sobota, 31 stycznia 2015

Shorty styczniowe

3 stycznia

Tymon przykłada dłoń do twarzy taty:
- Tato... bolą cie kolce?!


6 stycznia


T: Auuu... A niech to, zrobiłem sobie krzywdę. Ratuj mnie.


9 stycznia


9:30, czas na antybiotyk. W przedpokoju dzwoni budzik.
T (rozespany): To chyba jakieś czary Agusi...


10 stycznia


Agnieszka ze wzgardą patrzy na butelkę z MM. Tymon natomiast stoi i żebrze - no bo jak to: dla niej jest, a dla niego nie?
Coś mi mówi, że mój chytry plan wznowienia wypadów z Cień wcale nie będzie tak banalnie prosty w wykonaniu, jak mi się wydawało.


12 stycznia


Tymelsa śpiewa:
"Jadę moc, jade moc
wyjde i zatrzaśne bdzi
szyskim wbreeew na ten gest mnie staaaaać
Co tam duźy gnieeew"
Ale za to jak linię melodyczną ładnie trzyma...


13 stycznia


Tymon mówi do mnie: "Mami" 


***

Pomyliłam godzinę wizyty kontrolnej Tymona. Zamiast na 12:30 przyszłam na 11:30.
Potem nie wyrobiłam się z załatwianiem spraw bankowych w czasie nadprogramowym i musiałam iść drugi raz (i drugi raz stać w kolejce).
A na koniec, z rozpaczy, kupiłam sobie ptysia. Zjadłam go na pół z Tymonem, a mimo to jestem przesłodzona i nieszczęśliwa.
Post będzie. Wieczorem. Jak obrobię się ze wszystkim, czego nie zdążyłam zrobić rano.



14 stycznia


Za nami długi spacer oraz pierwsze zakupy okołourodzinowe. Wczoraj przez takie wyjście z domu P. musiał na obiad jeść hotdoga z Żabki, bo się żona z obiadem nie wyrobiła. Jak będzie dziś?
Zobaczymy.
Za tydzień Tymon skończy trzy lata (co znaczy, że trzy lata temu byłam umierającym z przejedzenia wielorybem ;)). To bardzo determinuje tematykę bloga w najbliższym czasie...
Prezenty, ciasta, przystawki. A wszystko to okraszone łezką matki, której dziecko tak szybko rośnie.


15 stycznia


#‎Tymon‬ taki zdolny.
Dziecko dostało wczoraj puzzle MINI. 54 elementy, z Bobem Budowniczym. Matka chciała przyoszczędzić, bo takie pudełko MINI kosztuje 2,5 zł, zamiast 10-20 zł.
Przygotowałam się psycicznie na to, że będą za trudne i będzie je układał z moją pomocą.
Takiego.
Wczoraj mu pomogłam. Dwa razy.
Dzisiaj rano zażądał puzzli z Bobem, zamknął się w pokoju i po godzinie, przybiegł się pochwalić, że ułożył.


16 stycznia


Sąsiad od siódmej rano napi... wali młotkiem.
A żeby sobie w palec trafił.


17 stycznia


Piotrek wspomniał o frytkach, Tymon podłapał. Teraz odwracanie uwagi :
P: Ja jestem pietruszką, a ty, Tymonku?
T: Ja NIE.
Dziesięć minut później:
S: Chcesz bajkę?
T: Taaak. O pietruszce.
Tsaaaaaa

20 stycznia

Tymon znowu kaszle.
Tydzień. Taki luksus. Tydzień dziecko z domu wychodziło.
A wizyta u lekarza... w piątek.

21 stycznia

Rozmawiamy o świnkach morskich. P. wyraża zaniepokojone moim entuzjazmem.
S: Nie, nie, nie. Nie chcę brać teraz świnek morskich. Przecież mamy szczury. Jeden gatunek na raz.
P (z powątpiewaniem, patrząc na dzieci): Coś ściemniasz. Ja tu widzę co najmniej trzy gatunki...

