środa, 31 grudnia 2014

Shorty grudniowe

1 grudnia
S: Tymonku, mogę Cię przytulić?
T: Niee.
S: A mogę Ci dać buzi?
T: Nie.
S (pochylając się nad Tymonkiem): A mogę Cię połaskotać?
T: Nie. Idź trochę popracować, mamo.

2 grudniaGodzinę temu wróciliśmy ze spaceru. Tymon zjadł kanapkę,pobawił się trochę, po czym - 45 minut po powrocie - zdał sobie sprawę, ze WRÓCILIŚMY DO DOMU.
W związku z powyższym od kwadransa obserwuję histerię podłogową pt. "Nie musimy wracać do domu. musimy iść na spacer."
Myślicie, że trzylatkowi można podać nerwosol? Emotikon wink


5 grudnia

- Maaaamoooo! Agusia zabrała mi zawiarusy!
(łańcuszki do podwieszenia półek szczurom)


6 grudnia 2014


Komu herbaty z imbirem? Budzi i rozgrzewa, a do tego poprawia nastrój. Idealna dla ofiary własnych pomysłów Emotikon wink
Cierpliwość i powtarzanie przyniosły skutek. Tymon zamiast wrzeszczeć - prosi. Cały czas, wymagając szybkiej reakcji (utrwalenie informacji, że prośba, rzeczywiście działa)
"Mamo, chcę kanapkę, prooooszę."
"Mamo, chcę piciu, proszęęę"
"Mamo, no chodź, prooooszę"
Cóż przynajmniej nie wrzeszczy.


***

Tymon i Agnieszka walczą o zabawkę (dużą, grającą kierownicę). Agnieszka wygrała, ale jest ewidentnie zła na brata.
- Baa! - mówi do mnie.
- Jesteś zła, że Tymon chciał Ci zabrać zabawkę.
- Baa! - powtarza, po czym odwraca się na pięcie i... wali Tymona kierownicą w głowę.
#‎littlewarrior‬
‪#‎toniebyłauczciwawalka‬

***

Robię herbatę, strzyżęta bawią się w drugim pokoju. Nagle słychać straszliwy płacz, potem tupot stóp, a następnie w drzwiach kuchni staje ryczący Tymon. Uspokajam, na tyle, żeby był w stanie mówić i pytam krew z mojej krwi:
S: Co się stało? Gdzie Cię boli?
T (tonem "zaraz znowu będę płakał"): Boli mnie dupa od kaloryferaaaaa!
Tsaaa... Dopiszmy siedzenie na oparciu kanapy i wyglądanie przez okno do listy sportów ekstremalnych Emotikon wink

8 grudnia

Gadzina wstrętna udziabała mnie wczoraj do samej kości, a dziś się łasi.
Zrozum babo szczura w trakcie burzy hormonalnej Emotikon wink

***

Chciałam zapytać: "komu kawy?", ale po wyczerpującym weekendzie, bardziej sensowne wydaje się: "komu energetyka?".
Tymon od piątku dusi się kaszlem, P. ma katar-mordercę. Nawet Agnieszka się tym razem zaraziła i głośno wyraża swoje niezadowolenie.
O 12:10 lekarz. Wierzę, ze dotrwam.


10 grudniaNauczyła się nowego słowa.
Nie, nie jest to "mama". Ani nawet "tata".
Nauczyła się mówić "ble!", gdy zobaczy coś co na takie określenie zasługuje...


11 grudniaŚnieg. Phi. Tyle go napadało, co kot napłakał. Nawet nie mogłam Tymonkowi po drodze do lekarza pokazać.
Przykre, biorąc pod uwagę, że posiedzimy uwięzieni w domu do poniedziałku. Tymon z lekkim zapaleniem oskrzeli. Ja i Agnieszka przy okazji. Również przy okazji - wieczorem będzie post. Pozytywny, uśmiechnięty, nostalgiczny.
A tymczasem...
Kawy? Herbaty z imbirem?


12 grudniaPodjęłam śmiałą próbę wyrzucenia dzieci z małżeńskiego łóżka.
W związku z tym poszliśmy spać o 2:30. O 3:00 dołączła do nas płacząca, obrażona ‪#‎Agnieszka‬, a o 4:10 ‪#‎Tymon‬, który zdał sobie sprawę, że śpi sam. Wzięłam więc Agnieszkę pod pachę i poszłam do łóżka Tymona. Niestety, trollewna miała już porządnego focha i zamiast obudzić się na karmienie dwa razy, obudziła się pomiędzy 4:10 a 8:00 CZTERY razy.
To jest znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem...

***

#‎Tymon‬ się przewrócił i rozpacza, że go boli buzia (upadł twarzą w klocki). Do pokoju wchodzi ‪#‎Agnieszka‬.
T (nadal płacząc): Agusiu, przytulisz Tymonka?
I przytuliła. Podeszła, objęła go i cmoknęła w ramię, bo akurat na tej wysokości miała głowę. Emotikon heart
Dla tej chwili warto było 18 miesięcy chodzić w ciąży i 30 godzin rodzić tę dwójkę.


13 grudnia

#‎Tymon‬ bawi się na podłodze i gada sam do siebie:
- I wsyskie pieluchy są czyste i zdlowe..


16 grudnia

‪#‎Agnieszka‬ przyniosła z łazienki nocnik, usiadła na nim, ściągnęła pieluchę... Wyjaśniłam jej, gdzie popełniła błąd, wyjęłyśmy pieluchę z nocnika i usiadła z powrotem.
Siedzi tak już z pół godziny, a w międzyczasie nocnik wymagał opróżnienia. I nie chce założyć pieluchy.
Ciekawe czy jej tak zostanie Emotikon wink



17 grudnia#‎Tymon‬ dusił się kaszlem od 4:30 do 5:30. Ostatecznie pomógł Zyrtec, otwarte okno i woda... Teraz on odsypia, a ja - standardowo - marnuję czas, zamiast zrobić coś pożytecznego.
Kawy? Herbaty?


***
#‎Agnieszka‬ załapała. Od godziny siedzi i podśpiewuje "mama!" na wszystkie znane sobie melodie. "Mama". Nie "tata".
Teraz to już z górki. Zaraz będzie wygłaszać referaty.


18 grudnia
#‎Strzyga‬ siedzi w szmatkach. Dwie pary spodni dla dzieci uszyte. Kolejne w fazie planów i wykrojów.
Wyłączenie komputera w środku dnia to jednak całkiem dobry pomysł...


19 grudnia
#‎Tymon‬ i ‪#‎Agnieszka‬ tłuką się o nocnik.
Armageddon.


piątek, 19 grudnia 2014

O Ropuszku Kłamczuszku


Paskudy męczą szczury. Tutaj wyjątkowo z G., a bez Tymona.

