niedziela, 29 września 2013

Wrześniowe shorty

5 września 2013 roku

Dziwna to rzecz, gdy matka dzieciom wstaje przed siódmą rano z własnej nieprzymuszonej woli  

Tymon leży za mną na fotelu i popija mleko. Aguszka wybudza się powoli w naszym, małżeńskim łóżku. P. śpi. W kuchni grzeje się woda na kawę. Poranek jest leniwy i spokojny. Cichy. 

Jakże inny od tego pięć miesięcy temu, kiedy to od rana biegaliśmy jak w ukropie, próbując dopiąć wszystko na ostatni guzik przed ślubem. 

7 września 2013 roku

Uszyłam Tymonowi bluzkę. Nawet nic nie spsułam. Jedynym moim błędem było niedomyślenie się, że to (h)amerykański wykrój jakiś - dwóch Tymonów by w nią weszło i jeszcze by luz mieli  

Pozwężałam, ale nadal jest w kategorii "zielony worek na ziemniaki .


8 września 2013 roku

Tymona zainteresowało ubieranie (się). Znosi mi wszystkie ubrania jakie znajdzie na wierzchu lub wygrzebie z szafy i każe się ubierać. Póki co najbardziej ekstrawagancki zestaw to:

Na głowę: zimowa, różowa czapka Agnieszki i siedem par Tymonowych slipek.
Na ręce: Tymonowe skarpetki w żółwiki
Na nogi: Tatowe skarpetki (czarna i beżowa)
Na tułów: moje czarne body z koronką na plecach.

Coś mi mówi, ze kiedyś będzie wyznaczał trendy...


9 września 2013 roku
14,5 godziny. Od 6:30 do 21. 

Mam cichą nadzieję, ze zmęczyło go to tak, że teraz będzie odsypiał przez kolejne 14,5 godziny...
11 września 2013 roku


Chcąc zmniejszyć trochę poziom swojego niewyspania i połamania, poprosiłam P., żeby położył się spać w drugim łóżku.

Godzina trzecia - płacz nieutulony - do cudownie mojego, wygodnego, szerokiego łóżka wdrapuje się Tymon i łóżko nie jest już ani moje, ani wygodne, ani szerokie. W zamian dostaje ciepło dziecięcej pięty, wbitej w kręgosłup.

I, jakby tego było mało, godzinę później, gdy już zasypiam, budzi się Aguszka, żądając miejsca z drugiej strony mnie.

Tak bym chciała mieć łóżko 200/220 cm...

12 września 2013 roku

Nie ma nic słodszego, niż Agnieszka przez sen gubiąca smoczek i próbująca w zastępstwie ssać kciuka - mlaskanie i cmokanie budzi pół pionu w bloku

***

Moja malutka córeczka próbuje się podnosić do siadu, kiedy tylko uda jej się czegoś złapać.
Tymon zaś zaczyna kombinować z samodzielnym ubieraniem.

Jak oni szybko rosną...

14 września 2013 roku


A po wieczornym rytuale jest jeszcze nocna wędrówka ludów.

1. Tymon śpi sam, Agnieszka śpi sama, ja i P. śpimy razem.
2. Agnieszka śpi sama, Tymon śpi z nami.
3. Tymon śpi z P., ja śpię z Agnieszką.
4. P. śpi sam, ja śpię z Agnieszką i Tymonem.

Oczy na zapałkach.


15 września 2013 roku

Lustro w przedpokoju mówi, że powinnam dziś zrobić makijaż...

Matka nie odpoczywa nigdy.


21 września 2013 roku

Tymon zaczyna mówić pełnymi zdaniami.
Oczywiście, jak przystało na mężczyznę, pierwsze zdanie brzmiało: "Dzie jeś ato?"

Dumna 


26 września 2013 roku


O 6:15 obudziła mnie dawno niesłyszana pozytywka z (sic!) kołysanką.

Nie wiem jak, ale Tymon naprawił coś, czego ani ja, ani P naprawić nie daliśmy rady. Zdolne mam dziecko. 
Szkoda tylko, że ten zapał do majsterkowania przypałętał się o tak nieludzkiej porze...

piątek, 27 września 2013

Goście, goście

Chrzciny Aguszki w niedzielę, ale moi rodzice i rodzeństwo (dwoje z trojga) przyjeżdżają już jutro. W związku z tym od poniedziałku zasuwam ze ścierką i, jak moja dentystka robiąc mi kanałowe, podśpiewuję pod nosem: "Końca nie widać, końca nie widać". Bo nie widać, cholera, mimo iż w porządki zaangażowani są wszyscy domownicy.

