wtorek, 31 grudnia 2013

Grudniowe shorty

5 grudnia 2013 roku

Dziś po raz pierwszy opowiadałam Tymonowi o jego dniu. 

Zastanawiam się, jak mogłam nie wpaść na to wcześniej. 

Magia Bliskości.

10 grudnia 2013 roku

Spędziłam dziś trochę czasu w szpitalu. 

Dziwnym mechanizmem jest serce matki. Gdy byłam w domu z Agnieszką, cały czas myślałam o Tymonku. Gdy tylko zamknęłam drzwi mieszkania, zaczęłam martwić się o Aguszkę.

14 grudnia 2013 roku

Kwadrans opowiadania Tymonowi bajek przez telefon, żeby nie płakał...


19 grudnia 2013 roku

Usypianie raczkującego, samodzielnie siadającego prawiepółroczniaka. Lepsze niż siłownia.

***

Właśnie dowiedzieliśmy się, że jesteśmy szpitalowi winni 160 złotych za to, że P. mógł tam być z Tymonem. 

W praktyce nie zmienia to nic, bo i tak by był.

Jednak miło by było, gdyby o takich kosztach informowano przyjmując dziecko na oddział, a nie wręczając wypis.


21 grudnia 2013 roku


Tymon: Maciek?
Ja: Maciek jest u siebie w pokoju.
Tymon: Maciek w pudeku

Wiedziałam, że bywają diabły w pudełkach. Ale Szwagry?
***
Dałam Tymonowi kawałek chleba. Suchy, bo miałam na rękach Agnieszkę. 

Spojrzał na mnie jak na wariatkę i pyta:

- A dziemik?


23 grudnia 2013 roku

Allegro wysłało mi reklamę: Zrób prezent jeszcze dla siebie. A w środku zdjęcia: kompletu sztućców, odkurzacza i bielizny modelującej. 

Poczułam się żarłoczną kurą domową z nadwagą 

***

Od dwóch dni Agnieszka stabilnie siedzi. 
Szaleństwo.

Oczywiście od razu znienawidziła pozycję leżącą. Najlepiej cały czas by siedziała i się bawiła grzechotkami (grzechotka jest najfajniejsza, gdy uderza o szczebelki łóżka - taki hałas ;)).

Czekam na następny level - siedzenie bez przewracania się po trzech minutach 


31 grudnia 2013

Tymon obudził się z płaczem, ale usnął jeszcze na pół godziny. Na mnie. Wszystko dzieje się przy mnie, ze mną lub za moją sprawą.

Jestem Westa, opiekunka domowego ogniska.

Ciekawe, czy Westę też bolała głowa z niewyspania.

***

"Kocham mama" powiedział mój syn tuż przed północą, tym samym dając mi najpiękniejsze możliwe zakończenie roku 2013 i niesamowitego kopa energetycznego, który da mi siłę na cały 2014 rok.

Postanawiam

Przeglądam listę zeszłorocznych postanowień i dochodzę do prostego wniosku.

Za dużo.

Owszem, lubimy wyzwania, lubimy przekonywać się, że potrafimy pociągnąć więcej, niż myślał mąż, babcia i sąsiadka z naprzeciwka. Tylko bądźmy szczerzy. Są granice.

Ja na przykład, jak teraz wyobrażam sobie próby wypełnienia wszystkich punktów, jednocześnie prowadząc dom oraz rodząc i wychowując genialne, ale absorbujące dzieci, to widzę jedną rękę wystającą z głębokiego jeziora. I wcale nie trzymam w dłoni miecza.

Dlatego w tym roku będzie mniej, ale może w zamian skuteczniej.


POSTANOWIENIA:

1. Rosyjski. MUSZĘ, po prostu, chociaż ten jeden raz doprowadzić coś do końca. Styczeń miesiącem opanowywania cyrylicy (albo raczej przypominania, bo już ją kiedyś całkiem dobrze ogarniałam).

2. Minimum jedna książka tygodniowo (miało być 100, jak u Limonki, ale... kogo ja próbuję oszukać ;))

3. Szycie. Nawet nie muszę na nim zarabiać. Lubię to, daje mi satysfakcje. Dlaczego więc nie rozwijać się w tym kierunku?


Miałam też w planie podnieść kwestię wydobycia mojej delikatnej kobiecej natury, ale, kurcze, od miesiąca chodzę głównie na obcasie (bo są wygodne i ładne) i w bluzkach z dekoltem (wygodniej karmić). Czego chcieć więcej? Makijażu? Od czasu do czasu jest. Pomalowanych paznokci? Zdarzają się. I to wystarczy. Przynajmniej mi.

Oświadczam, że nie będę wstawała kwadrans wcześniej tylko po to, żeby sobie udowodnić, że jestem kobieca i zadbana.

Chyba, że P. zacznie mnie omijać wzrokiem.
Wtedy mogę wstawać i pół godziny szybciej.

Pozostałe rzeczy, takie jak bycie najlepszą matką, żoną i przyjaciółką, mam w głowie cały czas. Spisanie ich nic nie wniesie.

Możecie trzymać za mnie kciuki :)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Podsumowanie

Gdzieś pomiędzy sprzątaniem pierdolnika, który z mieszkania zrobili Tymon z Agnieszką, a przygotowywaniem sylwestrowej zachcianki P. mimowolnie robię podsumowanie.

Na początku 2013 byłam przerażoną i wściekłą narzeczoną z okrągłym brzuchem w niedalekiej perspektywie. Karnie stawiałam się na kolejne kontrole i ukradkiem oddychałam z ulgą, gdy każdy z moich pięciu ginekologów potwierdzał: zdrowa ciąża. Uśmiechałam się nieszczerze do rozpromienionych ciężarówek w poczekalni. Do siedemnastego tygodnia ciąży, kiedy podczas USG usłyszałam "córka". Wtedy pierwszy raz poczułam tą dziką radość i zapowiedź miłości, która wybuchła we mnie w lipcu, gdy podali mi Agnieszkę, całą siną i zakrwawioną.