- Mamo! Mój soczek był bardzo, bardzo niegrzeczny! - wbiegł do kuchni zaaferowany Tymon.
-Taak? A co zrobił Twój soczek? - zapytałam, jednocześnie myśląc tylko o tym, że należy zachować spokój i poszukać ścierki do podłogi oraz modląc się, by klawiatura nie była zalana.
- On zrzucił myszkę z biulka.
- Jesteś pewien, że to soczek zrobił, a nie Tymonek? - odetchnęłam z ulgą.
- Nie Tymonek. To niedobly soczek.

***

Drodzy Państwo, rozpoczęła się era konfabulacji. Od wczoraj co złego, to nie Tymon. Agnieszka uderza się o rączkę, kubki zrzucają rzeczy z biurek i blatów, a zabawki same skaczą tak, by trafić matkę w plecy. Rozgościli mi się w domu Tonieja i Samosię. Może jeszcze nienazwane wprost, ale zapewne lada dzień po raz pierwszy wybrzmią z ust mego syna ich imiona.

Jakby tego było mało, Jaśnie Panicz rozpracował system unikania odpowiedzialności. Tym samym jak ciepnie Agnieszkę a ja na niego warknę, że nie wolno i zaraz wyląduje w kącie, żeby sobie przemyśleć temat, to słyszę natychmiastowe: "Ja chcę jej dać buzi."

Szkoda, że ta skrucha nie trwa dłużej niż kwadrans.

Mimo wszystko - nie jest tragicznie. Agnieszka jest już na tyle duża, że potrafi sobie z nim radzić, więc coraz częściej pozwalam im samodzielnie rozwiązywać konflikty.

Skoro nie leje się krew...

***

Przeprowadzka umożliwiła nam na nowo kontakt z G. Jest go co prawda mało (a od miesiąca wcale, bo zima sprzyja infekcjom, a infekcje są świetną wymówką), ale powoli odtwarza się więź. I tworzy - zwłaszcza na lini G. - Agnieszka.

Szkoda, ze Tymon jest traktowany raczej jak przeszkadzajka niż brat, ale wierzę, że z biegiem czasu się to zmieni...

środa, 17 grudnia 2014

Żeby już był zdrowy...



Ciągłe infekcje (a co za tym idzie - niewychodzenie z domu) zepsuły mi dziecko. Nauczyły je, że chodzi się grzecznie za rękę, nie wybiega do przodu (bo ulica, samochody), a jedyna dozwolona trasa to Dom-Przychodnia-Dom.

Wyszliśmy dziś na pierwszy od dawna prawdziwy spacer - poszaleć na placu zabaw oraz nad rzeczkę obserwować kaczki. Spodziewałam się dzikiej radości, tymczasem Tymon najpierw skierował kroki w stronę Przychodni, a gdy już doszliśmy na plac zabaw przez pierwszą godzinę wszędzie wchodził za rękę, powolutku, jakby zapomniał, ze można się bawić. I kiedy już miałam zrezygnować z prób zachęcenia go, na plac zabaw wleciało tornado w różowej kurteczce, śpiewające piosenkę z teletubisiów.

Tymon najpierw stanął jak wryty, ale po trzech minutach już biegał.

Godzinę później moim problemem było: "jak wrócić do domu bez afery", bo gdy już się rozochocił, wcale nie było mu w głowie dać się znowu zamknąć w mieszkaniu.
Ale, ale... Dwa lata na stanowisku negocjatora  zrobiły swoje i ostatecznie - z nieszczęśliwą miną, lecz bez histerii - pozwolił się zaprowadzić z powrotem.

***

Dziękuję Ci, Małe Różowe Tornado.

Nie ma nic smutniejszego, niż dziecko stojące smętnie na placu zabaw. Zwłaszcza jeśli to moje dziecko.

wtorek, 16 grudnia 2014

O uciekających prezentach


Dawno, dawno temu, kiedy mieszkanie zaczęło nam tonąć w powodzi zabawek podjęłam Jedynie Słuszną Decyzję: Zabawki Tymon dostaje od reszty świata. Od nas dostaje coś do potrzebnego. Chyba, że zauważę coś co MUSI mieć - bo jest cudowne, wspaniałe, rozwijające. Tak zwany prezent dla rodzica.

W tym roku pierwszym planem była jednoczęściowa, polarowa piżamka w pieski, kości i inne cuda. Wypatrzyłam, nastawiłam się, ale Tymon się rozchorował, więc cztery dni czekałam na możliwość wyjścia do sklepu (P. od miesiąca robi nadgodziny i wraca do domu  o 21-22). Gdy w końcu dotarłam, okazało się, że nie ma rozmiaru.

Wściekła wróciłam do domu, przejrzałam po raz kolejny ofertę sklepów,do których mogę dotrzeć po godzinie osiemnastej (gdy P. wraca normalnie) bez samochodu.

Jako że Tymon zaczyna łapać o co chodzi w puzzlach (o ile nie są mocno skomplikowane i mają niedużo elementów), postawiłam na książeczkę z puzzlami - grube kartki, ładna grafika, pod układanką obrazek, więc łatwiej dziecku ułożyć. Rozwijające, fajne. Decyzja podjęta. Tymczasem syn mój kaszlał, mąż robił nadgodziny. Dwa dni później udało mi się wyrwać do sklepu. Książeczek niet. Zdusiłam w gardle narastające "rrrrrrrwa mać" i zaczęłam gorączkowo myśleć.


Dobra, niech będzie kolejny samochód. Ile by ich nie dostał i tak będzie szczęśliwy. Do tego w tym konkretnym modelu (betoniarka - w sam raz dla fana Boba Budowniczego), jak się naciśnie na ludzika, to autko samo jedzie. Tymon będzie zachwycony.

A raczej byłby, gdyby udało mi się tą cholerną betoniarkę kupić.

***

Poszukiwania prezentu idealnego trwają. W razie niepowodzenia, pozostaje prezent rezerwowy, czyli puzzle "Jake i Piraci z Nibylandii". P. mówi, że jak dorzucimy do tego chipsy i colę, to będzie prezent marzeń Tymona. Nawet bez tych puzzli. ;)

piątek, 12 grudnia 2014

O dobrych myślach


Nominacja dobrych myśli ma na celu przypomnienie sobie chwil, które malują uśmiech na naszych twarzach i powodują, że nawet pochmurny dzień staje się piękny. Mnie zaprosiła Marta.

Myśl pierwsza.
Dawno temu, w piwnicy szkoły podstawowej nr 3 mieściła się stolarnia. Pracował w niej mój dziadek. Na przerwach biegałam tam, by chwilę z nim porozmawiać. Dziś już nie pamiętam o czym, ale wiem, że dla mojej dziesięcio- może jedenastoletniej wersji, to były ważne spotkania. Pamiętam zapach trocin i papierosów, oraz ciepły głos dziadka. I swoją dumę, że to MÓJ dziadek.

