziś moja koleżanka".

Później nie było wcale łatwiej. Może gdyby mieszkali bliżej siebie, a nie te czterysta kilometrów...

Postanowiła ukryć swój stan.
Może bała się, że każe jej usunąć ciążę?

Mijały miesiące. Widywali się rzadko, więc każde spotkanie było okazją do imprezy. O... Bawić się umiała. Gdy zaczynała, szybko niknęły hamulce. Dość powiedzieć, że nie raz przytrzymywał jej głowę nad sedesem, nie wiedząc, że wraz ze sobą upiła ich dziecko.

Ostatecznie przyznała mu się w styczniu, w szóstym miesiącu.

Od tej pory już miało być dobrze. Nie uciekł, nie zostawił jej z "tym" samej. Wyniki badań, USG, wszystko wskazywało na to, że już niedługo będą szczęśliwymi rodzicami. Przygotowywali wyprawkę, myśleli nad imieniem...

Miało być w porządku, ale w trzy miesiące później, po kilkunastu godzinach ciężkiego porodu, urodziła dziecko ledwo żywe. Z czterema punktami w skali Apgar, mocno niedotlenione i, jak się później okazało, niewidome. Maleństwo, które ledwo odratowano, i które już zawsze będzie miało trudniej niż reszta świata.

Czy na stan dziecka miał wpływ jej "swobodny tryb życia" w pierwszych sześciu miesiącach ciąży? Możliwe, pewności nie ma nikt.


P.S. "Ona" i jej dziecko istnieją.

niedziela, 16 lutego 2014

7/52

Przez ostatnie siedem dni karmiłam się nadzieją. Zupełnie bez sensu, bo niektóre matki nigdy nie dorosną i nie zrozumieją, że dziecku potrzebny jest ojciec. Są zbyt dumne, zbyt uparte i zbyt samolubne.

Zbyt głupie.

Swoją drogą - naprawdę niskie poczucie własnej wartości musi mieć ktoś, kto boi się, że kilkanaście godzin z drugim rodzicem przekreśli cały czas spędzony z nią.

Trzeba łapać tyle ciastek, ile się w rękę zmieści, bo nie wiadomo, czy później dadzą...
Mamo, ja myślałam, że te tory są solidniejsze, naprawdę...
Tu miało być urocze zdjęcie kochającego się rodzeństwa.
Zamiast tego jest zdjęcie Tymona jedzącego ciastka i Agnieszki próbującej złapać klocek.

piątek, 14 lutego 2014

Uwaga! Straszy!

- Duch - Powiedziało moje dziecko, patrząc na drzwi balkonowe. Odwróciłam się i stwierdziłam, że jasna koszula P. na upartego może ducha przypominać.

***
- Duch - powtórzył Tymon w kuchni, zerkając w kierunku wnęki między szafką a lodówką.
- A co to za duch? - spytałam zaciekawiona, ale zignorował mnie.

***
- Duch! - wrzasnął Tymon, gdy zgasiłam światło, by położyć go spać, po czym wleciał prosto we mnie i rozpłakał się. "Nie strasz mi dziecka, paskudo!" warknęłam w myślach. Po czym utuliłam moje zapłakane medium do snu.

***
- Duch. - Oznajmił dziś rano.
- Gdzie jest duch?
- Tam jeś. - Wskazał na regał z książkami.
- A jak wygląda?

Cisza.

***

P. najpierw stwierdził, że kiedy on był dzieckiem, w domu mieszkał duch, który otwierał szuflady w kuchni i ruszał sztućcami, i że nie można się było przez niego w spokoju wysikać. W końcu kto normalny wyjdzie w nocy na korytarz, który upodobał sobie duch.

Ale, ze tego ducha już dawno nie ma. Albo straszy tylko dzieci.

Dziś rano doszedł do wniosku, że to przez bajki.

Tymon milczy. Ducha, o ile jakiś jest, raczej się nie boi.

czwartek, 13 lutego 2014

Lunatyk?

W naszym domu wszystko ginie.