Ja uratowałam łazienkę, WC i kuchnię. Nawet zlokalizowałam intruza - małą myszkę, która raczyła zdechnąć za lodówką, a której zwłoki lodówka grzała, i grzała, doprowadzając nasze nosy na skraj rozpaczy albo i dalej. Oszczędzę Wam opisu wyciągania truchełka zza lodówki. Dość powiedzieć, że nie przeżyłam takiej traumy od pierwszego porodu.

P. wyniósł śmieci i umył okna - jak przystało na perfekcjonistę przebił moje mycie o jakieś 50 punktów.

Tymonowi niestety coś się pomerdało i, zamiast zgodnie z moją prośbą posprzątać zabawki i zjeść ładnie podwieczorek, rozwalił kolekcję autek po całym mieszkaniu i rozkruszył krakersy po pokoju. Jestem oazą spokoju...

Agnieszka pół dnia przespała, a pół mniej lub bardziej cierpliwie czekała na jakieś zainteresowanie z naszej strony. W akcie desperacji próbowała nawet z nami rozmawiać i wyrzuciła smoczek za łóżko, o czym zażądała zwrotu.

Także  ten... Gdybym po dzisiejszym poście przestała się odzywać, to znaczy, że nie ogarnęłam i spłonęłam ze wstydu ;)

środa, 25 września 2013

Gadane

Wiedziałam, że to głupi pomysł, żeby czytać blogi przed pisaniem notki. Sedna zsynchronizowała się z Dzieciowo mi i strasznie mnie ten fakt rozbawił. Tyle, że następnie odwiedziłam Matkę, co jest też Człowiekiem i kopnęło mnie w tyłek za te podśmiechuszki...

Tak więc, synchronizacja tematyczna.

***

Tymon, jak przystało na faceta, gadać za dużo nie lubi. Nie, żeby nie umiał, zasób słów ma spory, z rozumieniem też problemów brak. Po prostu mu się nie chce.

Jak zgłodnieje, to zaczyna marudzić; ewentualnie, jeśli akurat potknie się o butelkę, to ją przyniesie i poda z rykiem. Czasem nawet przez łzy rzuci "nie ma".
Jeśli czegoś zapragnie, wskaże na to palcem i groźnie odchrząknie.
A jak się zes... A jak się załatwi, to zapach nie pozostawia wątpliwości i matka sama leci, żeby coś z tym zrobić.

Ja, jako stworzenie z natury gadatliwe, strasznie nad tym ubolewa(ła)m, zwłaszcza, że Mama wielokrotnie podkreślała, iż będąc w wieku Tymona porozumiewałam się już bardzo sprawnie, zdania budowałam i nawet nie przekręcałam zbytnio wyrazów. Nawet mnie język świerzbił, żeby małżonkowi przygadać, jakie geny dziecku podarował.

I wtedy w życie mojego syna przebojem wdarła się Z. - dziewczę słodkie, uparte i rozmowne.

Tymo początkowo podchodził do niej jak pies do jeża - im więcej i głośniej ona gadała, tym bardziej on chował się za moją nogą. Jak już przeszedł mu pierwszy szok, zaczął się jej przyglądać, a następnie brać przykład. Jakież było moje wzruszenie, gdy P. poinformował mnie, że Tymon zaraz po przebudzeniu usiadł na łóżku i zapytał:

"Ato? Dzie jeś ato?"

Po czym poleciał w kierunku pudła z zabawkami i wyciągnął z niego resoraki (ja oczywiście ten podniosły moment przespałam ;)).

***

Od pierwszego zdania minęło zaledwie parę dni, a Tymon powoli się rozkręca.