24 stycznia

Rzut mikserem jako dyscyplina okołourodzinowa.
Agusiu, dziękuję, Niczego mi tak nie potrzeba jak obsuwy przed urodzinową imprezą Tymona Emotikon wink

26 stycznia

"Salpneła wagony i ciągnie z wozolem
I budni, i stuka, pomocy i pendzi"

27 stycznia
Z kuchni wybiega Tymon z kubkiem w ręku i, pedząc w moją stronę, woła:
- Ja chciałem... wypić... od mojej... ukochanej mamy COLĘ!



środa, 28 stycznia 2015

Zabierz mi strach


P. mówi, że to rodzaj ćwiczenia.
"Gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?"
Pokazuje to, o czym marzysz. To, w co wierzysz, że możesz osiągnąć.

Ja widzę siebie w naszym domu/mieszkaniu, w przepastnym, rozkładanym fotelu. Na stoliku obok stoi latte macchiato, w kubku, który wcale nie jest do takiej kawy przeznaczony, ale który lubię. Czytam. W ciszy. Dzieci spełniają się w swoich pasjach i nie jestem im już tak straszliwie niezbędna. Mam swoje dwie godziny spokoju. P. coś skleja lub skręca i pewnie potem będę na niego fukać, że po sobie nie sprząta. Pewne rzeczy nie zmieniają się nigdy.

Jestem spokojna. Jestem na swoim miejscu.

***

Zabawne, jak niewiele trzeba.
Zwykłe poczucie bezpieczeństwa i spokój wystarczą, żeby całkowicie przebudować sposób myślenia.

Rok temu, gdy P. wspominał o tym, że kiedyś kupimy mieszkanie, miałam ochotę parsknąć śmiechem i się rozpłakać. Jednocześnie. Dziś -choć nie popadam w euforię i wiem, że będzie to wymagało mnóstwa pracy - "kiedyś" formuje się w moim umyśle w przybliżony termin.

***

Jeśli umysł kreuje rzeczywistość, jeśli pozytywne myślenie pozwala osiągać cele - jedyne czego się boje, to strach.

środa, 21 stycznia 2015

O kolejkach do lekarza



Zdążyłam się już przyzwyczaić, ze na wizytę u ginekologa muszę się umawiać albo miesiąc-dwa wprzód, albo prywatnie. Sytuacja trwa od lat trzech - odkąd dwa tygodnie przed planowanym porodem okazało się, że NFZ nie podpisał umowy z moją przychodnią.

Wiecie jak fajnie zostać nagle bez możliwości zrobienia KTG, sprawdzenia pulsu dziecka, czy zwykłej, zalecanej cotygodniowej kontroli, w pierwszej ciąży? NFZ zostawił wtedy jedną poradnię ginekologiczną na całe miasto. Wcześniej było ich trzy.

Oczywiście spowodowało to powstanie kolejek. Do mojej lekarki miały one "długość" półtora miesiąca.

Wtedy byłam wściekła i przerażona. Później, gdy chodziłam w ciąży z Agnieszką polowałam na dowolnego lekarza, byleby miał wolny termin.

Moją drugą ciążę prowadziło na przemian sześciu ginekologów. Każdy z nich klął pod nosem, bo - proszę drogiego NFZ-u - tak się, kurwa, nie da. Powinien być jeden lekarz, który zna pacjentkę i jej ciążę nie tylko z karty, w którą wpisano suche informacje, ale też z rozmów, obaw i napomknięć. To się buduje przez całą ciążę, a nie w ciągu piętnastu minut wizyty.

Mimo niesprzyjających warunków, ja i Agnieszka przetrwałyśmy walkę z NFZ-owskimi terminami. Dalej miało być tylko lepiej, bo przecież do ginekologa nie chodzi się co tydzień, a lekarze rodzinni i pediatrzy przyjmują codziennie...