Zaginął czytnik kart pamięci, więc nie mam jak szybko zgrać zdjęć z telefonu (jako zmyślne stworzenie przesyłam je mailem), połowa kredek Tymona, kilkanaście kartoników do memory oraz część drewnianych literek. Zniknął mój centymetr krawiecki i dwa smoczki Agnieszki.

Wczoraj zaginęła też obcinaczka do paznokci.

Powinna być na biurku P., ale ten uparcie twierdzi, ze nie ma.

Jakież było moje zdziwienie, gdy pół godziny później spojrzałam na mojego męża, a on się nią bawił...

S: Skąd to masz?
P: Nie wiem. Co to jest? (skonsternowany) Z mojej ręki. A wcześniej nie wiem gdzie to było.
S: Czyli było na biurku.
P: Nie... Nie wiem. Może Tymon mi to przyniósł. O, Tymonowi zabrałem.
S (mocno rozbawiona)
P: Nie mam pojęcia skąd to się wzięło. Skąd ja to mam? Nie wiem, gdzie to było.
S (śmiech)
P: Weź to ode mnie. Nie chcę tego.

Taaak... Czyli do mojego gadania przez sen, Tymonowego zgrzytania zębami i kopania Agnieszki możemy dopisać zaniki pamięci u P.

środa, 12 lutego 2014

Matka wyrodna

Ogłaszam luty miesiącem porażek rodzicielskich.

Najpierw radosne "Ciem w dupę!", potem, z grubej rury, "Brumpa mać!"... I to wcale nie koniec.


Scenka I

Tymon straszy Agnieszkę (i mnie), biega tuż koło niej, prawie że ją depcze. Mloda pokrzykuje, bynajmniej nie z zadowolenia.

S: Tymon, natychmiast przestań, bo...
T: Do kota! Do kota! Bamonek je bodźna  dociać Agusi! Do kota!

(w wolnym tłumaczeniu: Do kąta! Do kąta! Tymonku nie można dokuczać Agusi! Do kąta!)

Cóż. Bynajmniej już się klapsa nie domaga...


Scenka II

Marzycie czasem o wypiciu gorącej kawy/herbaty?

Ja mogę.

Daję Agusi herbatnika (albo cztery), Tymonowi dodatkowo odpalam "Klub Przyjaciół Myszki Miki", a sama siadam przy stole i delektuję się spokojem. Zdawać by się mogło, że takie rozwiązanie nie ma wad. Sprawdzało się w końcu przez cały tydzień.

Nosił wilk razy kilka...

Dzisiejszy wieczór  spędziłam uspokajając i tuląc na przemian jedno i drugie swoje dziecko.

Obydwoje cierpieli z powodu bólu brzucha. Tymon poza tym żalił się uparcie: "A Daisy da bablanoc..."


Aż się boje co będzie dalej...

wtorek, 11 lutego 2014

Łacina Tymonkowa

Możliwości są trzy.

1. Czyta w myślach.
2. Ma wyjątkowo dobrą pamięć (że o słuchu nie wspomnę)
3. Ktoś zakrada się do domu gdy śpimy i szepcze mu do ucha.

Ostatni raz klęłam w Sylwestra, smażąc śledziki Szanownemu Małżonkowi. Dodam, że to była bardzo sycząca (i skwiercząca) łacina. Taka na wdechu, bo próbowałam połknąć dziesięć kolejnych bluzgów cisnących mi się na usta.

A jednak, Pan Gumowe Ucho usłyszał i zapamiętał. Dla lepszego efektu odczekał półtora miesiąca, żeby matka się cieszyła, jakie ma cudowne dziecko i jaka sama jest super, bo udało jej się uchronić dwulatka przed wszystkim mocniejszym niż "dupa".

Taka dumna.
I taka durna.

Powinniście widzieć moją minę, kiedy Tymon wbiegł w babciną lodówkę, przewrócił się i pisnął:

"Brumpa mać..."

Żeby było ciekawiej...

Kiedy ja zapadałam się pod ziemię ze wstydu i szoku. Tymonkowa prababcia i jej siostra prawie płakały ze śmiechu.