Myśl druga.

Wakacje 2001 i moje pierwsze zauroczenie. Tak niewinne, jak to tylko możliwe w przypadku nieuświadomionego dziecka, rozpoczynającego transformację w podlotka. Tym szczęśliwsze, że odwzajemnione. Tym piękniejsze, że - mimo sporej różnicy wieku i doświadczeń (obiekt mojej fascynacji był ode mnie o pięć lat starszy) - niewykorzystane.

Myśl trzecia.

Mieszkanie "studenckie" w Gdyni. Imprezy od czwartku do wtorku, leżenie krzyżem pod krzyżem na Kamiennej Górze. Zepsuty zamrażalnik w lodówce i współlokator, który o piątej nad ranem, ogromnym tasakiem próbował wyrąbać z niego lód. Inteligentna inaczej Strzyga, której "zepsuła się" pralka (nie pobierała wody - zapewne by zaczęła, gdybym odkręciła kurek) Zaręczyny D. Czas kompletnej beztroski i radosnej nieodpowiedzialności. Moment, w którym narodziła się moja przyjaźń z D.

Myśl czwarta.

P. z początków naszego związku. W hełmie czołgisty. W koszulce "RPG pacy umys", z której później zdrapał nadruk, na bosaka w deszczu. Ba, w ogóle wychodzący w deszczu i twierdzący, że to idealna pogoda na spacer. Z zawadiacką grzywką i arsenałem zabawnych, "groźnych" i "uwodzicielskich" min. Cały czas uśmiechnięty. Pełen entuzjazmu i pomysłów. 

 


Myśl piąta.

Każdy dzień spędzony z Rudą lub Cień. Nieważne - w stajni, w podróży stopem, kuchni, czy na facebookowym czacie. Zdrowy dystans i dużo uśmiechu. Wstawanie z oczami niczym miś panda, bo poprzedniej nocy prowadziło się kompletnie abstrakcyjną dyskusję, która wcale nie zamierzała się kończyć, mimo ciągłych zapewnień "idę do łóżka. dobranoc". Przy nich czuję się bardziej Strzygą niż Matką.

***

Nie wywołuję imiennie. Jeśli masz ochotę - czuj się zaproszony/a ;)

środa, 10 grudnia 2014

Pan Mądrala



Tymonowi coraz lepiej wychodzi analiza otaczającego go świata. Zwraca też większą uwagę na szczegóły. Tego, że wszystko, co zauważy - komentuje - nie muszę chyba dodawać...


Scenka I

Tymon zaangażował P. do wspólnego "napisowania" literek. w praktyce wygląda to tak, że P. pisze, a Tymon komentuje. Lecą od początku alfabetu. Przeszli już przez wszystkie litery od A do M.

P: To jest N.
T (zadowolony): Tak, to jest niebieskie N.
P (rysując bardzo koślawe kółko): A to jest O.
T (tonem mocno zrzędliwego nauczyciela): Nooo... Może być.


Scenka II

Tymon przyszedł z łazienki ze spodniami w garści.

T: Mamo, muszę założyć spodenki.
S: To zakładaj.

Przytrzymuję mu spodnie. Wkłada jedną nogę, potem drugą - w tę samą nogawkę.

T (wyraźnie zniesmaczony): Coś tu jest nie tak.


Scenka III

Strzyżęta ćwiczą ostatnio skoki z krzesła na kanapę. Co jakiś czas, któreś źle wymierzy i spadnie, po czym urządza koncert. Nie żeby to robiło na nich jakieś wrażenie.

T (patrząc na ryczącą na podłodze Agnieszkę): Mamo, Agusia uderzyła się w kanapę.

Popatrz. A mi się wydawało, że w czoło ;)


Scenka IV

Pięć minut po Scence III.

Tymon stoi na komodzie.

T: Mamo! Mamo! Mogę latać tak nisko?
S (przed oczami mając dziecko z połamanymi nogami): Chyba nie.
T: Chyba tak.

I skoczył.

wtorek, 9 grudnia 2014

Dlaczego lubię kolejki w przychodni?


Siedzimy w przychodnianej poczekalni. Tymon standardowo nazywa wszystkie cyferki i litery, jakie uda mu się zauważyć. Liczy "bdzi", nazywa numery na nich, opowiada o kolorach oraz obrazkach na ulotkach, które mu podałam. W tej chwili idealnie wpasowuje się w etykietkę "grzecznego dziecka".

Obok nas siedzi starszy pan. Obserwuje Tymona z uśmiechem, wyraźnie zaciekawiony. Gdy Tymon poprawnie wskazuje jedenastkę, nie wytrzymuje i pyta mnie z uśmiechem:

- To przypadek, czy on rzeczywiście potrafi liczyć?
- Potrafi. Radzi sobie z liczbami od jeden do dwadzieścia dziewięć - odpowiadam dumna. - Co prawda miesza mu się dziewięć z dziesięć, ale idzie mu coraz lepiej
- Ojej, to bardzo ładnie - pan z uśmiechem kiwa głową, a ja puchnę z dumy. - A ile on ma lat?
- Niecałe trzy.
- Pięknie...

To ten moment, gdy matka lata pod sufitem napompowana dumą i radością - "zobaczcie jakie mam genialne dziecko. Liczy, zna alfabet i kolory, a wszystko to w dwóch językach". Nagle mi nie przeszkadza, że na chodnikach kałuże, wiatr wieje w oczy. Nawet kolejka do lekarza nie jest problemem.

Zresztą... Tym razem nie ma kolejki - Starszy Pan wpuścił nas przed sobą.

***

Tymon osłuchowo czysty, Agnieszka w fazie zdrowienia, P. też jakby lepiej.

Teraz dla równowagi powinnam się rozchorować ja ;)

piątek, 5 grudnia 2014

O panience, co z niemowlęctwa wyrosła

- Baa! - poinformowała mnie z zaciętym wyrazem twarzy Agnieszka, gdy odmówiłam zabrania Tymonkowi JEGO kolorowanki. Następnie, nie odrywając ode mnie wzroku, "rzuciła" się do tyłu.  Prosto na kanapę, do której wcześniej podeszła. Taka cwana
- Mam tu drugą książeczkę. - spróbowałam.
- Baa!

Umówmy się, iskry z oczu u półtoraroczniaka są urocze i zabawne. Tupanie nóżką też. Ale to nie znaczy, że mam prawo się śmiać. Przynajmniej według mojej córki.

***

Zastanawiam się, w którym momencie działania dziecka zaczynają być celowe i przemyślane. Przegapiłam ten moment przy Tymonie i obiecałam sobie, że nie zrobię tego przy Agnieszce. Tymczasem okazuje się, że znowu mi umknął. Wiem, że to nie stało się dziś, ani wczoraj, ani nawet w zeszłym miesiącu.