Miało.

A jednak - na wizytę z Tymonem do lekarza rodzinnego* czekam od wtorku do piątku**.





* do rodzinnego - bo pediatrę mamy kiepskiego.
** oczywiście, gdyby miał wysoką gorączkę, lał się przez ręce itp, pojechałabym z nim do jakiegokolwiek lekarza, ale dopóki tak się nie dzieje, wole go leczyć u kogoś sprawdzonego, do kogo mam zaufanie.







poniedziałek, 19 stycznia 2015

O małym chłopcu


Pojutrze miną trzy lata.

Oglądam zdjęcia i brak mi słów na to, jak bardzo zmienił się przez ten czas mój syn.

Jest 40 cm wyższy, 12 kilo cięższy, jakiś milion razy bardziej wygadany.

A jednocześnie nie zmienił się wcale. W uśmiechach, nawet tych pierwszych można go bez problemu rozpoznać. Podobnie jest z płaczem. Nie sposób pomylić tej wykrzywionej buzi.

Los (tudzież P.) podarował mi najbardziej zadziwiający dar.























piątek, 16 stycznia 2015

The Brave

Siedzenie w domu nie sprzyja odwadze Tymona. Kolejne dwa tygodnie spędzone w domu i dziecko moje cofnęło się (przynajmniej na placu zabaw) do etapu bujanego konika. nie wejdzie na zjeżdżalnie, a jeśli już, to z niej nie zjedzie. Drabinki? Zapomnij.

Co innego Agnieszka. Ona wlezie wszędzie. Schodki wyższe od niej? Zjeżdżalnia? Nic prostszego.

Biegiem mija Tymona i, dawaj, zgrywać Królową Piaskownicy.

Swoją drogą, nie sposób przecenić jednoczącej mocy placu zabaw. Najpierw przełamał lody pomiędzy Tymonem i G., teraz godzi go z Agnieszką.

Ciekawe, jak długo potrwa ten rozejm...


"Pobujać Cię, Agusiu?"


"Dam radę. Nie pomagaj!"




Taka ściema - i tak nie zjechał...

czwartek, 15 stycznia 2015

Tough Love


Nie biją się! Nie biją się!

Żyję w strefie działań wojennych.

***

Dziś rano.

Tymon z rozpędu wbiega w układającą tory Agnieszkę (rok temu dostali od Cień piękną kolejkę). Ona wydaje z siebie krótki płaczliwy krzyk, po czym chwyta pierwszą zabawkę z brzegu i precyzyjnie wymierza cios w głowę brata. Tym razem był to jeden z drewnianych torów. Poprzednio ciężka i twarda grająca kierownica. Jeszcze wcześniej wieża z klocków.

Jedną ręką przytrzymuję wierzgającą córkę (dalej by tłukła), drugą rozgoryczonego, zapłakanego Tymona (który przecież zaczął tę bójkę). W miarę spokojnym, acz podniesionym głosem - przecież normalnego nikt w tym wizgu nie usłyszy - wygłaszam przemówienie umoralniająco-tłumaczące.

Tymon daje Agnieszce buziaka na przeprosiny. Ona skrzeczy.

Wracają każde do swoich spraw.

***

Przed chwilą. Tymon bawi się autkami. Agnieszka najpierw bezskutecznie próbuje wyrwać mu jedno z nich. Rozzłoszczona niepowodzeniem z całej siły szarpie go za włosy. On z głośnym płaczem popycha ją na szafkę. Agusia chwyta grzechotkę (chciałoby się rzec "Młot Zniszczenia") i...

Wpadam między nich zanim rozpocznie się regularna walka. Uspokajam rannych, urządzam pogadankę z agresorami. Zabawne, ze oznacza to dokładnie te same osoby.

Okazuje się, że o podziale zabawek można rozmawiać, zamiast od razu sięgać po broń. Agnieszka siedzi na kanapie w palcach ściskając zdobyte autko. Tymon jeździ jej po nogach tymi, które mu zostały.