Pozostaje mi mieć nadzieję (bo zawsze świetnie na tym wychodzę), że tego ataku wesołości nie zauważył. I, że szybko się znudzi. I zapomni.

Jest cień szansy?

poniedziałek, 10 lutego 2014

6/52

Bardzo dobry poniedziałek.

Zdrowy poniedziałek.
Spacerowy i słoneczny.

No, rano trochę popadało, ale kto by się przejmował. Mam imbirowe ciasteczka prosto z Londynu (dziękuję :*), zakwasy dały sobie spokój, a Tymon po godzinnym spacerze przemawia do mnie ludzkim głosem, a nie obrażonym kwękaniem.

Więcej takich dni!

 Mały Irokez
"Lepiej byś mnie na spacer wzięła, skoro zdrowy jestem, a nie, zdjęcia cykasz"

sobota, 8 lutego 2014

Strzyga robi gołąbki

Skusiła mnie Marta.

Ona swoje dostała od przyjaciółki. Ja przyjaciółek chętnych do karmienia mnie nie posiadam (w promieniu 100 kilometrów), więc musiałam stanąć przy garach.

Potrzebujemy:

sporą główkę kapusty
500 gram mięsa mielonego
200 gram ugotowanej kaszy (jęczmiennej/jaglanej/gryczanej) lub ryżu.
2 jajka
namoczoną bułkę
sól, pieprz, czerwoną paprykę, majeranek
posiekaną natkę pietruszki

Do miski wkładamy mięso, kaszę, jajka, bułkę i dodajemy przyprawy.

 Wyrabiamy na jednolitą masę. Z garnka wyciągamy obgotowaną kapustę.

 Odkrawamy kolejne liście, ścinamy z nich zgrubienie głównego nerwu. Na środek kładziemy porcję masy i zawijamy

 Zwinięte gołąbki obsmażamy...

 ...układamy ciasno w garnku (dno garnka wykładamy najpierw liśćmi kapusty)...

...zalewamy sosem pomidorowym (1,5 litra bulionu + słoiczek koncentratu pomidorowego) i dusimy ok. godziny na najmniejszym ogniu.


Smacznego.

piątek, 7 lutego 2014

Blogerki kopnęły mnie w d*pę


Zniszczyły mój leniwy, uporządkowany świat.
Wykopały mnie z fotela, zmusiły do przejrzenia szafek w kuchni i krytycznego spojrzenia na siebie.

Normalnie takie rzeczy robi wredna teściowa (aleś Ty przytyła) lub troskliwa matka (Chipsy są niezdrowe, zjedz pomarańczę), ale ja teściowej nie posiadam, a mamę mam daleko, więc posiłkuję się wirtualnym wsparciem.

Limonka, opisując swoją historię, uświadomiła mi, że wciąganie sześciu gofrów "bo się zmieszczą", wcale nie jest tak dobrym pomysłem jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza, gdy po dwóch jesteś już w sumie najedzona. Do tego wrzuciła na ścianę link z komentarzem: "A to... A to zrobi wam talię!", trafiając tym samym prosto w jeden z dwóch moich czułych punktów. Co prawda zawsze mi się wydawało, że najlepiej ćwiczyć rano, ale jak się ma dwoje dzieci i męża-buraka, który się podśmiewa pod nosem z naszego skakania przed komputerem, to 23:30 można uznać za wczesny ranek.

Szalonooka wymyśliła sobie 90-dniowe wyzwanie. Lubię mieć granicę, do której dążę. Łatwiej mi się zmobilizować, gdy wiem, że za x dni moja "męka" się skończy. Tym sposobem wpakowałam sie w 90 dni treningu.

Ale prawdziwą kumulację zasponsorowała mi Kropka. Dzięki niej nie słodzę herbaty (i zamiast czarnej wybieram zieloną), nie piję kawy (boli), łapię się za głowę, gdy ktoś mówi, że karmi dziecko mlekiem ryżowym, bo tak zdrowiej i rozpoczynam wywód, gdy słyszę, ze ktoś w ramach diety pije mleko sojowe. Etykiety czytałam już "przed Kropką", ale teraz zamiast rozróżnienia zdrowe-niezdrowe, mam większą wiedzę i świadomość. Oraz podniesiony poziom frustracji.