Cofam się krok po kroku i dostrzegam, że to co obserwowałam wcześniej było początkami samodzielności oraz wstępem do wyrażania siebie.

Kiedy Agnieszka była mniejsza zachwycały mnie jej spokój i cierpliwość. Zgodność,z jaką podchodziła do wszystkiego wokół. Zupełnie inna niż Tymonowa walka o każdy drobiazg. W tym zapatrzeniu przegapiłam moment, gdy moja córka zaczęła się zmieniać. Tamta Aguszka nadal czai się w jej uśmiechu, ale - bądźmy szczerzy - moja córka to skóra zdjęta z matki, a matka do pokornych nie należy.

Rośnie mi mała buntowniczka. Okres ochronny dobiegł końca - teraz pora na pokazywanie różków i walkę o władzę. Już opanowała sztukę manipulacji i szantażu. Powoli zaczyna też eksperymentować z przemocą fizyczną. Najlepiej wychodzi jej wyrywanie włosów i pacanie płaską rączką. Pierwsze jest bolesne (sądząc po wrzaskach Tymona), drugie natomiast urocze, acz całkowicie nieskuteczne, zarówno przy walce jak i podczas prób komunikacji.

Właśnie. Komunikacja.

Gadanie jest dla frajerów. "Mama" zdarzyło się raz jeden i zapewne ma mi to wystarczyć. Jedyne "słowa", na jakie możemy liczyć to:"baa", oznaczające upadek, krzywdę, focha i rzut, oraz "oppa", czyli skok. Niewielki zasób słownictwa Agnieszka rekompensuje sobie bogatą mimiką i zamiłowaniem (oraz talentem) do śpiewu. Niestety, córa moja nie uważa rodziny za godną jej talentu i śpiewa tylko wtedy, gdy myśli, że nie zwracamy na nią uwagi. Nie byłoby to problemem - słucham w niemym zachwycie - gdyby nie Tymon, który za każdym razem zaczyna GADAĆ i powoduje zakończenie koncertu.

Jednak niezależnie od tego, czy akurat tłucze się z Tymonem o zabawki, śpiewa za szafą czy "gada" z lalką, całą soba udowadnia mi, że maleństwo - nieporadny bobas - zniknęło. Teraz bliżej jej do małego przedszkolaka.

Mi pozostaje pękać z dumy.

czwartek, 4 grudnia 2014

Jak Cię widzą...




Przeprowadziłam niedawno dyskusję, zahaczającą momentami o pyskówkę, na temat bicia dzieci, bezstresowego wychowania oraz rozwoju (głównie społecznego) Tymona.

Zostało mi zarzucone, że ciągle się skarżę, jak mi się dzieci drą i, w związku z tym, można odebrać je jako niewychowane ("zachowanie w odniesieniu do innych nie ma znaczenia, jak dziecko jest dobrze wychowane to nic sie nie zmienia") i będące w jakimś stopniu opóźnione społecznie ("są etapy, które w określonych stadiach życia powinny zostać >ukończone<").

Najpierw się wściekłam, potem zaprzeczyłam, bo przecież mnóstwo jest zarówno na blogu, jak i na FB dowodów na to, że Tymon i Agnieszka są kochani, cudowni, sprytni itp. Następnie przyszła pora na w miarę obiektywne spojrzenie na przekaz bloga i FB.

Wnioski?

Tak, narzekam (choć częściej to raczej czarny humor, niż rzeczywiste narzekanie) i, uwaga, mam do tego prawo. Blog jest dla mnie nie tylko "pamiętnikiem" i miejscem, w którym mogę się "wypisać". Jest formą terapii, metodą na spojrzenie z dystansu.

Niemniej, cała ta dyskusja dała mi jedną rzecz.

Kazała zadać sobie pytanie:

Czy naprawdę chcę zapamiętać głównie awantury Tymona oraz to, że tłukł się z siostrą?

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Shorty listopadowe

4 listopada  

W myśl zasady: "miałeś swoje".
T: Mamo! Daj mi colę!
S: Tymonku, to jest cola Taty.
T: Nie. to jest cola dla Tymonka. Tata miał dla dorosłych*.
*P. z racji 16-godzinnego dnia pracy ma nawyk picia energetyków. Tymon oczywiście też by chciał, ale za każdym razem słyszy, że "to dla dorosłych"...


6 listopada

S: Dasz mi buzi?
T: Tak. 
<cmok>
T: Fuuuuuj...

8 listopada

Agnieszka podeszła do Tymona i uderzyła go w głowę...
T: Ej! Ni bij. Bij mamę.
Na własnej piersi wychowane...


***


Jak wiadomo, najlepiej sprawdza sie metoda kija i marchewki. Kij był w poprzednim poście. Teraz marchewka.
T: Mamo! Zlobiłaś mi kanapkę z dziemikiem. Jeśteś moim bohaterem!
Ha!


13 listopada

"Tłinku, tłinku...
Baskoł...
Skąd na niebie
Wzięła się
Wysoko nad światek kwisz
Wyskoko na niebie kwisz"
Czyli polsko-angielsko-tymonowe kołysanki dla Dipsy'ego Emotikon wink


18 listopada

...a ja opowiem Tobie.
"Dawno temu była Mama. Żeby była wróżka. Żeby była... niegrzeczna. Żeby była szczęśliwa."


21 listopada

"Mamo? A czy Agusia zasnęła na dobre?"
Tymon: Echa hałołinów Emotikon wink


22 listopada


T: (radośnie) Dawno, dawno temu była sobie mama. (ciszej, smutnym głosikiem) Mama, była bardzo, bardzo smutna.
Taaa...
Opowiadanie dziecku bajek o tym, ze jest się smutnym, jak bije, kopie i gryzie - nowa szkoła manipulacji. I zostaje w głowie.
Mogłoby się jeszcze przełożyć na zachowanie Emotikon wink


24 listopada

Tymon rzuca się po podłodze, krzycząc wniebogłosy, bo nie chce iść na spacer.
Chociaż raz to nie będzie wina mojego lenistwa...


27 listopada

Szantaż emocjonalny trzylatka.
T: Agusiu! Nie zabieraj mi jabłka, bo będę płakać!

***


T: Mamooooo? Lubisz Jaxy i Floki?
S: Tak, lubię.
T: Jaxy, co Wy tam robicie. Floki! Bo odgryzicie. Zobacz, mamo, zrobiłem Jaxom dajmynd.
Dzieci moje bawią się nie tylko między sobą, ale też ze szczurami. A że przyjaźń wielką jest, to obdarowują je drogocennymi kamieniami ułożonymi z małych paluszków Emotikon wink

28 listopada

To jest straszne...
Tymon po trzech dniach spania we w miarę normalnych porach postanowił urządzić rewoltę i do wpół do pierwszej krzyczał w kącie za kanapą. Pozom zmęczenia miał taki, że zamiast mówić bełkotał niemal niezrozumiale. Próby przeniesienia do łóżka kończyły się nasileniem histerii.
Ostatecznie pozwoliłam mu zasnąć za kanapą, po czym przeniosłam na śpiocha.
Kawy!



czwartek, 27 listopada 2014

Pobaw się ze mną, Agusiu


Odkryli, że można bawić się razem. Agnieszka może jeszcze nie do końca rozumie sens, ale pławi się w blasku braterskiego zainteresowania. Ja natomiast pławie się w okrzykach radości.