Kiedy skończy mu się mleko, podchodzi i informuje: "Nie ma juś"
Kiedy zjem mu wszystkie krakersy pyta: "Nie ma nić?"
Kiedy okaże się, ze jednak ostał się jakiś smakołyk, cieszy się: "Tu jeś!"
Kiedy zmieniam mu pieluchę, woła: "siusiek" (podobnie, gdy ktoś wchodzi do toalety)
Kiedy odpalę bajkę, cieszy się: "Siysiek (Bzyczek)" lub "Miam (piesek, Marta)"
Kiedy dorwie coś niejadalnego (np. jarzębinę), mówi: "Ble"
Kiedy wchodzimy po schodach, jako, ze zawsze odliczam schodki "raz, dwa, trzy cztery", woła: "ćy"
Kiedy się przewróci, lub czymś rzuci, mówi: "Bam!"


Oprócz tego dużo gada po swojemu, naśladując naszą intonację

I z jednej strony podskakuję z radości, a z drugiej powoli dochodzi do mnie, ze za moment będę żałować, ze już mówi, bo nie da się go uciszyć. ;)

niedziela, 22 września 2013

Taki mądry

Tymo się uspołecznia. Ostatnie tygodnie wakacji spędziliśmy na placu zabaw i choć początki były trudne, ostatecznie się przełamał i uległ urokowi słodkiej Z. Teraz, na spacerach, gdy my - matki - dzielimy się plotkami, oni dzielą zabawki, jedzenie i pomysły:

Scenka I

Z. je chrupki. Tymon przypatruje się jej chwile, po czym podbiega do wózka i podaje jej Hudsona (ulubione autko). Z. bierze Hudsona i podaje Tymonowi chrupkę.

Matki rozpływają się w zachwytach.

Scenka II

Z. ucieka z wózka na trawę po czym tempem godnym młodego geparda dopada do furtki prowadzącej na plac zabaw. Tymo oczywiście biegnie tuż za nią. Następne pięć minut zgodnie kombinują, jakby furtkę otworzyć.

Ja pokładam się ze śmiechu, mama Z. co chwile nerwowo podskakuje, mając prze oczami wizję wybitych zębów córki (mała jest młodsza od Tymona i jeszcze nieco niepewnie chodzi).

Ostatecznie pokonują furtkę ale zostają wyciągnięci z piaskownicy -  w środku nadal jest kałuża.

Scenka III

Powoli kończy się codzienny spacer. Tymon z uśmiechem na twarzy niesie zdobyczną łopatkę, Z. marudzi w wózku, bo jest już śpiąca.

Ja: Tymonku? Wracamy do domu. Oddamy Z. łopatkę?

Mama Z. mówi, ze nie ma potrzeby, przecież jutro widzimy się znowu, niech Tymon się pobawi itp.
Tymon jest innego zdania. Uśmiechnięty podchodzi do wózka i podaje małej łopatkę.

Matki zbierają szczęki z podłogi i odlatują w kosmos z zachwytu :)

wtorek, 17 września 2013

Z poczwarki...

Nigdy nie umiałam się dostosować. Nie spełniałam oczekiwań ani pokładanych we mnie nadziei. Brakło mi samozaparcia, odpowiedzialności i konsekwencji potrzebnej, by zrobić coś bardziej złożonego, wymagającego.

Jak wtedy, gdy olałam studia. I później, gdy zawalałam przez własne lenistwo trzy kolejne szkoły policealne. Albo gdy, goniąc za marzeniem, odchodziłam z pierwszej pracy. Tylko po to, by okazało się, że moje marzenia diabli wzięli, a ja wpadłam z deszczu pod rynnę. I kiedy wysiadłam psychicznie w następnej firmie. Kiedy, zamiast walczyć z nieuczciwym szefem i mobbingiem, poddałam się, zostawiając sobie w papierach zwolnienie dyscyplinarne.

Zresztą w życiu prywatnym nie było lepiej. Jeśli "związek" zaczynał wyglądać poważniej lub pojawiały się problemy - odcinałam się - nie próbowałam walczyć i nie pozwalałam walczyć o siebie. Dzieci? Jako nastolatka powiedziałam babci, że jeśli zechcę mieć dziecko, to je sobie adoptuję. Później była huśtawka. Albo bardzo chciałam, albo mówiłam "nigdy w życiu".  Częściej to drugie. No bo co z moim życiem. Z moimi papierosami, z moimi imprezami do rana, wyjazdami bez planu, z dnia na dzień?