Dziewczyny. Dziękuję :)

czwartek, 6 lutego 2014

"Konieć ziababa"

W sumie nie przeszkadza mi, że będziemy jeszcze tydzień siedzieć w domu. Nie teraz, gdy Tymon zaczął rejestrować wszystkie moje wypowiedzi (oraz przypomniał sobie kilka starych) i używa ich w najmniej oczekiwanych momentach. A słuch ma jak świstak.

Scenka I


Kiedy Tymon tłucze Agnieszkę zabawką, to mu tę zabawkę zabieram i chowam, tłumacząc, ze tak się nie bawimy, bo to boli. Po kilkunastu sesjach tłumaczenia z wersji pięciominutowej ewoluowało ono w trzy zdania: "Koniec tej zabawy! Nie wolno bić Agusi. Oddaj autko/grzechotkę/książeczkę!"

Właśnie wyłączył sobie bajkę i woła:

"Konieć ziababa!"

Scenka II

P. pakuje się do pracy, jednocześnie zgrywając na pndrive jakieś ważne dane. Tymon wykorzystał zamieszanie i zabrał coś z biurka.

P: Tymonku, oddaj to.
T: Nie da dady.
P: Tymon, oddawaj. To jest tacie potrzebne.
T: Odawaj. Odawaj. Konieć ziababa.

Scenka III
Przedwczoraj był Dzień Męczenia Młodszej Siostry.

- Wiesz, Tymon, czasami mam ochotę strzelić cię w dupę... - westchnęłam, tuląc płaczącą po raz setny Agnieszkę.

 Od wczoraj cwaniak biega po domu, rozwala zabawki, wjeżdża mi w nogi fotelem, maluje kredkami po ścianach, a za każdym razem gdy zgromię go wzrokiem woła roześmiany:

- Ciem w dupe!


Także ten. Nie wychodzimy w domu.

A ostrzegali, że dziecko powtarza wszystko.

wtorek, 4 lutego 2014

Kiedy zaczyna się przemoc?

Najbardziej pamiętamy rzeczy skrajne.

Kawał kabla, nazywany "Rzemieniem", klęczenie na grochu za nieodpowiednie zachowanie w kościele i przewrócony stół. Przy czym "Rzemieniem" chyba tylko raz któreś z nas dostało.

Taka normalna przemoc, której sprawcy wcale się przemocowcami nie czuli.

Przecież nie było tak, żebyśmy chodzili z podbitymi oczami i plecami w pręgach, albo żeby każdy dzień kończył się bliskim spotkaniem z pasem. Nikt nas nie katował. Było tylko dużo krzyku i gróźb, rzadko wprowadzanych w życie.

Niby nic, a jednak z dzieciństwa najlepiej pamiętamy strach, bunt i obietnice: "Ja będę lepszym ojcem.", "Nie będę krzyczała na swoje dzieci za każdą pierdołę.", "Nie będę bić.", "Nie będę straszyć.".

Kiedy pojawia się dziecko, początkowo, wszystko wydaje się łatwe. Jest maleńkie, kochane, bezbronne. Nieświadome, że jego płacz czasami budzi frustracje i męczy. Nawet nie przychodzi do głowy, że możnaby na nie za to krzyknąć. Wszystkie noworodki i niemowlęta płaczą, więc byłoby to jak złościć się na kogoś za to, że oddycha.

Tyle, że dzieci rosną, a rosnąc robią się coraz mądrzejsze. Już nie działa zasada "ono nie wie, że tak nie wolno/to boli/to niebezpieczne". Próbujesz tłumaczyć, ale szybko okazuje się, że w momencie, gdy ty produkujesz się, podając powody, dla których dziecko ma czegoś nie robić, ono jest już w drugim końcu mieszkania i... tak... znowu łamie panujące w domu zasady. I w nosie ma Twój stanowczy, ale spokojny ton oraz to, ze jesteś konsekwentna w swych wymaganiach względem niego.