***

Nie przerażają mnie wojny między rodzeństwem - sama takowe przechodziłam.

Do dziś pamiętam, jak A. barykadowała się na fotelu i kopała wściekle każdego, kto się zblizył. Albo jak M. mnie zdzielił, a ja za karę wbiłam mu palce w kark i przeprowadziłam z głowę przy ziemi przez cały pokój. Że musiało boleć? Mnie też bolało.

Walczyliśmy o wszystko. Zabawki, słodycze, uwagę rodziców.

Mama obserwowała nas z boku, reagując tylko w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia. Tłumaczenie po pewnym czasie uznała za bezcelowe, choć zdarzało jej się apelować do naszych uczuć, rozsądku lub inteligencji.

Tak naprawdę - jednak - wszystko było w porządku.

Mogliśmy się tłuc w domowych pieleszach, prowadzić wojnę pozorowaną, ale gdy któremuś z nas działa się krzywda, reszta stałą za nim murem. A. mogła mi się wypłakać na ramieniu (i robiła to, gdy czuła taką potrzebę). M. był cierpliwym słuchaczem, gdy tego potrzebowałam. Nie zawsze się zgadzaliśmy, ale mogliśmy, i nadal możemy, na siebie liczyć.

I to jest jedyna rzecz, którą staram się zaszczepić w moich dzieciach

***

Jestem też TUTAJ.

środa, 14 stycznia 2015

Co kupić trzylatkowi?

Zacznijmy od tego, że rodzenie dziecka dziesięć dni przed Matką Tylko Jedną, to był bardzo kiepski logistycznie pomysł. Wiąże się to z faktem tworzenia swojej listy prezentów dla dziecka, tak, żeby nie pokrywała się z Jej listą ;) Ale co się stało, to się nie odstanie.

Lista prezentów według Asi jest TUTAJ. Przy połowie krzyczałam: Tak, tak! To świetny pomysł.

***

Do sedna (kolejność przypadkowa)



Liczydło. Najzwyklejsze, takie, jak moje (sprzed lat dwudziestu). Tymon KOCHA liczyć.



Domino z CzuCzu. W sumie wszystko, co CzuCzu wypuści, bo ich produkty są ładnie i porządnie wykonane oraz miłe dla oka (zarówno dziecka, jak i matki). Tymon ma już puzzle z dinozaurami tej firmy, a także plansze do rysowania samochodów. Każda z tych rzeczy jest w ciągłym użyciu.


Zestaw narzędzi, żeby w końcu przestały znikać śrubokręty, kantówka i młotek P. I śrubki. te cholerne śrubki, w które później wdeptuję (a chodzę boso).


Drewniane jedzenie. Tymon dzień w dzień karmi mnie kanapkami zrobionymi z literek na lodówkę. Chciałabym, by moje "zabawowe" posiłki chociaż przypominały prawdziwe jedzenie. On zresztą pewnie też.

 
 

Wyścigówka do skręcania. Skoro potrafi rozłożyć na części pierwsze każdą zabawkę, niech nauczy się też ich "składania".

 
Gry. Ponieważ wymuszają udział rodziców w zabawie i szkolą przyszłego towarzysza rodzicielskich rozgrywek w osadników


Zestaw lekarski. Regularnie jestem osłuchiwana sznurowadłem, a temperaturę sprawdza mi się za pomocy kredki. Może czas pomyśleć o bardziej profesjonalnym sprzęcie dla przyszłego lekarza? ;)

***

Nie współpracuję z żadnym ze sklepów, które podlinkowałam, ani z firmami produkującymi zabawki. A szkoda ;)

wtorek, 13 stycznia 2015

Puzzle



W sumie mogłabym schować pozostałe zabawki.

Tymon nawet by tego nie zauważył.