W co może się bawić trzylatek z półtoraroczniakiem?

Po pierwsze: w ganianego.

Według Tymona są to cztery osobne zabawy: w pociąg, w Rajdka i Sprytka, w Boba i Koparkę oraz w Tinky Winky i Dipsy. Według mnie to wszystko ganiany, tyle że przy zabawie w pociąg biegają trzymając sznurek, a przy pozostałych Tymon krzyczy: "Biegnij za mną Sprytku/Koparko/Dipsy". Ale co ja mogę wiedzieć. Brak snu oraz odwyk od słodyczy i kawy, zeżarły resztki mojej wyobraźni.

Po drugie: taniec.

Wiem, to wielkie słowo, gdy mówimy o dwóch maluchach kręcących się w kółko z szeroko rozłożonymi rękami lub podskakujących i klaszczących. Może zamiast słuchać szant i muzyki okołoceltyckiej powinnam puszczać im zawody taneczne, żeby od małego obserwowali kroki. Umówmy się, ja tancerką najlepszą nie jestem, więc przykładem świecić nie będę. ;)

Po trzecie: literki

Tymon z drewnianych literek układa "ciastka" i "kanapki", którymi mnie karmi. Agnieszka szybko to podchwyciła, więc sporą część dnia spędzam, opędzając się od tej dwójki, próbującej mi wpychać do ust swoje "wypieki".

Swoją drogą, Tymon skojarzył, że literki tworzą słowa i zaczyna kombinować z ich składaniem.

Po czwarte: domowy w-f

Tymon skacze, wspina się na meble, pełza, chodzi na czworakach. Agnieszka powtarza wszystko za nim. W związku z tym ma już opanowane wspinanie się na drabinki. Przy okazji uczy się "mówić". Tymon nauczył ją, że kiedy się skacze, woła się  "hop!".


Są jeszcze klocki, ale nie układają ich razem, tylko tłuką się o nie, więc chyba się nie liczy...

W każdym razie - jest coraz lepiej.
Niech to będzie manifest nadziei dla wszystkich matek, których dzieci są ciut mniejsze i przez to mniej zgodne ;)

sobota, 22 listopada 2014

Ekshibicjonizm dla Beni ;)

Ta zabawa jest stara, jak blogosfera. Bawiłam się w nią jeszcze na swoim nastoletnim blogu (którego na szczęście już dawno nie ma), a i na Strzydze kilkakrotnie byłam nominowana. Za każdym razem obiecuję sobie, że to już ostatni raz.

Ale...

Brak odpowiedzi uważam za nieuprzejmy - w realnym świecie nie odwracam się tyłem do ludzi, którzy do mnie mówią. W blogosferze odpowiadam na nominacje. Co prawda ostatnio wymyśliłam, że będę odpowiadać w komentarzach pod postami osób mnie nominujących. Dla Beni robię wyjątek ;)

1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?

Mój wewnętrzny ekshibicjonizm. I chęć zachowania emocji oraz wspomnień. W tej kolejności.

2. Postanowienie na TEN rok, którego nie udało Ci się zrealizować?

Nauka rosyjskiego. Angielskiego też, ale mniej mi wstyd, bo po angielsku jestem w stanie obejrzeć film, a po rosyjsku nie znam nawet alfabetu ;)

3. Twoja cecha charakteru, z której jesteś dumna?

Nie mam takiej cechy.

Chciałam wpisać upór, bo pomaga mi dążyć do celu, ale jednocześnie krzywdzi bliskich mi ludzi. A poza tym mój upór neutralizuje negatywne myślenie, którego jestem mistrzynią. Myślałam też o kreatywności, ale w połączeniu z przyrodzonym mi lenistwem niemal jej nie widać. Mogłabym jeszcze być dumna ze swojej uczciwości - gdybym nie psuła jej oszukiwaniem Tymona, że czekolada ma cztery kostki, zamiast dwudziestu...

Cecha we mnie najsilniejsza, choć niekoniecznie najlepsza, to zdolność przetrwania.

4. Ulubiona książka?

Każda, po której coś mnie boli, kłuje lub rozlewa się ciepłem w sercu.

5. Cecha, której nie lubisz u innych ludzi?

Udawanie, że wszystko jest okay, gdy ewidentnie nie jest.

6. Co zmieniło w Tobie macierzyństwo?

Wszystko - począwszy od rozmiaru ciuchów, przez ilość zmarszczek i siwych włosów, czy nazwisko, po cechy osobowości. Chociaż te ostatnie raczej uwypukliło lub spłaszczyło. Jestem bardziej cierpliwa, odważna, kreatywna, ale za to mniej stanowcza i odporna na manipulację oraz szantaż (bo jak inaczej nazwać pociąganie nosem, gdy odmawiam bajki).

7. Czy nie zdążyłaś zrobić czegoś, co zrobić chciałaś, zanim zaszłaś w ciążę?

Nie pojechałam z Rudą stopem przez Australię.

8. Wymarzony prezent na Święta?

Kindle.

9. Miejsce, w którym czujesz się totalnie swobodnie i bezpiecznie?

To nie kwestia miejsc, tylko ludzi. Czuję się tak przy P., przy Cień, przy D. i przy Rudej.

10. Z jakim znanym człowiekiem chciałabyś wypić kawę i spokojnie porozmawiać?

Z Peterem Capaldim. Albo ze Stevenem Moffatem.

11. Blogi, które polecasz?

Po prawej mam listę blogów, które czytam. Ciągle poszerzaną (a doby nie przybywa...)

wtorek, 18 listopada 2014

"Mamo, opowiedz mi bajkę"


Myślałam, że już się nie doczekam. Bo mój syn, zawsze w ruchu, wciąż gania, skacze. Nie ma czasu, żeby się zatrzymać i posłuchać. Jedynie gdy choruje i ma wysoką gorączkę można utrzymać go w miejscu. A i to tylko do momentu, gdy środek przeciwgorączkowy zacznie działać.

Próbowałam wierszyków, opowiadań, baśni.

Nuda. Najfajniejszy jest ruch.

Zmiana przyszła z dnia na dzień. Teraz pół dnia spędzam opowiadając "bajki".

O Tymonku, co przewrócił Agusię.
O Tymonku, co nie chciał iść spać.
O Tymonku, który uderzył się w nóżkę.
O Tymonku, który był zły na mamę.