Chwilami zastanawiam się, jak to możliwe, że przy takim podejściu i charakterze mam męża, który jakoś nie planuje się mnie pozbyć, jako beznadziejnej żony (czyli chyba nie jestem taka beznadziejna?) i dwójkę dzieci, dla których jestem całkiem niezłą matką. Chociaż to jeszcze na upartego można wyjaśnić... Ale za skarby świata nie zrozumiem, co się stało, że nie czuję się uwiązana i wcale nie mam ochoty uciekać.

piątek, 13 września 2013

Bezpieczeństwo schematów

Pamiętacie, jak wychwalałam rytuały, jako coś, co pomaga dziecku zachować jaki-taki rytm i opisywałam, jak zmieniły one moje matczyne życie na lepsze? Cofam. Rytuały mnie wykończą...

Rytuał wieczorny:

18:15 - 19:15 - Agnieszka zaczyna marudzić, Tymon spokojnie się bawi. Wyjmuję Aguszkę z łóżeczka, trochę jej śpiewam, trochę głaszczę. Wycisza się. Tymo zauważa, że siostra opuściła łóżeczko - jest niezadowolony, domaga się uwagi. Odkładam ją, żeby pobawić się z nim. Agnieszka zaczyna popłakiwać w łóżeczku. Tymon zadowolony. Idę do niej, biorę na ręce. Uspokaja się. Młody zaczyna płakać/ rzuca się na podłogę/ tłucze mnie. Odkładam Agnieszkę i kolorujemy Toma i Jerry'ego -> wróć na początek akapitu.

19:16 -  Ja: P.!!! Wykąp ich, bo zaraz oszaleję...
             P.: Najpierw młodsze, czy starsze?
             Ja: $%@Q&^@!!!

19:30 - 20:30 - Tymon się kąpie, ja przygotowuję mleko, pieluchę i pidżamę, Agnieszka marudzi w łóżeczku. Ubieram i karmię Tymona, P. przygotowuje kąpiel Młodej. Agnieszka się kąpie, Tymon zaczyna biegać po pokoju. Karmię małą, Tymon próbuje po nas skakać.

20:30 - Aguszka zasypia.

20:31 - 21:59 - Tymon biega po pokoju, skacze po meblach, wspina się na mnie, denerwuje P., próbuje zjeść biurko, wspina się na meble albo na mnie, obślinia wszystko dookoła (ząbkowanie), gada głośniej i więcej niż przez cały dzień, skacze po mnie, próbuje mi wybić zęby głową, ryczy, bo bolało...

22:00 - Tymon zasypia.

Kiedy dziecko jest cicho...

Tymon bardzo się dziś cieszył z kąpieli. Siedział w wannie długo, chlapał się, co jakiś czas chichotał. I wcale nie chciał wychodzić, kiedy przyszliśmy po 20-tu minutach. Podejrzane, bo zwykle woła nas po pięciu. Ale, w sumie, kto by chciał wychodzić gdy wokół tyle... piany?

***

Matka pachnie dziś męskim płynem do kąpieli, bo jej został zużyty do umilenia kąpieli dziecku.
A było jeszcze pół butelki...




czwartek, 12 września 2013

Karmienie: wersja hard

Tymon ogłosił bunt.

Odkąd wyżynają mu się trójki, wszystko jest na nie. Zupka z łyżeczki - nie, kanapka - nie, jogurt - nie. Jednocześnie bardzo by chciał zasmakować wszystkich tych rzeczy, których jedzenia odmawia. W efekcie siedzi pod blatem w kuchni i ryczy, pokazując palcem na kanapkę, a gdy mu ją podaje tupie nogami i ryczy jeszcze głośniej. Nie wiem, może chciałby żeby mu ją rozmoczyć i podać w butelce? Bo butelkę akceptuje. Oczywiście nie wtedy, gdy ma ochotę na kanapkę, której nie chce jeść...

Skaranie boskie, jak mawiała moja Prababcia, uszy więdną...

Jak myślicie? Co należy zrobić, żeby dziecko nie umarło z głodu, a matka nie wylądowała w Kocborowie?

Otóż trzeba Tymona posadzić na kolanach, poczekać aż w tym płaczu szeroko buzię otworzy i wpakować mu szybciutko niewielki kawałek chleba z pasztetem, tak, by pasztet wylądował na języku. Co prawda z boku musi to wyglądać makabrycznie, bo zanim poczuł smak, wyrywał się na wszystkie strony, kopał i krzyczał wniebogłosy, ale efekt końcowy był wart tej walki. Zjadł dwie kanapki (sam, siedząc na kanapie, z talerzykiem przed sobą) i poszedł się bawić.