Trzy dni przed porodem

W 2013 zaczęłam przygotowywać się do ślubu. Pierwszy skok w ilości postów na blogu przypadł dziwnym trafem akurat na okres tuż przed nim. Zaliczyłam łzy wzruszenia i łamiacy się głos w USC, najlepsze wesele, jakie mogłabym sobie wyobrazić, zmianę nazwiska i wymianę wszystkich dokumentów. Tym samym z narzeczonej przeszłam w żonę. Znacie ten żart o problemach z oprogramowaniem po zaktualizowaniu Programu "Dziewczyna" do wersji "Żona"? Zapewniam, coś  w tym jest.

 Wesele

W 2013 przestałam być matką jedynaka. Postawiłam sobie zadanie ogarnięcia dwojga dzieci bez fundowania traumy któremukolwiek z nich. Nawet nieźle mi idzie, pomijając początkowe akty przemocy ze strony Tymona i to, że Agnieszka właśnie ulała Tymonowi do butelki po soczku. Zemsta najlepiej smakuje na zimno?

W komplecie - święta

2013 zdecydowanie był Rokiem Rodziny.

Ale nie tylko.

Był też Rokiem Przyjaźni. Dał mi Ż., wzniósł na nowy poziom moją przyjaźń ze Świeczką, a w ostatnich dniach oddał, po bardzo długim czasie, moją Cień.

Był też rokiem, który nieźle mi dokopał, ale o tym muszę sobie przypominać. Ze wszystkim daliśmy sobie radę i liczą się tylko te dobre rzeczy.

Spacery pełne słów i słońca.
Miękkie, puszyste ciasto najlepszej pizzy, jaką kiedykolwiek zrobiłam.
Dzwonek telefonu i dawno niewidziane imię na wyświetlaczu.
Rozmowa płynąca, jakby nie minęło więcej, niż tydzień.
Obrączka na serdecznym palcu.
Rozpromieniona buzia Agnieszki.
Śmiech Tymona.

To będę pamiętać.
To warto pamiętać.

niedziela, 29 grudnia 2013

Tyle czekać

Tymon i Agnieszka się bawią.
Razem.

Ona próbuje pożreć jego książeczkę. On malowniczo rozrzuca klocki i autka po pokoju, żeby miała do czego raczkować. Pokój znowu przypomina pobojowisko, a ja uspokajam się, wyobrażając sobie wszystkie te zabawki znikające w rurze odkurzacza.


Czasami, kiedy przegną (rozdrobnione wafle ryżowe WSZĘDZIE), widzę też ich dwoje wciąganych przez odkurzacz.

Nigdy nie byłam pedantyczna, ale oni przekraczają wszelkie granice. Na przestrzeni 20 metrów kwadratowych fundują mi widok jak po przejsciu fali Tsunami.

Zaczynam po cichu marzyć o dniu, w którym wystawię z pokoju łóżeczko Agnieszki i wersalkę Tymona, a zamiast nich wstawię łóżko piętrowe. Nagle pojawi się więcej miejsca i zabawki będą leżały w dziecięcym kąciku, a nie w każdym miejscu, w którym da się upchnąć jedno z pudeł na nie. Zyskam własną przestrzeń. Odzyskam, konkretnie rzecz ujmując.

Od tego momentu wszystko będzie proste i poukładane.
Ciuchy w szafkach, klocki w pudle, a pluszaki na półkach.

Tymon przestanie zdejmować autkom opony i zgryzać kółka, a Agnieszka nie będzie obśliniać wszystkiego co wpadnie w jej rączki. On już nie będzie biegał w pieluchach, a ona zaliczy pierwsze sukcesy w wołaniu o nocnik. Jemu stukną trzy latka. Ona będzie miała półtora roku.

To tylko 389 dni...
To tylko trochę ponad rok.

Tak niewiele w porównaniu z wiekiem Ziemi.
Tak wiele, gdy czekasz.

sobota, 28 grudnia 2013

Reset matki

Odkąd Tymon nauczył się manifestować niechęć, w moim domu zamilkła normalna muzyka. Nie pasuje mu. Chce pioseneczki z BabyTV albo fasolki. I choć autka i piosenki o pięciu małpkach to codzienność matki, nie są one spełnieniem marzeń Strzygi. Kiedy po raz 154 w ciągu dnia słyszę:

"To jest nasza Ciuch-ciuch-cia
  Co przez góry pola gna"

mam wrażenie, że za moment mózg wypłynie mi uszami. Do tego odkąd Agnieszka zaczęła się przemieszczać i zmniejszyła się ilość jej drzemek, cierpię na niedobór czasu na szycie.

Co robi matka, żeby nie zwariować?

Latem wyszłabym na spacer z Ż. i jej córcią, ale jest zima, Tymon chory. Agnieszka zresztą też

Więc matka gra. Hoduje kwiatki, w potworowym ogródku, wybijam zombiaki na ZombieLane, próbuję zrozumieć tajemniczą śmierć ojca Pearl Wallace...


Marnuję czas,  ale facebookowe gierki pomagają mi odciąć się i zrestartować. Po 10-minutowej sesji mogę na nowo słuchać piosenek Tymona i urządzać wyścigi ciężarówek.

A Wy? Jak sobie radzicie?


piątek, 27 grudnia 2013

Po

Ponoć święta, to czas odpoczynku i regeneracji.

Powiedzcie to kobietom, które najpierw tydzień przed sprzątają i gotują, potem, w trakcie skaczą wokół gości, a na koniec sprzątają.

Powiedzcie to mnie, która świąteczne noce spędziłam uspokajając przebodźcowanego Tymona. Radość dnia, blask światełek i kolory nowych zabawek, odreagowywał upiornym wrzaskiem trwającym od godziny dwudziestej pierwszej do wpół do pierwszej. Następnie wyciszał się smutnym kwileniem kolejne 20-40 minut, by wreszcie zasnąć na mnie.