I tą najczęstszą. Ulubioną.

O Tymonku, który chciał słuchać bajek.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Tymon wybrał już zawód

Zaskakuje i cieszy mnie jego kreatywność.W sumie nie jestem mu już potrzebna do wymyślania zabaw. Przedwczoraj wbiegł do pokoju wołając:

- Mamo! Chodź odliczać! Zbudowałem zjeżdżalnię.

Zbudował.

Najpierw przewrócił na bok łóżeczko Agnieszki. Potem na to łóżeczko - wtargał materac.

I koniec - można zjeżdżać.
Geniusz prostoty.

***

Żeby jednak nie było zbyt różowo i radośnie, szybko zleciał ze zjeżdżalni, nabijając sobie guza i ścierając skórę na czole. Raz. Potem drugi. A dziś przed wyjściem do lekarza trzeci.

Nikt nie ma tak wielkich oczu jak moje w chwili, gdy do pokoju wchodzi pochlipujący cicho Tymon,z twarzą całą we krwi (chyba, że pani doktor, gdy usłyszała odpowiedź na pytanie co się mu stało). Zwłaszcza, że domowa apteczka nie jest wyposażona w plastry. Ani w wodę utlenioną, spirytus salicylowy, rivanol czy octenisept (shame on me).

Wiem już z całą pewnością, jak się czuła moja mama, gdy co dwa-trzy dni wbiegałam do kuchni z rozbitym nosem lub zdartym kolanem...

***

I teraz pytanie oraz zagadka:

Pytanie:
Czy strach o zdrowie i życie młodocianego kaskadera jest wystarczającym argumentem za wywaleniem "zjeżdżalni" do piwnicy?

Zagadka:
Co zrobiła moja mama?






czwartek, 6 listopada 2014

O teletubisiach


Dopadła mnie karma.

Od momentu, gdy Teletubisie stały się popularne, uważałam, że bajka ta jest idiotyczna. Plan zakładał, że jeśli kiedyś będę miała dzieci, nie zapoznam ich z tą pozycją (w sumie plan zakładał, że minimum do szóstego roku życia nie zapoznam ich z żadną bajką). Oczywiście Tymon mnie zweryfikował.

Fascynacja minęła mu jednak dość szybko i temat ucichł na dłuższy czas.

Wrócił parę dni temu...


Scenka I

- Mamo! Mamo! - wbiegł do pokoju zaaferowany Tymon - Mamo! Gdzieś się zgubił mój Dipsy!

Zadziwiające, biorąc pod uwagę, że dzieci moje nie są w posiadaniu teletubisiów.
Myślę intensywnie, o co może chodzić, i jak mogę problemowi zaradzić, bo widzicie, Tymon ma niemal łzy w oczach.

Wtedy do pokoju wchodzi Agnieszka, buzia Tymona rozjaśnia się i...

- Tu jesteś, Dipsy. Chodź się bawić z Tinky Winky.


Scenka II

- Lala? Laaala? - woła Tymon, po czym z braku oczekiwanej reakcji szarpie mnie za rękaw. - Lala! No chodź  zrobić kanapkę Tinki Winkowi!


Scenka III


Tymon chodzi po mieszkaniu i opowiada:

- Ja jestem Tinky Winky. To - wskazuje na Agnieszkę - jest Dipsy. Ty jesteś Lala...
- A tata?
- Tata jest Po.

Cóż... Gdybym sama miała przydzielać rolę, to tylko Lala zostałaby tam, gdzie jest...

***

Swoją drogą bardzo pociesza mnie ta "hierarchia". Agnieszka jest w niej zaraz po Tymonie, więc może ich wzajemne relacje nie są tak napięte, jak mi - histerycznej matce - się wydaje...

wtorek, 4 listopada 2014

O carycy Agnieszce

Zaabsorbowana ogarnianiem wiecznie niezadowolonego Tymona, przeoczyłam pierwsze zwiastuny Agnieszkowego dojrzewania i teraz siedzę z ręką w nocniku. Wydaje mi się, że trzy dni temu miałam jeszcze uroczo uśmiechniętego niemowlaka, który najbardziej na świecie lubił się tulić.

Agnieszka nie przywiązywała wagi do rzeczy. Tymon zabrał zabawkę? To wezmę inną, w końcu jest ich dużo. Uderzyła się? Całus w czółko chwila bujania i biegła dalej... Tak zwyczajnie i prosto. Bezproblemowo.

Wyobraźcie sobie, jak wielkie oczy zrobiłam, gdy ni z tego, ni z owego, Maleństwo ciepło otwartą dłonią o stół, po czym wykonało piękny skłon. Zakończony konkretnym przywaleniem czołem o dywan.

Mało?

Dwie godziny później przybiegł do mnie zaryczany Tymon, goniony przez skrzeczącą (nie przesadzam) Aguszkę. Jak go dogoniła, zaczęła go tłuc drewnianym autkiem.

W dwa dni oduczyła mnie  pytania "Tymon, co jej zrobiłeś?", bo w 90% sytuacji, gdy przybiegałam zaalarmowana jej płaczem, albo tłukła Tymona, albo próbowała mu wyrwać zabawkę...

Księżniczka transformowała w tyrana.

I co ja ma teraz zrobić? ;)

poniedziałek, 3 listopada 2014

O skokach rozwojowych

Poradnik dla sfrustrowanych rodziców mówi, że każdy okres pogorszenia nastroju i zachowania dziecka jest okresem przed zdobyciem kolejnych kompetencji. Że to konieczne i normalne, bo się, mówiąc kolokwialnie, mózg przegrzewa. Dziecko przetwarza, neurony pracują. Dziś daje Ci popalić, jutro ni z tego, ni z owego zacznie mówić.

Albo dostanie nagrodę Nobla - biorąc pod uwagę poziom, jaki osiągają w ostatnich tygodniach Tymon i Agnieszka.

Na poziomie wiedzy - zgadzam się z tym. Wiem, że zaraz wskoczą na kolejny poziom. Tymon zamiast liczyć do dziesięciu będzie ogarniał dodawanie, odejmowanie i tabliczkę mnożenia (przesadzam, acz dziecko mam genialne), Agnieszka w końcu zaszczyci nas pierwszym słowem.

"Baa", nawet jeśli ma znaczenie, się nie liczy.

Na poziomie emocjonalnym, jestem wrakiem. Pięć(set) razy dziennie zadaję sobie pytanie, co do jasnej i pieprzonej cholery robię źle. Kij, że się tłuką. Rodzeństwo ZAWSZE się tłucze. Kij, że się drą - bo nie da się tego nazwać płaczem - Agnieszka wydaje z siebie dziki, przeciągły wizg, a Tymon wyje, jak wilk podczas pełni.