środa, 11 września 2013

Takie nic

Dziś nie umiem.

Choćbym nie wiem ile mizdrzyła się przed lustrem, nie zakryję tej porażki zwanej moją twarzą. Choćbym gardło zdarła, nie zmienię głosu. I nawet tona czekolady nie pomoże.

Nie będę jak dziewczyna z końca sali, podobna do róży.

Wszystko jest nie tak.

wtorek, 10 września 2013

Polaczki

Ludzie to jednak są wredni i zawistni.

Siedziałam grzecznie w kolejce do dentystki, kilka osób przede mną, kilka po mnie. A że nudno, to umilali sobie czekanie pogawędką:

Starsza Pani: Kiedyś to jak wstawili plombę, to się trzydzieści lat trzymała. Ząb dookoła zgnił i się wykruszył, a plomba dalej się trzymała. A teraz to jak mi plombę wstawiła, to po roku ząb na pestce nadłamałam i mi ta plomba wypadła. Albo wnuczka - siedem lat aparat na zęby nosiła i jak jej zdjęli, to się okazało, że 24 zęby ma do leczenia. Konowały, tylko pieniądze z nas ciągną. Na NFZ z wnuczką chodzimy, a za znieczulenie trzeba dopłacić, za plombę światłoutwardzalną dopłacić... Pewnie, z czegoś sobie ta doktórka samochód musi kupić...

Kobieta Bez Zęba Na Przedzie: I jeszcze byle jak te zęby robi, nic się nie przykłada, tak mi tego zęba zrobiła, że tylko boli bardzi. Nic, tylko zostawiła coś w środku. I tak raz boli, raz nie, raz boli, raz nie. To żem przyszła, niech naprawi. A pewno i tak źle zrobi znowu, bo ona tak wszystkim byle jak. Tyle, że za darmo, to do niej chodzę.

Oczywiście jak już wchodziły do gabinetu, to tylko szczebiot przymilny było słychać...

I ja rozumiem, szlag jasny człowieka trafia, że składki płaci, a tu: kanałowe płatne, znieczulenie płatne, lepsza plomba płatna. Tylko dlaczego gadanie jest na Bogu ducha winną lekarkę, a nie na tego, kto ustala zasady? Może "doktórka" ma wolontariat prowadzić i z własnej kieszeni zapłacić za leczenie Starszej Pani i Kobiety Bez Zęba Na Przedzie? Może powinna biegać przez siedem lat za Wnuczką i przypominać o odpowiednim dbaniu o zęby pod aparatem? Kupić jej specjalną szczoteczkę, a najlepiej osobiście zęby szorować? Może ma głowę popiołem posypać, ze się wyuczyła, stomatologiem została i pracuje dość dużo, by móc kupić samochód?

Obgadać, oczernić, opinie zepsuć...

Słów brak po prostu.

W każdym razie, odnosząc się do wypowiedzi Kobiety Bez Zęba Na Przedzie: nie robi byle jak. Mi zęby na NFZ leczy prawie od roku (pierwszy raz u niej byłam jeszcze przed drugą ciążą), a plomby nie wypadają, infekcje się nie wdają, poprawiać nic nie trzeba. I nie, nie mam mocnych zębów.

Żem się zdenerwowała, no...

niedziela, 8 września 2013

Z placu boju

W myśl zasady, ze pochwalenie się bezproblemowym dzieckiem sprowadza kłopoty, ostatnie dni mijają pod znakiem placu zabaw, skakania ("op!"), "Przygód Kota Filemona" i "Małych Einsteinów". Wszystko razem. Najlepiej za rękę lub siedząc u mnie na kolanach. Próby odstawienia i ogarnięcia czegokolwiek poza Tymonową rozrywką skutkują rozpaczliwym szlochem. Zresztą szloch przewija się nawet, gdy jestem w pełni zaangażowana, potrzeby wszelkie odgadywać się staram i na rzęsach staje wymachując w powietrzu kopytami...

Winni? Cztery kły wyżynające się jednocześnie.