Podejrzewam, że gdybym założyła bloga PO porodzie, to w nazwie nie byłoby (zadziornej) strzygi, tylko (przemęczona) panda...

Przed nocnym fochem

Ale warto. Poranna radość po odkryciu, ze zabawki nadal są, a choinka wciąż się zieleni i można kraść z niej bombki sugerują, że Tymon docenia Magię, którą świątecznie podarowała mu cała rodzina.

Ta łyżka nie jest do jedzenia, tylko do czesania...

Dałabyś mandarynkę, a nie się gapisz...

Agnieszka też docenia. Spokojniej, z godnością. Ktoś w tym domu musi zachować twarz. No, chyba, ze mama wyjdzie. Wtedy w ryk. Mamy zaczątki lęku separacyjnego chyba. I może nadchodzą zęby (pusty śmiech na wspomnienie ząbkowania Tymona - nadchodziły od czwartego miesiąca życia, do trzynastego).

Oczywiście wszelkie brewerie należy wyczyniać w gronie najbliższej rodziny. We własnym mieszkaniu. Prababci, Ciociom i Wujkom nie pokazuje się innej twarzy, niż ta szeroko uśmiechnięta.

Kurcze, mało mi. :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Wesołych!

Już prawie są.

Ryba po grecku zrobiona, ciasto gotowe, wałek na męża, który dziś stwierdził, ze nie wie, czy znajdzie choinkę, naszykowany. Zostało tylko kilka drobiazgów. Guzików do dopięcia.

Jednak zanim pobiegnę je dopinać, chciałabym Wam podziękować.

Chciałam napisać, ze bez Was, bloga by nie było. Nieprawda, byłby. Inny, trochę pusty. Miałby mniejszą wartość leczniczą dla moich marudzeń i frustracji. Nie wysyłałby mojej dumy z Tymona i Agnieszki w świat.

Dziękuję Wam, że jesteście.
Że się ze mną śmiejecie albo klepiecie mnie po plecach, gdy coś jest nie tak.
Dziękuję za Wasze wsparcie i za zwyczajną obecność, którą mogę sobie poobserwować w statystykach.

Z większością z Was nigdy się nie widziałam i nie miałam okazji rozmawiać twarzą w twarz, ale chciałabym, żeby Wasze Święta były spokojne, pogodne i szczęśliwe.

Także ten.



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Strzyga robi rybę po grecku

Mój wkład w tegoroczne święta.
Gotowa dzięki łaskawości Tymona i drzemce Agnieszki.

 
Warzywka (mały por, średnia cebula, pół selera, dwie pietruszki i pięć marchewek)

Dorsz (10 kawałków) obsypany pieprzem i solą oraz roztrzepane jajko (dwie sztuki).

 Teraz trzeba obtoczyć w mące (zrobione) jajku i bułce tartej.

Do warzyw dodać szklankę wody i trzy łyżki koncentratu pomidorowego i dusić do miękkości, a rybę na patelnię.

Usmażyć...

Ułożyć warstwami (warzywa, ryba, warzywa) w naczyniu żaroodpornym i gotowe ;)

niedziela, 22 grudnia 2013

O karmieniu niemowlaka. Smectą

Zbliża się pół roczku Agnieszki, a tym samym moment, w którym zacznie się rozszerzanie jej diety. I tak się zastanawiam... Jak ona będzie jadła?

Z Tymonem sprawa była prosta - rzucał się na jedzenie. I na leki. To drugie zostało mu do tej pory.

Agnieszka na leki reaguje nieskrywaną pogardą. Zaciska buzię, odwraca głowę i ostatecznie muszę jej włożyć palec między dziąsła, żeby mieć szansę zaaplikować niechciany syropek. Jeszcze pół biedy gdy to 2,5 ml. Tylko co zrobić, gdy musi wypić 50 ml smecty?

Butelka?

Podobała się jeden dzień. Wypiła ładnie 30 ml po czym jej się znudziło.
Na drugi dzień, owszem, pogryzła trochę smoczek, ale pić nie chciała. Skończyło się na strzykawce.
Dziś natomiast ogłosiła pełen bunt. Na widok butelki zaczyna machać rękami i nogami, żeby uniemożliwić wsadzenie sobie smoczka w dziób.

Zdziwilibyście się, jak skoordynowane potrafią być ruchy niemowlaka, gdy czegoś nie chce.

Tak więc przytrzymuję małego uparciucha i podaję nieszczęsne lekarstwo strzykawką. O dziwo, większość przełyka, mimo że wypluć by potrafiła (tak, już zdążyła mi pokazać).

Ciekawe, czy obiadki też będzie trzeba jej aplikować po uprzednim unieruchomieniu...

A może odsunąć jeszcze odrobinę rozszerzanie diety?
Może sama się zainteresuje?

piątek, 20 grudnia 2013

Don't!

Siedzimy w domu.

Stały rytm. Pobudka, antybiotyk, inhalacje (od wczoraj znowu sterydy), bajka, malowanie, taniec, śpiewanie. Znowu inhalacje. Po drodze jakieś śniadanie, obiad i kolacja. Herbatniki w międzyczasie. druga dawka antybiotyku, kąpiel. Wyciszanie. Jak zawsze bezskuteczne. Usypianie, urozmaicane przeciągłym: "Nieeeeee..." Tymona. Modlitwa, by Agnieszka się nie obudziła

Tymon kaszle.
Agnieszka kicha i cieknie jej z nosa.

Zabawne. Kiedy byłyśmy u lekarza, kataru nie miała, a gardło było czyste.

Szok, ile może się wydarzyć przez kilka godzin.

W nocy kiepsko spała - przez zatkany nos ciężko oddychać. Nic nie pasowało. Tulenie, karmienie, głaskanie po buzi. Nic, oprócz kopania i chwytania mnie za włosy.