Układa na przemian Dinozaury (cztery układanki, po dziewięć elementów), Jake'a i Piratów z Nibylandii (30 elementów), Samoloty (24 elementy) i Zygzaka (30 elementów). Gdyby nie Agnieszka, która z uporem godnym lepszej sprawy rozwala to, co on zdąży złożyć, w moim domu wreszcie panowałaby błoga cisza.

Tymon wpadł po uszy.

Puzzle są lepsze od samochodzików.
Puzzle są bardziej absorbujące niż klocki.
Puzzle są fajniejsze niż bajki.

Coraz mniej mojej pomocy potrzebuje.

Puchnę z dumy i radości, bo to taka MOJA pasja. To ja stworzyłam zaczątek naszej kolekcji. Ja rok temu kupiłam mu pierwsze puzzle (tylko o miesiąc wyprzedzając Babcię P., która wzbogaciła zbiór Tymona o układankę z samolotami). Może się wtedy trochę pospieszyłam, ale to zakiełkowało...

Także ten...


Wreszcie z czystym sumieniem mogę zostać stałym klientem wszelkich puzzlowych zagłębi :)



poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ty już lepiej nic nie mów vol.2



Padł nam komputer. Jeden z dwóch, więc tragedii nie ma, ale z pewnymi niedogodnościami się ta sytuacja wiąże. Najpowszechniejszą jest zimna wojna pomiędzy poszczególnymi domownikami. Dzieci chcą bajki, ja chcę blogi, P. vlogi. Wygrywa najsilniejszy. Albo najszybszy.

Oczywiście z biegiem czasu (dwa-trzy tygodnie) wypracowaliśmy pewien system i problem przestaje być palący. Chwiejna równowaga.

Ale.

Postanowiliśmy wymienić płytę główną. Tym sposobem przez pół niedzieli cała rodzina patrzyła P. na ręce i zastanawiała się, jak długo można czyścić wiatraczki i instalować od nowa system. Mąż mój nic sobie (pozornie) nie robił z naszych wykrzywionych irytacją twarzy i czyścił. Ssawką szczelinową od odkurzacza.

- A teraz wycyścisz mu atupechy* - pytał od czasu do czasu, a gdy wsparcie werbalne przestało mu wystarczać, dzielnie pomagał w sposób bardziej praktyczny (wydzierał ojcu narzędzie pracy). 
Ostatecznie P. skończyła się cierpliwość i kazał mu iść do matki, nie omieszkał się poskarżyć:

- Mamo! - zawołał dramatycznie - Tata skrzywdził mnie szczotką do zębów komputera!



* atupechy - bebechy


Ty już lepiej nic nie mów vol.1





piątek, 9 stycznia 2015

Jak technologia z elektroniką przerosły informatyka


W okolicach Świąt Bożego Narodzenia Szwagier wraz z Mężem postanowili się nawzajem obdarować. Prezent zasadniczo był ten sam kości do EarthDawna - egzemplarze różniły się jedynie kolorami, a Panowie wysłali je sobie bezpośrednio ze sklepu internetowego.

Paczki zazwyczaj dochodzą do nas pocztą lub kurierem, ale P. i Szwagier przedyskutowali temat i postanowili skorzystać z Paczkomatów. Wychodziło ponoć taniej, a na pewno bliżej.

P. paczkę odebrał, obejrzał i rzucił w kąt, bo i tak nie ma ekipy do grania.
Ja ledwo ten fakt odnotowałam.

I tak, by pewnie zostało, gdyby nie to, że przechodziliśmy wspólnie obok paczkomatu. P. parsknął śmiechem. Ja wyraziłam zainteresowanie przyczyną i usłyszałam taką o to historię:


Podchodzę do ekranu i słyszę głośne:

- Podaj swój numer telefonu.

Podaję, a paczkomat na to: 

- Przyłóż kod do oka i zeskanuj. 