Próbujesz przez jakiś czas, ale jesteś coraz bardziej zniechęcona i dość szybko zamieniasz spokojne tłumaczenie na krótkie: "NIE!". Najpierw mówione normalnym tonem, później coraz głośniejsze, aż w końcu dochodzisz do poziomu krzyku.

"Nie ruszaj."
"Nie bij!"
"NIE WOLNO!"

Jednocześnie czujesz się winna, bo masz wrażenie, że przez cały dzień nie robisz nic oprócz warczenia na własne dziecko. Jesteś sfrustrowana, zmęczona i czujesz się złą matką, bo przecież nie tak miało być. Miałaś być inna, a wrzeszczysz tak samo, jak Twoi rodzice. Mimo, iż pamiętasz, jak nie lubiłaś tego krzyku i, że nie dawał on wcale wymiernego efektu. Tylko strach i bunt. Poczucie krzywdy.

Niektórzy posuwają się krok ("Zrób tak jeszcze raz, a Ci przyleję!") lub dwa (pierwszy, a później zazwyczaj kolejne, klaps) dalej.

Tak, to jest straszne.

Przemoc siedzi w nas głęboko. Nie chcemy jej, wiemy, że to zaklęty krąg, ale jak się wyrwać?
Ile z nas odważyło się poprosić o pomoc psychologa? Zapytać jak radzić sobie z frustracją? Wygadać się komuś, kto patrzy całkowicie obiektywnie?

Nie, forum internetowe, nie zastąpi rozmowy w cztery oczy.

Dla swojego dziecka i dla siebie.

poniedziałek, 3 lutego 2014

5/52

Tydzień minął, nawet nie wiem kiedy.

Goniłam między Tymonem i Agnieszką, wisiałam na telefonie z mamą oraz z Cień, wdałam się w bardzo wciągającą dyskusję ze Świeczką, co dla nas obydwu skończyło się skrajnym niewyspaniem dnia następnego. Cień podsunęła mi pomysł, jak ściągnąć do nas starszego synka P. na weekend i, nawet biorąc pod uwagę zapalenie płuc Tymona oraz przygodę z cyganką, to był dobry tydzień.


 Pełen miłości...

 ...uśmiechu...

...i nadziei.

Przeklęta

Każdemu się zdarzy gorszy dzień. Tydzień...

Znacie to. Dalej jest miesiąc, rok i życie.

Dlaczego robię postanowienia noworoczne? Bo dają mi wrażenie, ze zaczynam z czystą kartką. Że oto w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia, jakimś dziwnym cudem wszystkie kopniaki, które wymierzyło mi życie przez ostatnie dwanaście miesięcy, znikają, a ja zaczynam od nowa z czystym kontem. I, że ten rok już na pewno będzie lepszy.

Przecież nie może stale tak być.
Raz lepiej, raz gorzej, ale nigdy powyżej zielonej kreski z napisem "DOBRZE".

Od lat mam wrażenie, że tonę.

Kiedy już udaje mi się wypłynąć na powierzchnię i złapać oddech, kiedy zaczynam wierzyć, ze to ciemne coś przede mną, to ląd, okazuje się, że to był cień wieloryba, który zaraz mnie połknie. To nie życie. To wegetacja.

Jeśli zaczynam wychodzić na prostą zawsze COŚ się zdarzy.
Niespodziewany, duży wydatek. Utrata pracy. Chore dziecko.

Oczywiście zawsze jakoś dajemy radę. Zostają nam po tym długi wdzięczności i zobowiązania, ale wciąż mamy głowę nad wodą.

I wciąż oddzielam lata grubymi kreskami, wierząc, że ten będzie przełomowy. Mam w końcu coraz wyraźniejsze plany i jakby więcej możliwości. Wiary w siebie. Mogę przenosić góry, jeśli tylko zechcę i wezmę się do roboty.