Teraz ona śpi, Tymon się bawi, a ja łykam paracetamol, żeby zniknęła migrena.

Zagadka:

Gdzie w tym wszystkim magia świąt?

Edit:
Tymon obudził Agnieszkę.

czwartek, 19 grudnia 2013

Podsumowanie (prawie) roczne

Niecały rok temu postanowiłam sobie, że coś zmienię. Że spiszę te wszystkie rzecz, które chciałabym zrobić i spędzę rok, wykreślając pozycje z listy. Oczywiście 3 stycznia powoli zaczęło mi to umykać, ale od czasu do czasu przypominałam sobie o postanowieniach noworocznych i brałam się w garść. Niektóre rzeczy przychodziły mimochodem, inne były jak drzazga pod paznokciem.

Podsumowując:

POSTANOWIENIA:

1. Bardziej dbać o siebie, wydobyć swoją kobiecą naturę, makijaż zrobić, pazury wymalować, a nie łazić jak kuchta jakaś, wiecznie zmęczona, wiecznie z worami pod oczami, wiecznie w nijakich koszulkach, i dżinsach i wiecznie w glanach. 2013 rokiem wysokich obcasów ;P 

No, powiedzmy. Jakiś miesiąc (łącznie, w ciągu całego roku) miałam pomalowane paznokcie. Na obcasach chodziłam, dopóki ich nie pozdzierałam/nie spuchły mi nogi pod koniec ciąży. Makijaż... Częściej niż paznokcie, ale nie oszukujmy się. Większość roku nadal byłam myszką.

2. Podchodzić do życia spokojniej, nie wkurzać się jak dzieciak, nie dać się prowokować.


Ja to napisałam? Serio?

3. Spełniać marzenia i nie bać się podejmować ryzyka


Strachu może się do końca nie pozbyłam, ale nauczyłam się go przełamywać, dzięki czemu kilka marzeń się spełniło.

4. Po drugiej ciąży wrócić do swojej wagi i figury.

Zrobione.

5. Rozkręcić sutasz i szycie, tak, żeby mieć jakieś własne pieniądze. 

Sutasz stanął w miejscu. Szycie ruszyło, ale raczej dla siebie, niż zarobkowo.

6. Wrócić do nauki rosyjskiego - nie po to kupowałam "Mistrza i Małgorzatę" w oryginale, żeby nie potrafić jej przeczytać...

Nawet nie będę tego komentować

7. Minimum 10 stron czytania po angielsku dziennie - jak wyżej, nie po to kupowałam książki w oryginale...

Ani tego...

MARZENIA


1. Wynieść się z Rawy i zamieszkać "na swoim". Niekoniecznie własnościowym, bo do tego jeszcze długa droga, ale po prostu bez osób z których zdaniem trzeba się liczyć nawet w tak głupiej kwestii jak pomalowanie ścian.

Nadal tu jesteśmy. Przyzwyczaiłam się i zazwyczaj mi dobrze. :) 

2. Całkowite cofnięcie alergii u Tymka. Żebym więcej nie musiała patrzeć jak płacze, bo ktoś coś je, a jemu nie wolno.

Całkowicie się nie cofnęła, ale łatwiej z nią żyć, mniej trzeba usuwać z diety. Teraz jesteśmy na etapie diagnozowania - trzeba sprawdzić co z pokarmowych zostało i przyjrzeć się dla odmiany alergenom wziewnym.

***

Przyznać się: kto była lepszy, a kto całkiem odpuścił?

środa, 18 grudnia 2013

Niczego się nie nauczyłam

Macierzyństwo uczy realnego patrzenia na świat.

Taki przykład.

Kiedy Tymonek był malutki, wierzyłam, że moment, w którym zacznie się sam przemieszczać, będzie jednocześnie tym, w którym odzyskam odrobinę swobody. W końcu skoro sam może gdzieś dotrzeć, to już nie muszę go nosić, prawda?

No więc, dla dziewczyn, które mają dzieci niemobilne lub nie mają w ogóle, NIEPRAWDA. Dziecko, które nauczyło się przemieszczać na następne pół roku przechodzi w stan permanentnej frustracji. Minimum.

Dlaczego?

Bo zbyt wolno.
Bo za daleko.
Bo próbowało skręcić i się przewróciło.
Bo podłoga jest za nisko i nie widać z niej całego pokoju.
I wreszcie najważniejsze: bo matce się wydaje, że jak już umiem gdzieś samo dojść, to nie musi mnie nosić. A musi.

Tak więc, gdy mały terrorysta zaczyna pełzać/raczkować/chodzić, paradoksalnie  muszę go nosić jeszcze częściej... Dobrze, że uszyłam sobie mei-tai, bo nic bym w domu nie zrobiła :)

Taka jestem cwana ;)

P.S. Oczywiście fakt posiadania drugiego dziecka wcale nie przygotowuje psychicznie na takie sytuacje. Ja na przykład przez ostatni miesiąc święcie wierzyłam, ze jak Agnieszka zacznie pełzać/raczkować, to sobie mój nieszczęsny kręgosłup odpocznie ;)

wtorek, 17 grudnia 2013

Agnieszka

Niewiele zostało z tego maleństwa, które trzymałam na rękach 3 lipca. Tamto dziecko miało przeraźliwie chude rączki i nóżki, granatowe oczka oraz sinoczerwoną buzię. Niemowlę, na które patrzę dzisiaj ma nogi jak ludzik Michelin, pulchne, silne łapki i niesamowicie niebieskie oczy. Drobną twarzyczkę i wiecznie roześmianą buzię. Malutki, zadarty nosek i idealne brwi. A na główce ciemne włoski. Kiedyś będą tak ciemne jak moje.


Odkryła już, że kiedy uderzy w coś płaską dłonią, po pokoju roznosi się dźwięk, a w wannie rozchlapuje woda. Nie boi się kropel, które opryskują twarz. Uderza tym zacieklej, by efekt był mocniejszy. Woda jest śmieszna i bezpieczna. I ciepła. Musi być ciepła. Taka na granicy gorąca.