Najbardziej dobija mnie fakt, że gdy zostawię ich z P. nastaje cisza. Bawią się w miarę bezkolizyjnie. Zaczynają się uśmiechać, gaworzyć (Agnieszka) lub opowiadać historyjki (Tymon).

A potem ja wychodzę z łazienki/kuchni/wracam ze sklepu; pojawiam się w polu widzenia, a oni przypominają sobie, ze są przeziębieni, idą im zęby i nie spali w ciągu dnia...

I znowu na pomoc przychodzą mi psychologowie, którzy twierdzą, że dziecko najbardziej męczące jest przy osobie, przy której czuję się najbardziej bezpieczne i bezwarunkowo kochane. Bo wie, że czego by nie zrobiło, zostanie zaakceptowane i zrozumiane.

Winnam więc się cieszyć.

Zajebiście.

Chciałabym mieć na tę radość siłę.

Albo nie. Chciałabym mieć siłę, by otworzyć rano oczy bez podświadomego odliczania sekund do momentu, gdy moje dzieci zauważą, że już nie śpię i pora wyciągnąć artylerię...

***

Przy tym wszystkim, największym idiotyzmem jest fakt, iż zamiast spać, piszę notkę.

piątek, 31 października 2014

Shorty październikowe

9 października

Tymon i Abstrakcja.
Syn mój wygrzebał skądś grającą kierownicę. Zabawka jest ciężka, twarda i ma zawieszkę do wózka, więc Tymon uparcie nazywa ją swoim jojo.
I kręci się z nią, co jakiś czas trafiając w mebel.
S: Tymon! Jeżeli jeszcze raz walniesz tą zabawką w szafę albo kogoś uderzysz, to Ci ją zabiorę!
Tymon stanął na moment, zastanowił się i rzekł:
T: Mamo! to jest moje jojo! Jeśli nie uderzysz moje jojo, to wtedy uderzy i ty uderzysz moje jojo!
Jakiś pomysł na interpretację?


16 października
Mamo! Ja chcę Klamambelę!
(no, dalej, kto zgadnie?)

***

"Łinguł łinguł litel siaj
łinguł łinguł lite siaj
ba ba ma ba bama siaj
ba ma, ba...
mamo? Czemu rośśmieszasz?

18 października

"Nie! Mamo, ja nie chcę spać! Ja jestem zajęta! Nie położę z łóżeczku! Nie! Ja siedzę tutaj!"
...
Powrzeszczał, poparskał, 30 sekund później już spał.


20 października
S: Chodź tutaj! Trzeba wydmuchać nosek!
T: Nie! Jestem zajęta!

***

Siedzę przed kompem, Tymon bawi się autkami. Agnieszka szeleści w drugim pokoju.
T (nasłuchując): Maaamo? Co ta Twoja Agusia lobi?
S: Pewnie bałagan.
Poleciał jakby się paliło.
T: Agusiu! Co Ty tu lobisz za bałagan!
Pan Inspektor-Kontroler


22 października


Dzieci ryczą i stękają. Małżonek wybył robić nadgodziny.
Dajcie mi kocyk, kawę i duuuże pudełko czekoladek...


23 października

Jedno dziecko śpi, drugie samo się bawi. Matka pracuje.
Sąsiedzi pewnie myślą, że ich pozabijałam, po czym popełniłam samobójstwo i stąd ta cisza Emotikon wink



24 października

"Mamo! Nie pracowaj! Ja muszę pracować! To sa moje pieniążki! Idź pracować gdzie indziej! A sio!"
Mobbing, po prostu mobbing...


środa, 22 października 2014

Awaria?


Pięć dni temu zepsuł się mój komputer.

Oczywiście, jak na Matkę Roku przystało, najpierw oskarżyłam Tymona, że wyłącza go nogą i zagroziłam, że jeszcze raz, a wyłączę mu bajkę. I na tym powinnam skończyć. Wyjść z pokoju, zrobić obiad, ewentualnie pomalować paznokcie.

Cóż. Nie byłabym sobą. W związku z tym zostałam w pokoju i obserwowałam Tymona oraz komputer.

Tymon spokojnie siedział w odległości metra od biurka.
Komputer działał bez zarzutu około czterech minut po czym powiedział: "Łiguł... Łiguł... Liguł..." i zgasł.

W efekcie pozostałam z wyrzutami sumienia (fałszywe oskarżenia oraz bezpodstawne groźby), zepsutym jednym komputerem (zatarty wiatrak karty graficznej) oraz okupowanym drugim (trzeba było jakoś dziecku wynagrodzić niesłuszne warczenie). Żeby dopełnić obrazu rozpaczy dodam, że sprzęt zepsuł się akurat w dniu wyjazdu P. i najwcześniejszy termin naprawy wypadał na wtorek.

Dziś jest środa, komp dalej stoi smętnie w kącie. P. wróci późno i znowu do niego nie zajrzy.

Pojawiło się jednak bardzo interesujące pytanie:

Czy ja naprawdę chcę, żeby on go naprawiał?

Pomijając pierwsze dwa dni szoku, gdzie Tymon walczył o prawo do przesiadywania przed komputerem P., wcale nie jest tragicznie. Czas oglądania bajek drastycznie spadł z 3 godzin do jednej. Czas poświęcany na odmóżdżające gierki również się ograniczył. Z pracą się wyrabiam.  I jeszcze mam czas na bloga. 

Jedyne czego mi brak, to dostęp do dysku pełnego zdjęć z ostatnich ośmiu lat. Tyle, że wystarczy ten dysk podłączyć do komputera P. i wszystko wróci do normy...

I miałabym wolne jedno biurko...

wtorek, 21 października 2014

Zaglądam jej w talerz

Niby da się inaczej. Można żyć zgodnie z zasadą, ze dziecko się nie zagłodzi i jak będzie chciało to zawoła.

Agnieszka woła, oczywiście. O mleko.

I owszem, karmienie piersią ma mnóstwo zalet. Jest wygodne, bo nie trzeba nic podgrzewać, studzić, mieszać, czy wyparzać. Pokarm jest dostosowany dokładnie pod dziecko - ludzki organizm to naprawdę cud. Finansowo nie obciąża. Maluch łagodniej przechodzi choroby. Nie, nie tylko przez pierwsze trzy/sześć/dziewięć miesięcy. Agnieszka ma 15,5 miesiąca i nadal większość infekcji przechodzi bez żadnych leków.

Ale.

Chciałabym się już uwolnić od małego ssaka. Przespać noc bez obowiązkowych trzech pobudek. Wyjść z domu bez drżenia, że jednak nie wytrzyma. Nie podskakiwać na dźwięk telefonu, gdy jestem bez niej. Wypady z Cień są bardzo fajne, zmieniają moją perspektywę. Wydobywają człowieka z matki. Dzięki nim zdałam sobie sprawę, jak bardzo mój świat kręci się wokół Tymona i Agnieszki, oraz że potrzebuję czegoś oprócz macierzyństwa.