Zaczęłam rok dobrze. Co prawda Tymon znowu ma zapalenie płuc, ale to nie koniec świata. On wyzdrowieje, ja już realizuję swoje plany. Jest dobrze, coraz lepiej.

I w tym momencie, kiedy cała ociekam pewnością i spokojem, na ulicy zaczepia mnie cyganka, która, gdy nie chcę dać jej tego, czego żąda - przeklina mnie. Krzyczy, że spłynę krwią własnego dziecka.

Tak, ciemnota i zabobon. Stara kobieta, która chciała mnie zastraszyć.

Wiem, ale mimo to po moim spokoju nie ma już śladu.

sobota, 1 lutego 2014

Mój mąż burak

Zacznijmy od tego, że małżonek mój ma naturę dwoistą. Objawia się ona zarówno w jego podejściu do ojcostwa, kumpli, jak i do naszego małżeństwa i związków ogólnie.

I tak, zdarzają mu się zrywy romantyczne, kwiaty przynoszone bez okazji (ostatni raz 20 wrześnie 2012 roku, ale jednak). Ewentualnie czekoladki w ilościach nieprzyzwoitych (jakieś dwa tygodnie temu). Jest nieocenionym wsparciem i jeśli wymyślę, sobie że chcę latać, to poszuka dla mnie odżywki na porost skrzydeł.

Jednocześnie bywa typowym słoniem w składzie porcelany, łatwo się irytuje, a za niektóre teksty mam ochotę wystrzelić go w kosmos albo się rozpłakać  (w linku tekst Matki Tylko Jednej, który był jednym z powodów powstania tego posta). W chwili gdy je wypowiada - później zazwyczaj zwijam się z nich ze śmiechu.

Tyle (przydługiego) wstępu. Teraz przejdźmy do meritum.

Tymon z zapaleniem płuc, trzeba mu leki wykupić. Jako, ze P. cały dzień był w pracy, a receptę mam ja, do apteki możemy się wybrać dopiero około osiemnastej.

Napisałam: "możemy"?

Moje niedopatrzenie. Ja mogę, bo on jest zmęczony, a na zewnątrz jest zimno. Niefajnie, bo nie pomyślał o tym, że zmarznę, ale jestem tak wyczerpana psychicznie, po całym dniu z chorym Tymonem, że wyszłabym nawet na Syberię, byle chwile pooddychać powietrzem nieprzesiąkniętym rozżalonym "Mamoooo!". Poza tym, bądźmy uczciwi. JEST zmęczony. Ma prawo.

Lecę więc na skrzydłach mrozu i radości, że wokół cisza. Wbiegam do apteki, a tu... BAM... nie ma potrzebnego mi antybiotyku. Zamówić można dopiero rano, więc dowiozą najwcześniej po południu. Co robić? Zapalenie płuc raczej nie będzie biernie czekać.

Zasuwam do następnej apteki (15 minut w jedną stronę plus czas oczekiwania w kolejce), kupuję co potrzebne i kurcgalopkiem wracam do domu zahaczając o sklep, bo w lodówce zostały jedynie światło i przeciąg.

Do mieszkania wlatuje zgrzana (a na zewnątrz -6) i zdyszana. Co mnie wita?
Nie. Nie na wpół zmartwione (co się stało, że tak długo Cię nie było), na wpół radosne (nic Ci nie jest, dotarłaś bezpiecznie): "Kochanie wreszcie wróciłaś."

Wita mnie srogie spojrzenie spode łba i obrażone warknięcie "Godzinę się szlajałaś."

A żeby było zabawniej pół godziny później dochodzi ŻĄDANIE bym poszła drugi raz do sklepu, bo jaśnie pan chce płatki z mlekiem.

Czy istnieje sytuacja lepiej definiująca buraka?


Początkowo, zamiast "buraka" miał być "buc", ale doczytałam, że w okolicach Krakowa jest to określenie mocno obraźliwe. Rzekomo synonim ch*ja. A jednak nie zirytował mnie na tyle, by na takie wyzwiska zasłużyć ;)