To też ma po mnie. P. zawsze narzeka, że kąpiel ze mną parzy.

Podłoga nie ma przed nią tajemnic. Jest jeszcze troszkę nieporadna, ale coraz lepiej idzie jej wstęp do raczkowania.


Dziś nawet próbowała sama usiąść.

Szybko przeturlała się na plecy, jednak ja wiem, to kwestia dwóch, może trzech dni i trzeba będzie obniżyć łóżeczko. Już teraz, półleżąc na mnie, chwyta się wszystkiego co znajdzie się przed nią, i próbuje wstawać. Gdy pewnie usiądzie, natychmiast chwyci szczebelki, by sprawdzić jak jest wyżej.

Pewnie, podobnie jak Tymon, zacznie chodzić przed rokiem.

Teraz śpi, zbiera siły do kolejnego natarcia, a ja staram się wryć jak najgłębiej w pamięć zapach i ciepło jej skóry. Tego nie przechowają dla mnie filmiki i zdjęcia.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Wrócił!

Jest.

Tydzień tylko z Tatą uświadomił mu, że najlepszym towarzyszem zabaw wcale nie musi być mama. Przez pół niedzieli wszystkie zabawki przynosił do P., a mi przypadała rola obserwatora. Świadoma, że już dziś P. wróci do pracy, a ja zostanę znowu "jedynym rodzicem", nawet nie walczyłam zbytnio o jego uwagę.

Sam przyszedł.

Po popołudniowej drzemce, gdy cały świat był zły, bo "jeszcze się nie wyspałem, a już nie mogę zasnąć". I później, gdy przynosił mi kredki i "kolorowaliśmy" narzędzia w kolorowance.

Chociaż, tak naprawdę, większość dnia bawił się sam, biegając po całym mieszkaniu, jeżdżąc na jeździku, albo na fotelu obrotowym i skacząc po kanapach. Bo tym, co najbardziej wymęczyło go podczas pobytu w szpitalu, był brak przestrzeni i przymus siedzenia cały dzień na łóżku o wymiarach 0,9x2,0 metry lub na parapecie szpitalnego okna.



***

Wypuścili go wczoraj, ale potrzebowałam dnia na nadrobienie zaległości, i zwyczajnie szkoda mi było oddać choć chwilę, by usiąść do bloga.

piątek, 13 grudnia 2013

Bad News

Miała być dzisiaj ostatnia notka szpitalna.
Pożegnalna.

Witająca Tymona w domu.

I chuj.

Już mi się nie chcę szukać eufemizmów, ubierać brzydkich myśli w ładne słowa.

Mam dość bycia traktowaną jak nieodpowiedzialna siksa, która nie potrafi zadbać o swoje dziecko. Dość dopytywania o każdą pierdołę, tylko po to, żeby po skończonej przez lekarkę rozmowie zdać sobie sprawę, że znowu mnie zbyła. Jakby tego było mało, patrząc na mnie, jak na wyrodną matkę.

Nie mogę patrzeć na ręce i nogi Tymona, całe w śladach po igłach. Wczoraj sześć razy próbowały mu założyć wenflon. Za każdym razem żyła pękała.

"Państwu się wydaje, że dziecko się poprawiło i to już koniec. A on jest chory, nadal ma zmiany osłuchowe, po odstawieniu berodualu się pogorszyło i musieliśmy na gwałt zapisywać z powrotem."

Może, gdyby bardziej stopniowo odstawiały Berodual, skurcz oskrzeli by nie wrócił. D. mówiła, stopniowo. A one? Jednego dnia był trzy razy dziennie, drugiego w ogóle. Nie wiadomo w jakiej dawce, bo przecież ty, matko, jesteś głupią niewykształconą gówniarą. I tak nie zrozumiesz, więc po co strzępić język na informowanie cię o dawkach leków

Może za szybko zabrały mu Pulmicort? Dexaven?

Dziś byłam o krok od wypisania go na własną odpowiedzialność, ale się boję.

Chyba już nigdy nie przestanę się bać, po tym, co widziałam w zeszłą sobotę.

środa, 11 grudnia 2013

Good News

Po czterech dniach nerwów i strachu wreszcie dostaliśmy dobre wiadomości.

Jest wyraźna poprawa - po odkrztuszeniu płuca są czyste. Wycofali Tymonowi Pulmicort i Berodual, w zamian zwiększając ilość inhalacji solą fizjologiczna do czterech dziennie i dodając Ambrosol, by rozrzedził resztę wydzieliny i wymusił odkrztuszanie (Tymon nie chce kaszleć). Dodatkowo w sytuacjach gdy słyszymy, że zaczyna charczeć, mamy go przynosić do zabiegowego - tam pielęgniarka włoży mu w gardło patyczek po lodzie, a on odkaszlnie.

Genialne w swej prostocie. Dziwię się, że sama na to nie wpadłam.

W każdym razie, jeśli będziemy stosować Tymona do tych zaleceń, to jest szansa, ze wyjdzie w piątek/sobotę.

Co my na to?

Jak na lato ;)

video

wtorek, 10 grudnia 2013

Frustracja

S: Chciałabym się dowiedzieć, o której zabieracie Tymona na rentgen. Muszę wyjść, nakarmić córkę, a wolałabym go nie zostawiać na czas badania.
P: Rentgen to instytucja dla całego szpitala. Jak będzie wolny to go weźmiemy. Zresztą, nie musi pani być obecna. Zajmiemy się nim. Niech go pani wsadzi do łóżeczka i będziemy do niego zaglądać.
S: On potrafi WYJŚĆ z tego łóżeczka! (przy czym spadłby jakiś metr w dół)
P: Nie mogę pani zagwarantować, ze będę z nim siedzieć cały czas. On się musi przyzwyczajać, że jest trochę sam.