Tak więc powitałam się na nowo z butelką - posiłki podawane Tymonowi MUSZĄ mieć konsystencję zupy-kremu - i gryzakami. Przy czym "częstowanie" cierpiącego dziecka gryzakami nie gwarantuje, iż zostawi ono w spokoju meble (od dwóch dni próbuje obkorować mi biurko). Ale kto by się przejmował . Ostatecznie w czasie, gdy skrobie zębami jest cicho, czego nie można powiedzieć o chwilach, gdy próbuję go od tej czynności odwieść.

Pozostaje mi mieć nadzieje, ze trójki przebiją się zanim Tymon zmniejszy powierzchnię biurka na tyle, by trzeba było kupić nowe...

sobota, 7 września 2013

Summertime happiness

Wczoraj był dobry dzień.

Tymon wstał w dobrym humorze i pierwszą godzinę poranka spędził, bawiąc się autkami na podłodze obok łóżka. Później trochę pomarudził, ale wystarczyła kanapka i obietnica spaceru, by się uspokoił. Na placu zabaw biegał jak po własnym pokoju i nawet śmiał się do Z. gdy kręciła się koło niego (zresztą dziwię, się, że dopiero teraz, bo Z. jest przeuroczą młodą damą ;)).

Gdy wracaliśmy do domu uciekł, by bawić się kamieniami pod sąsiednim blokiem i nic go nie obchodziło, że "my już wracamy do domku, synku.". Nawet, gdy schowaliśmy się za drzewem, nie zrezygnował z zabawy, wiec musieliśmy stać tam, obserwować i czekać, aż zdecyduje się nas dogonić. Trochę to trwało, ale w zamian po powrocie padł jak kawka i spał bite dwie godziny.

Po południu wyrzucił z pudeł wszystkie zabawki i bawił się - chwilę sam, chwilę ze mną. Od czasu do czasu przybiegał i wołał "hop", więc podskakiwaliśmy, zastanawiając się, czy sąsiadom już się tynk z sufitu
sypie. I tak do wieczora, a wieczorem "Przygody kota Filemona" i sen.

Agnieszka nie była gorsza od brata. Co prawda w ciągu dnia niemal w ogóle nie spała, ale prawie nie terroryzowała o noszenie na rękach. Trochę pogruchałą do siebie, trochę poleżała w łóżeczku/wózku/na kanapie, trochę poprzytulała się podczas karmienia. I ślicznie się uśmiechała.

Wieczorem zaś zasnęła, gdy tylko zgasło światło i popłynęły pierwsze nuty ulubionej kołysanki.

Doprawdy, nie wiem jak to się stało, że padłam razem z dziećmi i obudził mnie dopiero Tymon płaczący o nocną porcję mleka...

czwartek, 5 września 2013

Wielkie oczy ma strach

Trzy miesiące temu Tymon lgnął do dzieci.
Odwracał się za nimi, gdy szliśmy na spacer, wołał, śmiał się.

Odkąd pojawiła się Aguszka - boi się ich.

Kiedy idziemy na plac zabaw lub na spacer i zaczepi go jakieś dziecko, Tymo nie nawiązuje kontaktu. nie odpowiada na "Cześć!" ani "Papa!". Gdy dziecko do niego podchodzi wystraszony się odsuwa. Gdy wchodzi na plac zabaw, lawiruje tak, żeby z żadnym się nie spotkać. Jeśli nie daj Boże, któreś go dotknie, wykrzywia buzię w podkówkę i wyciąga do mnie ręce, żebym go podniosła. A jeśli nie chce się poddać i dalej próbuje go zaczepiać, zaczyna płakać.

A dziś...

Piaskownica. Troje dzieci i Tymon. Trójka zgodnie się bawi, Tymon przechodzi na drugi koniec piaskownicy i siada tyłem do reszty. Bawi się tylko ze mną. Przesypujemy piasek. Po jakiejś godzinie krok do przodu - sięga po plastikowe grabki. Bawi się nimi chwile, ale podbiega chłopczyk - chce (swoją notabene) zabawkę. Mama tłumaczy mu, że teraz grabkami bawi się kto inny i chłopiec bierze łopatkę, ale Tymon już ich nie chce. Zesztywniał. Siedzi w piaskownicy - przygarbiony, z piąstkami przyciśniętymi do ciała, opuszczoną nisko głową i łzami w oczach - a mi jest tak strasznie przykro i żal.  Przełykam ślinę, przywołuję na twarz uśmiech i podaję mu grabki. Zero reakcji. Mówię, do niego. Nic. Cisza. Tylko broda mu drży. Przytulam go, ale nie odwzajemnia uścisku. Mijają sekundy, długie jak godziny, nim wreszcie wyciąga do mnie ręce, a gdy go podnoszę, wskazuje w kierunku domu.