Więc patrzę.

Przestałam karmić dzieci z jednego talerza. Metoda "trzy łyżki dla Tymona, pół łyżeczki dla Agnieszki" nie daje mi obrazu, ile ona właściwie zjadła. Liczenie tych połówek też średnio się sprawdza. A przy osobnej miseczce widzę wyraźnie i... jestem spokojna, bo wcale nie tak mało tego. Co więcej trend jest rosnący. Każdego dnia pochłonięta porcja jest odrobinę większa*, a co za tym idzie, odrobinę mniejsza jest ilość mleka, które wypija. Początkowo nadrabiała w nocy, ale od kilku dni, już nie budzi się tak często.

Zaczynam wierzyć, że odzyskam autonomię. I małżeńskie łóżko ;)


* no, prawie.Obecnie idą jej czwórki, więc żąda pocieszania...



poniedziałek, 20 października 2014

Histeryczka oswojona

Jesień.

Czas liczę w zapaleniach oskrzeli i katarkach. Od inhalacji, do inhalacji. Z codzienną wątpliwością - wyjść na spacer skoro nie gorączkują , czy odpuścić.

Zostać w domu? Źle. Bo przegrzane, nie ma jak budować odporności. Katar to nie choroba, na oskrzela najlepsze świeże jesienne powietrze. Te polskie matki to już całkiem powariowały - najlepiej od września do czerwca w czapce. A potem zakichane, zasmarkane, wiecznie zaziębione dzieciaki, które przedszkole widzą pierwszego września i w dwóch ostatnich tygodniach czerwca.

Wyjść? Oszalałaś? Dziecku zaraz z kataru się zrobią chore oskrzela, a z oskrzeli - zapalenie płuc. Jak alergik, to się zacznie dusić, bo wiadomo, alergicy zawsze gorzej. Mokre od deszczu powietrze też wcale nie jest dobre. Nasila się katar i kaszel. A jeszcze, nie daj borze zielony,  nogi zmokną, bo w kałuże skoczy, i nieszczęście gotowe.

Jestem skołowana.

Gdy Tymon zaczyna kaszleć, od razu widzę obraz sprzed roku. Jego bladą jak ściana buzię, uchylone usta, falujący z wysiłku brzuch. Czuję, choć to przecież niemożliwe, zapach taksówki, którą wiozłam go z nocnej opieki zdrowotnej do domu, by P. zabrał go do szpitala. Boli mnie brzuch. Zupełnie jak wtedy, gdy przez godzinę czekałam na wiadomość, czy moje dziecko dojechało na czas.

Wiem, to absurdalne.

Tymon jest bezpieczny. Mam w domu inhalator, leki. Potrafię rozpoznać symptomy, których, swoją drogą, nie widziałam od tamtej nocy. I obym nie zobaczyła nigdy więcej.

***

W sumie już jest lepiej.

Już nie podaje pulmicortu, gdy tylko zacznie kaszleć. Zaczynam od soli fizjologicznej i syropu.
Wychodzę, jeśli nie ma gorączki, a pogoda jest ładna.
Nie dostaję ataku paniki, gdy jego lekarka nie ma danego dnia wolnych terminów i nie lecę do pierwszej lepszej, byle tylko ratowała moje dziecko. Wymuszam na sobie trzeźwy osąd i , jeśli to bezpieczne, czekam. Lepszy dobry lekarz jutro, niż byle jaki dzisiaj.

Choć najbardziej bym chciała nie musieć czekać.

sobota, 18 października 2014

Cwaniara

Mają to po mnie. Wiecznie gonią, szarpią się, skaczą, upadają.

Potem przybiega jedno z drugim, zaryczane i z gilem sięgającym brody, by się przytulić. W sumie...

Wróć.

Tymon przybiega. Agnieszka patrzy jak tulę i pocieszam. Trwa to dosłownie moment, ale ja widzę w slow motion. Niemal dostrzegam trybiki w jej głowie, przetwarzające dane.

Tik. Tik.

Już.

Agnieszka biegnie radośnie na korytarz, gdzie przed sekundą wywalił się Tymon. Kładzie się na podłodze. Wstaje i biegnie w moją stronę, perfekcyjnie udając płacz. Gdyby nie suche oczy i to, że obserwowałam całą scenę, byłabym pewna, ze się przewróciła.

Znowu krzyczę do wewnątrz: "To już!"

P.S. Prawdziwy ryk nastąpił 5 sekund później, gdy odkryła, ze ją przejrzałam i wcale nie odstawię na bok naprawdę płaczącego Tymona.

sobota, 11 października 2014

Zaborczej matki gorzkie żale

Kiedy Tymon miał pół roku na przemian płakałam, że pije moje mleko (bo bolało jak diabli - zaraził mnie pleśniawkami) i że pije modyfikowane (bo jestem złą matką, a on już mnie nie potrzebuje). Z tego względu proces przestawiania go z karmienia naturalnego na sztuczne trwał prawie cztery miesiące.

Niby wiedziałam, że jest milion sposobów na budowanie więzi, a macierzyństwa nie definiuje pierś w dziecięcych ustach, a jednak gdy przestał pić moje mleko poczułam się, jakby ktoś mnie okradł z najcenniejszej rzeczy, jaką miałam. Więź budowała się dalej - innymi drogami, rzecz jasna - ale poczucie bycia najważniejszą, zniknęło.

***

Agnieszka ma piętnaście miesięcy, a ja powoli zaczynam ją odstawiać.

W ciągu dnia już tylko do drzemki domaga się karmienia. Co do reszty posiłków, wybiera wodę, kaszę z owocami, pieczywo lub warzywa. Nocami nadal króluje moje mleko. Nie odmawiam, pewna, że jeszcze za wcześnie, jeszcze potrzebne i tym podobne.

Jest lepiej, niż za pierwszym razem, a jednak kłuje mnie w środku, gdy staje przy lodówce i ewidentnie domaga się czegoś "dorosłego". Albo, gdy na pytanie, czy chce mleczko, energicznie kiwa głową na boki w geście zaprzeczenia.

***

Być matką, to tracić.

Od pierwszego krzyku, przez początek pełzania, pierwsze kroki, przyjaciół, po moment, w którym zacznie nazywać domem swoje własne miejsce na ziemi.

Wiem, to naturalne. Nie chcę, uzależniać dzieci od siebie. Zostawiam im adekwatną do wieku wolność wyboru. Obserwuję etap "ja sam/a!" i głośno mówię, jak dumna jestem.

A jednak...

Głęboko w środku rozsypuję się w drzazgi, świadoma, że każdy przejaw samodzielności przybliża moment, gdy po raz pierwszy usłyszę  "No maaamooo, zooostaw..".

Bo stamtąd już tylko krok do wyprowadzki.