Nienawidzę szpitali.

Ciekawe czy przemiła pielęgniarka, z która rozmawiałam własne dziecko zostawiłaby samo w łóżeczku. Albo czy ta druga odpuściłaby diagnostykę swoich wnuków, licząc, ze atak taki jak ten Tymona nigdy się nie powtórzy, a w ramach profilaktyki, ustawiając na szybkim wybieraniu numer na pogotowie ratunkowe. Chyba tak, skoro spojrzała na mnie jak na wariatkę, gdy powiedziałam, ze po wyjściu ze szpitala Tymon trafi pod opiekę poradni alergologicznej, by znaleźli przyczynę takiej reakcji.

Wkurza mnie to. Tym bardziej, że złe rzeczy mocniej zapadają mi w pamięć.

Wolałabym pamiętać tylko tę pielęgniarkę, która miała dyżur, gdy Tymon trafił do szpitala i teraz, za każdym razem gdy się u niego pojawi, daje mu naklejkę "Dzielny Pacjent". Zebrało się ich już całkiem sporo i jeśli mój Łobuz jej nie zniszczy, to schowam na pamiątkę kartkę, którą nimi wykleił.

Albo tamtą, która zabrała go do dyżurki, żeby nie siedział sam w oczekiwaniu na P. i oglądała z nim bajki. Gdy go oddawałam, płakał, ale wystarczyło bym zniknęła za drzwiami, by stwierdził, ze z nią będzie bezpiecznie i dobrze.

Trudno przełamać frustrację i wyjść z myślenia "szpital=krzywda". Skupić się na pozytywach, na uśmiechniętej twarzy Tymona, który nie boi się białego fartucha, a jedynie strzykawki w ręku pielęgniarki. Słyszeć tylko kojący głos, którym mówią do mojego dziecka, a nie jego płacz, gdy w rączkę wkłuwa się kolejna igła. To niczyja wina, że pękła żyła, ale płacz własnego dziecka omija uszy, wbijając się prosto w mózg. I boli.

A przecież w tym "wielkim, złym szpitalu", który widzę oczami zmęczonej i złej na cały świat Matki Polki, moje dziecko wygląda tak:

Świiiinka Peppa!

Co tam maaasz?

Jest impreza

Kręć i ucz się ;)


Czyli chyba nie jest mu tam tak strasznie źle, jak mi się cały czas wydaje?

***

Dziękuję. Za zdrowy rozsądek. Za przywołanie mnie do porządku, gdy jestem niesprawiedliwa i skupiam się tylko na własnych, subiektywnych odczuciach, nie dostrzegając, że w swoim zacietrzewieniu mogę sprawić komuś przykrość.

Jesteś moim wzorem, Ciociu. Mam nadzieję, że przebywając z Tobą przejmę trochę tej mądrości. Barany chyba też się uczą, prawda? ;)

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Szpitala ciąg dalszy

Dzień drugi Tymonowego pobytu w szpitalu, a ja czuję się, jakby nie było go miesiąc. P. pociesza mnie, że Młody ma (przez większość dnia) dobry humor, bawi się, szaleje i wszyscy na oddziale się nim zachwycają.

Fajnie, ale ja potrzebuję konkretów, więc wybrałam się dziś z Agnieszką do NASZEJ Pani Doktor, żeby skonsultować sposób leczenia Młodego, dowiedzieć się o możliwość dokończenia go w domu (mamy inhalator, leki doustne Tymon przyjmuje chętnie), zapytać o dalszą diagnostykę po powrocie do domu (alergolog, badania w kierunku astmy) i pożalić się na szpitalne zwyczaje.

Okazało się, że Fortum (antybiotyk Tymona) jest przeznaczony do leczenia zamkniętego, czyli nie można go podawać bez całodobowej kontroli lekarskiej. Czyli do domu nie puszczą go wcześniej niż w piątek... Albo i później, jeśli rentgen wykaże zapalenie płuc.

No właśnie, rentgen. Chciałam uniknąć, ale zostałam automatycznie sprowadzona na ziemię. Jest konieczny po takim ataku. Trzeba sprawdzić co się dzieję w płucach, bo możliwe, że zaczęło się wirusowym zapaleniem płuc i infekcja uderzy jeszcze mocniej, gdy przejdzie w fazę bakteryjną.

Tyle co do kwestii szpitalnych

Jak już go wypuszczą, mamy się zgłosić po skierowanie do poradni alergologicznej - testy skórne, testy z krwi - żeby sprawdzić w którą stronę idzie alergia i wdrożyć leczenie. Najchętniej wysłałaby nas na Sporną, alb do CZD, ale jako, że nie mamy co zrobić z Agnieszką musi wystarczyć tutejszy alergolog. Podobno sensowny. Poza tym Berodual i Pulmicort powinnam mieć od teraz ZAWSZE w apteczce. Póki co, bo najlepsze leki dobierzemy dopiero o pełnej diagnostyce.

Z gabinetu, mimo nienajlepszych wieści wyszłam o niebo spokojniejsza.

***

Oczywiście dla równowagi personel szpitala postanowił mnie wkurzyć. Najpierw informacja, ze leki, o których nas poinformowali nie są wszystkimi, które Tymon dostaje (o Fortum dowiedzieliśmy się dopiero dzisiaj), a później przeniesienie do mniejszej sali. Nie ma to jak dwoje chorych dzieci i dwoje zmartwionych dorosłych w klitce z dużym, nieszczelnym oknem.

Najważniejsze, że jest okno...

Tymon nie dał się zbić z tropu i nadal skacze, śmieje się i czaruje pielęgniarki.

Coś bym zbroił...