I co ja mam zrobić?

środa, 4 września 2013

Tak bym chciała...

Z tygodnia na tydzień dojrzewa we mnie myśl o wyjeździe.

Bo moja rodzina zasługuje na lepsze, (wy)godne życie. Bez wyliczania każdego grosza i nerwów przy każdym nieplanowanym wydatku. Bez obietnic na świętego Nigdy. Rzeczy, które chciałabym podarować, a są poza moim zasięgiem. 

Bo coraz bardziej mnie męczy polska rzeczywistość. To, że jeśli zmiany, to raczej na gorsze. Ewentualnie zwietrzały puder na twarz podstarzałej baleriny. Te podatki coraz wyższe, przepisy coraz głupsze, urzędy coraz gnuśniejsze. Ulice wiecznie rozkopane, chodniki zasrane przez czyjeś puszczone luzem psy - nawet tam, gdzie stał automat z darmowymi woreczkami na odchody. Dług publiczny i ochłapy, które od czasu do czasu się nam rzuca, żebyśmy siedzieli cicho.

Z dnia na dzień utwierdzam się w przekonaniu, że to nie tu chcę i będę żyć.

Może nie dziś i nie jutro, ale przyjdzie dzień, że spakuję walizki, dzieciaki wezmę pod pachę i wsiądę w samolot.I, owszem, będę tęsknić, ryczeć w poduszkę za rodziną, którą już teraz rzadko widuję, a po wyjeździe będę widywać jeszcze rzadziej. Tylko, że jak już się wypłaczę, to podniosę głowę i spojrzę na nasze nowe, spokojniejsze życie. Na moje dzieci z lepszym wachlarzem szans.

Imię Siostry

Wczoraj wieczorem, gdy Aguszka już spała, Tymon wdrapał mi się na kolana.

Trochę poskakał, pośmiał się i pokrzyczał (nie, nie obudziła się). Obślinił mi rękaw bluzki, puścił bąka, a na koniec próbował wydłubać oko i wybić nos. Co jakiś czas wołałam cicho: "Tulimy!" i przyciągałam go do siebie, a on śmiał się w głos. Oczywiście zaraz odpychał się ode mnie, by znowu skakać i krzyczeć.

- Tymonku, gdzie jest Tata? - zapytałam, chcąc go na chwilę uciszyć. Usiadł i wyciągnął palec w stronę Taty. Czyli jest dobrze, zainteresowałam go. No to pytamy dalej. O lampę, o łóżko, o komputer, i wreszcie, z całkowitą pewnością, że nie będzie wiedział... - Tymonku, gdzie jest Aguszka?
- Aga - odwrócił się i pokazał palcem jej łóżeczko.

Taki duży, taki mądry... :)

Tylko dlaczego właśnie "Aga"? Aga to gatunek ropuchy, niepiękny zresztą. Nie mogło być "Gusia"? Przecież potrafi takie zlepki wymawiać.

poniedziałek, 2 września 2013

"Jak Ty się zachowujesz!?"


Należę do pokolenia dzieci, które miały być cicho. Miały być GRZECZNE. Nie krzyczeć w trakcie zabawy, nie biegać po pokoju (własnym rzecz jasna - bieganie po całym mieszkaniu to jednak przesada), nie odpowiadać agresją na agresję, nie przynosić wstydu...

Kiedy miałam jakieś dziesięć-dwanaście lat pokłóciłam się z "przyszywanym" kuzynem. On powiedział kilka przykrych słów, ja się odszczeknęłam. Wywiązała się słowna przepychanka i nagle jemu zabrakło argumentów. Słownych. Żeby nie dać mi ostatniego słowa, szczeniak napluł mi w twarz. Było lato, było gorąco. Chłopcy biegali bez koszulek. Nie zastanawiałam się nawet sekundy. Odwinęłam się i z całej siły trzepnęłam go przez spalone słońcem plecy.