Rozglądam się. Nie ma żadnego oka... Ale widzę światełko, więc przykładam. Nie. to nie tu, Paczkomat nie reaguje. Stwierdził za to, ze coś się grzebię, więc drze się na całą ulicę:

-Wykryliśmy, że nadal nie zeskanowałeś kodu. Przyłóż kod do oka i zeskanuj.

Przechodnie patrzą na mnie jak na idiotę, ja nerwowo szukam innego miejsca żeby przytknąć kod. Znowu nie trafiam, a Paczkomat swoje:

- Wykryliśmy, że jesteś idiotą i nie umiesz znaleźć oka. Zeskanuj kod.

Kombinuję, kombinuję. stoję tam już z pięć minut. W końcu anulowałem całą operację, wpisałem jeszcze raz numer telefonu, i kiedy paczkomat próbował mnie namówić na skanowanie, wybrałem opcję ręcznego wklepywania numeru. Odbieram paczkę a ten wrzeszczy:

- Gratulacje. Udało Ci się odebrać paczkę w mniej, niż 12 sekund.



***

Myślałby kto... Informatyk ;)

czwartek, 8 stycznia 2015

Jak Strzyga sama sobie pod górkę zrobiła


Jeden z pięciu winnych całego zamieszania - Floki

Tymon od listopada (albo i października, straciłam już rachubę) choruje. Kaszle, kicha, parska. Czasami są zmiany osłuchowe, innym razem takowych brak. Czasem dodatkowo katar lub stan podgorączkowy. Jednak najbardziej we znaki daje się uparty kaszel.

Leczymy więc, dzień lub dwa mamy spokój po czym wracamy do przychodni.

Pani Doktor, zaszokowana zapewne całkowitym brakiem odporności mojego dziecka, zaczęła w końcu wypytywać mnie pod kątem alergenów. O wietrzenie mieszkania, zwierzęta, zmiany w diecie... Następnie zaleciła wystawić szczury do drugiego pokoju. Minimum na noc, najlepiej na stałe, żeby Tymon miał z nimi mniejszą styczność.

***

- Ale gdzie Ty chcesz tę klatkę postawić? - zapytał mój mąż i od razu zbił moją odpowiedź. - Przy oknie zmarzną i się przeziębią. Trzeba szafę przestawić.

Spoko, przecież kocham przemeblowania. Jedna szafa, wielkie mi mecyje.

W tym momencie wyjaśnię - mamy w mieszkaniu 30-letni segment. Skręcany. Ciężki jak diabli. Wypaczony przez czas i krzywą podłogę.

Nie ma bata, żeby przestawić "jedną szafę".

Ja tego nie wiedziałam. On mi nie powiedział.

***

21:30


Szafa ściągnięta. Było ciężko, niebezpiecznie i jedyne co mnie pociesza, to, że zaraz ją przestawimy, a ten koszmar się skończy.

P: Dobra, teraz wyciągaj wszystko z tych szafek.

***

23:15

Pokój pozastawiany różnymi elementami segmentu i zawalony jego zawartością. Pomiędzy radośnie gania Agnieszka, która w nosie ma sen i BHP. Próbujemy skręcić regał z szafą. dziury na śruby się nie schodzą. A jak się schodzą, to całość jest krzywa, jak nogi starego kowboja.

P: Trzeba to wszystko rozkręcić i poustawiać jeszcze raz.
S: Ja się zaraz poryczę.
P: Ja ci zaraz dam: "poryczę". Zachciało się babie szczury przestawiać, a teraz będzie ryczeć.

***

00:25

Segment skręcony. Dzieci ryczą bo są zmęczone, ale nie chcą iść spać. Pokój zawalony zawartością segmentu. Skąd, do cholery, ja mam tyle rzeczy?

S: Myślisz, że mogę to wszystko zrzucić na podłogę, w jednym kącie, i iść spać?
P: ...

***

Ostatecznie ogarnęliśmy 1/4 burdelu, resztę zostawiając na dzień kolejny. Albo na dwa dni.