Oddycha lepiej, ładnie odkrztusza ale nie ma apetytu i spadł z wagi. Podejrzewam, że boli go gardło i ciężko mu przełykać... Pielęgniarki mówią, ze nie ma powodu do histerii, ale jednak uspokoiła mnie wiadomość, że mój, domowy obiad zjadł ze smakiem. Raz, ze docenił moje starania, dwa, że przestałam się zamartwiać jego rychłą śmiercią głodową ;)

Dali mi chrupkę, żebym nie skakał.

I na koniec bonus. Krasnal usnął. Na Tacie. 


Jutro wreszcie się z nim zobaczę, bo P. chce się wykąpać, więc muszę go na godzinkę zmienić w szpitalu. :)

niedziela, 8 grudnia 2013

Strach

Miałyście kiedyś taki koszmar: jedno dziecko zdrowe, drugie ciężko chore, a Ty, matko, musisz zdecydować, którym się zaopiekujesz, bo nie ma szans byś była jednocześnie w domu i w szpitalu?

Mnie sytuacja postawiła mnie pod ścianą. Za rok, za dwa, mogłabym się zastanawiać, gdzie być. Dziś mam tylko jeden wybór. Karmię piersią, Agnieszka nie je nic poza mną, więc muszę zostać z nią.

Tymczasem Tymon leży na oddziale dziecięcym. Z Tatą.

Wczoraj było źle. Prawie 40 stopni gorączki, bardzo utrudnione oddychanie, w badaniu osłuchowym masywny skurcz oskrzeli. Jak zawsze silniejszy z prawej strony. Tymon lecący przez ręce, usypiający na stojąco, niedotleniony, z podwyższonym ciśnieniem. Nigdy wcześniej nie widziałam mojego dziecka w tak złym stanie. Nawet przy trzydniówce, gdzie miał ponad 40 stopni wyglądał zdrowiej, bezpieczniej.

W taksówce, jadąc z opieki nocnej po P., by ten zabrał małego do szpitala, co chwilę go wybudzałam, żeby całkiem nie odpłynął.

Najgorszy był jednak moment, gdy weszłam do domu i okazało się, ze Agnieszka śpi. Straciłam kotwicę. Nie miałam czym się zająć, czego się chwycić, by zachować zimną krew.

Dopóki byłam z Tymonem, musiałam być wsparciem. Nie mogłam sobie pozwolić na okazanie strachu. Potrzebował mnie silnej i spokojnej, by samemu się nie bać. A przynajmniej tego się trzymałam.

W cichym, uśpionym domu ta tama opanowania puściła.

Siedziałam przed komputerem, z telefonem w ręku, co kilkanaście sekund sprawdzając godzinę i ryczałam ze strachu, czekając na wieści, a w głowie kłębiły mi się koszmarki typu: "A jeśli dowieźli go za późno? Jeśli stracił już przytomność i musieli go podłączyć pod respirator? A jeśli on się tam dusi? Czy oni w ogóle mają szansę zbić mu tę temperaturę?"

Kiedy wreszcie zadzwonił i w tle usłyszałam śmiech i "opowieści" Tymona, kamień spadł mi z serca.

Dostał inhalacje z pulmicortu i berodualu, zastrzyki dexavenu, wzięli mu krew oraz do badania, założyli wenflon (nie obyło się bez trudności - żyły pękały z niedotlenienia) i dwie godziny po przyjęciu na oddział miał już 36,6 oraz wyglądał na gotowego na powrót do domu.

Tymon usypiający, po dawce tlenu i inhalacjach.

Dziś jest już lepiej. Nawet rozmawiał ze mną przez telefon i dokazywał. Niestety musi jeszcze zostać, nadal ma nieunormowany oddech. Z badań krwi i moczu wynika, że nie ma silnej infekcji, leukocyty i CRP nie wybiegają znacząco ponad normę. Przeraża mnie to, bo skoro tak wygląda odpowiedź organizmu Tymona na lekka infekcję, to co by było przy takiej naprawdę ostrej?


Śpioch w trakcie leczenia

I boli. Bez Tymona i P. dom jest pusty, zbyt cichy. Noże leżą blisko krawędzi a ja poprawiam je po to, by zdać sobie sprawę, ze nie muszę, bo żaden mały urwis ich nie ściągnie.

Czekam.

Oddajcie mi moje dziecko.

sobota, 7 grudnia 2013

Ksawery!

Miałam nic nie pisać, bo w sumie temat mnie nie interesował.

Ot, wiaterek.

Wiaterki to ja widywałam już wcześniej. We Władysławowie. Taki Ksawery mógłby naszym nadmorskim sztormom buty czyścić.

Tyle, że mnie orkan wkurzył.

Przedwczoraj, jak zaczęło zawiewać, musiałam powyciągać watolinę z szafy i zacząć uszczelniać okna, bo firanki w domu poszły w tan.

Wczoraj wredne wietrzysko zmusiło mnie do przesunięcia komody i kanapy. Podmuchy są tak silne, że jeden z nich wyważył mi drzwi balkonowe (tak to jest, jak się zwleka z wymianą starych okien na plastiki). Niby drugi raz nie próbował, ale ja nie lubię jak mi się ktoś nieproszony do mieszkania pcha i dzieci straszy, więc zabarykadowałam się na wszelki wypadek.

Do tego drań ukradł na DWA dni internet.

Dziś oddali, więc mogę głośno i wyraźnie powiedzieć Ksaweremu: "Goń się, bucu bez honoru!".

Co też czynię.

czwartek, 5 grudnia 2013

Usypianka

Wczoraj po raz pierwszy opowiadałam Tymonowi o jego dniu. 

O tym, jak wstał rano i bawił się autkami. Jak poszliśmy do babci, a potem na zakupy. Jak zasnął w Biedronce, a ja klęłam pod nosem na długą kolejkę. O wnoszeniu go na rękach na czwarte piętro i o tym, jak pozwoliłam mu spać w kurtce i czapce, by nie zakłócać jego drzemki. O tym, co było dobrego w tym dniu, ale też o tym, co powodowało płacz i złość. Moją. Jego.