Oczywiście pobiegł z płaczem poskarżyć się rodzicom. Moja Mama nie chciała słuchać tłumaczeń. Oberwało mi się (słownie) przy wszystkich obecnych tam osobach. Kuzyn nie usłyszał ŻADNEJ reprymendy. Nie mówię, że to co zrobiłam było dobre, ale, kurcze, on też nie był bez winy. Ochrzan należał mu się tak samo jak mi...

Kiedy wracaliśmy już do domu, powiedziałam to głośno. Zarzuciłam Mamie, że mnie nie broniła i ważniejszy jest dla niej kuzyn. Nie uwierzyłam wtedy w jej zapewnienia, że to ja jestem na pierwszym miejscu. Jakżebym mogła, po całej tej sytuacji?

***

Sąsiedzi, znajomi, obcy ludzie. Wszyscy oni patrzą i oceniają, więc MUSISZ pokazać, że panujesz nad sytuacją. Że potrafisz wychować własne dziecko.

Nie może krzyczeć.
Nie może skakać.
Nie może płakać.
Nie może "pyskować".
Nie może się odzywać, "gdy dorośli rozmawiają".

Musi powiedzieć "dzień dobry". Nieważne, że się wstydzi i boi wąsatego sąsiada.
Musi dać buziaka każdej ciotce, nawet, jeśli pierwszy raz ją widzi.
Musi być posłuszne i pokorne.
Musi się uśmiechać, gdy je o coś pytają i natychmiast odpowiadać.

Jeśli tego nie robi, Twoim obowiązkiem jest je skarcić. Natychmiast. Tak, żeby wszyscy słyszeli, bo wtedy nie będzie wątpliwości, czy na pewno zareagowałaś. Nieważne, że dla dziecka ta reprymenda to mały koniec świata. Trzeba je dobić obecnością świadków. Przecież nadal żyjemy w świecie "co ludzie powiedzą".

To było, i w wielu rodzinach nadal jest, normalne.

***

Każdy ma czasem ochotę walnąć pięścią w ścianę lub rzucić grubszym słowem.
Każdy od czasu do czasu zapomni się w zabawie.
Każdy poczułby się upokorzony, gdyby go publicznie ukarano. Nieważne - słownie, czy klapsem. Zresztą, który dorosły dostaje klapsa?

Dlaczego my zasługujemy na szacunek, a nasze dzieci nie?

***

Tymon krzyczy, biega, od niedawna skacze. Nie zawsze mi się to podoba (patrz. szósta rano, pierwszy skok na matczyny brzuch). Nie zawsze zatrzymam w sobie cisnące się na usta: "Przestań!".  Jednak staram się, bo wiem, że ten krzyk, to bieganie i skakanie są mu potrzebne, żeby rozładować energię, ale też jako sposób na poprawę koordynacji ruchowej i ćwiczenia - wstęp do mówienia, do trzymania równowagi, a za jakiś czas pewnie do jazdy na rowerze.

Tymon bywa sfrustrowany i zbuntowany. Rzuca się na podłogę, krzyczy, płacze, próbuje nas bić. Na trzy pierwsze formy ekspresji pozwalam (choć nie jestem nimi zachwycona), czwartą próbuję zastąpić i idzie mu coraz lepiej. Z każdym dniem więcej jest sytuacji, gdy zamiast uderzyć mnie, sfrustrowany Tymon uderza otwartą ręką w stół lub kanapę. Wolno mu, bo tego potrzebuje. W końcu dopóki nie nauczy się mówić, nie ma sposobu by powiadomić nas o tym co mu przeszkadza i co mu się nie podoba...

Jeszcze nie dotyczy nas kwestia publicznego karcenia i wiem, że mogą pojawić się sytuacje, które mnie przerosną. Nie raz tak było, odkąd Tymo pojawił się w moim życiu. Ale założenie jest jak ze wszystkim - nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe - i będę się starała wychowywać moje dzieci bez świadków. Bo czy naprawdę tak trudno odejść kawałek i na spokojnie, bez karcącego wzroku oburzonej sąsiadki, wytłumaczyć maluchowi, że nie powinien bawić się w berka akurat na jej grządce z marchewką?