Zaczęłam opowiadać, bo płakał, a P.  rzucił, ze możnaby przeczytać mu bajkę na wyciszenie. Najpierw chciałam stworzyć historię, ale zbrakło mi pomysłu. Po  chwili przypomniałam sobie poradę psychologa, by dziecku streszczać dzień przed snem. 


Przy pierwszych zdaniach miałam pustkę w głowie. Jednak każde kolejne pozwalało mi na nowo przeżyć ten dzień, przypomnieć sobie, przerobić emocje. Leżeliśmy opatuleni kołdrą, ja z ustami tuż przy jego uchu, a słowa płynęły. 


Gdy skończyłam, złe uczucia jakoś przyblakły, a dobre wzmocniły się.

I wtedy Tymon zrobił mi prezent. Wyciągnął z dnia, to, co dla niego było najważniejsze i opowiedział mi własną bajkę. Zrozumiałam z niej tylko historię o autku, które zauważył na targu, a którego nie chciałam mu kupić, ale wiem, że z biegiem czasu coraz lepiej będziemy się rozumieć.


Bo czuję, że takie opowieści staną się naszym wieczornym rytuałem.

Już się stają, skoro dziś znowu usnął słuchając mojej opowieści.

środa, 4 grudnia 2013

Powtórka z alergii

Nie lubię genetyki.

W szkole była ciekawa, owszem. Pamiętam jak kolorowaliśmy na biologii kwiatki w wykresach i obliczaliśmy szans na to, że wypadnie akurat taki kolor. Geny recesywne. Kolor oczu. Włosy proste lub kręcone. Nie ma szans bym była ruda, chyba, że sobie tę rudość namaluje farbą firmy na L. Grupa krwi. Magiczne B+ i zadziwienie, ze nasze dzieci mogą mieć inną.

Ale dziś nie lubię genetyki.

Geny śmieją się ze mnie.

Rażą mnie w oczy czerwonymi plamami na ciele Agnieszki.
Drażnią opuszki moich palców szorstkością jej skóry.

Genetyka mówi mi, że ryzyko wystąpienia alergii u naszych dzieci wynosi 20 do 40%.  Łudziłam się, że po uczulonym na wszystko Tymonie odpocznę psychicznie przy niealergicznej Agnieszce. Nadzieja matką głupich.

Szukam przyczyny.
Proces eliminacji potencjalnych alergenów rozpoczęty.

wtorek, 3 grudnia 2013

Zombie oswojone

Zaczyna się od szesnastej, kiedy organizm marzy o drzemce - za lat dziesięć Tymon chętnie go posłucha. Dziś nie chce. Dziś zaczyna marudzić, popłakiwać, odbijać się od ścian i jęczeć. Próby ułożenia do snu powodują natychmiastowe, trwające 10-15 minut otrzeźwienie, podczas którego wszelkie oznaki zmęczenia nikną. Ale, ale, nie ma nic za darmo, po tym krótkim zrywie jest dziesięć razy gorzej, bo przecież dziecię jedzie już nawet nie na rezerwie. Na oparach jedzie.

Do 19 powoli zmieniam się w zombie.

Jeszcze tylko 10 minut, szybka kąpiel, butla z mlekiem, maść, pielucha - wszystko na autopilocie.
Jest!
Śpi.

Teraz tylko Agnieszka. Moje anielątko, które zasypia zaraz po wieczornym myciu i jedzeniu.

Wykąpana, przebrana, nakarmiona, wytulona.

Śpij, no już. Ciemno przecież, cicho, głód zaspokojony...

Nie. Patrzy na mnie w ciemnościach wielkimi oczami i zagaduje po swojemu.

A ja nagle mogłabym siedzieć do rana i głaskać ją po policzku.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Sentymentalnie

Pięć miesięcy temu zastanawiałam się czy to już i, na wypadek, gdyby jednak nie, odwlekałam moment wysłania do mamy sms-a, że rodzę.

Przeglądałam blogi, ale tak naprawdę cała moja uwaga skupiona była na odliczaniu. 15 sekund skurczu, 12 minut przerwy. 30 sekund skurczu, 10 minut przerwy. Wyczuwalne, ale do wytrzymania. Ciepła kąpiel, by sprawdzić, czy się wyciszą. Nie. Są dalej. Nawet bolą mocniej.

I ten śmiech w duchu, gdy wspominałam położną tłumaczącą, że jeśli poród zaczyna się w nocy najlepiej położyć się spać, pozwolić organizmowi złapać oddech przed godziną zero.

Chciałam, owszem.

Położyłam się do łóżka, wyciszyłam, zamknęłam oczy. Ale kiedy zaczęłam odpływać obudził mnie skurcz. Na trzydzieści sekund zamarłam wygięta w chińskie trzynaście, zastanawiając się, czy zęby nie popękają mi od zaciskania. (Nie.) I tak do piątej rano. Usypiałam, a potem budził mnie ból. Co jakiś czas wstawałam, a P. strofował mnie, że powinnam spać.

Słuchając tego, ułożyłam sobie w głowie plan, że jak on już się położy, to poczekam dziesięć minut, żeby przysnął, i sprzedam mu kopa w jądra. A co. Niech wie, jak łatwo spać, rodząc. Tyle, że podekscytowany perspektywą narodzin swojej córki P. nie poszedł spać.

Pewnie dlatego nadal jesteśmy małżeństwem ;)

Pięć miesięcy temu bałam się myśleć, co przyniesie kolejny dzień, że o tygodniu, czy miesiącu, nie wspomnę. Dziś wyczekuję. Kolejnej nocy, gdy na przemian ona i Tymon wtulają się we mnie przez sen (bo jako matka chcąca pospać choć odrobinę, zmieniam łóżko co najmniej dwa razy każdej nocy). Kolejnego dnia rozpoczętego jej uśmiechem. Kolejnych etapów w jej rozwoju.

Jestem szczęściarą.

Niczego więcej nie mogłabym chcieć.