środa, 7 stycznia 2015

Ty już lepiej nic nie mów...


Córka moja, stworzenie konkretne i uparte, uznała, że do komunikacji wystarczą jej półsłówka. Informuje mnie więc, gdy coś jest "BLEEE", albo gdy zrobi sobie "AUAA". Ewentualnie żąda "AM". To ostatnie powtarza tak długo, dopóki nie zatka się jej dzioba jedzeniem.

Początkowo się trochę martwiłam, bo rzekomo dziewczynki szybciej zaczynają mówić. Później stwierdziłam, że mam czas i nie spieszy mi się do prowadzenia dysput z kolejnym młodym obywatelem. Teraz wchodzę na kolejny poziom: modlę się w duchu, by gadać zaczęła jak najpóźniej...

Dlaczego?


Scenka I

Tymon stał się ostatnimi czasy nadwrażliwy. W związku z tym, gdy przytrzymujesz go za rękę, by nie upadł, on ustawia się w roli ofiary i cały świat informuje o swoim cierpieniu.

Wchodzimy do przychodni. Tymon wywalił się przed drzwiami. Podniosłam go, pytam czy jest cały. Jesteśmy na wysokości rejestracji. W gabineciku siedzą dwie pielęgniarki i znudzone obserwują wchodzących.

T (z wyrzutem): Boli mi dupa. Zlobiłaś mi krzywdę... Jestem telaz baldzo smutny


Scenka II

Gabinet lekarski. Tymon podekscytowany badaniem, Pani doktor próbuje wysłuchać, co z jego oskrzelami.

D: Tymonku, teraz ładnie oddychaj, a ja sprawdzę plecki.
T: TAK... PANI DOKTOL SPLAWDZI PLECKI... TYMONEK ODDYCHA.
S: Tymoku, cichutko. Oddychaj. Nie mów przez chwilę, bo Pani Doktor nic nie słyszy.
T: TAK, PANI DOKTOL SŁYSZY. PANI DOKTOL MA SŁUCHAWKI I SPLAWDZI TYMONKOWI PLECKI. I BRZUSZEK.
S: Ciii... Tylko oddychaj
T: SSSS... FFFF... PANI DOKTOL SŁUCHA!!!


Scenka III

Za dwie godziny idziemy do chirurga - jest to lekarz, który jeszcze nas nie zna. Tymon biega po mieszkaniu i woła:

- Chodź się wybzzzzzzyyyyyyyykać.

Patologia: level hard.
Foch na męża: Mode ON


***

Chyba mu przeszło.
Trzymajcie kciuki, żeby się dziecku nie przypomniało w gabinecie ;)

wtorek, 6 stycznia 2015

Mój mąż burak pt. 2



Były święta. Zbliżał się moment rozpoczęcia wigilijnej wieczerzy. Pośród ogólnej krzątaniny ("Tymonku, nie wchodź tam... Agusiu, zejdź ze schodów. Czy mogłabyś rozłożyć sztućce?") dobiegł mnie głos P.

- Zobacz, jak schudłem.

Podeszłam więc do wagi, spojrzałam w dół i na moment mnie zatkało.

75 kilo.

Waga idealna, wymarzona, taka, o której się wie, że nie nadejdzie (bo jak, skoro się je w nocy, pije litry coli i zagryza chipsami, a szczytem zdrowego żywienia są tosty w których oprócz sera i salami czerwieni się pomidor).

Wyściskałam więc P., pochwaliłam, wycałowałam. Ogólnie, na trzy minuty stałam się uosobieniem dumy i zachwytu. Moje skakanie wokół męża przerwało zaproszenie do stołu.

Zjedliśmy wigilijną kolację, Mama wyraziła ubolewanie, że za mało zniknęło ze stołu, ja w sposób mało zawoalowany domagałam się pochwał za rybę po grecku, którą co prawda przygotowałam, ale jeść absolutnie nie miałam siły. Tymonowi i Agnieszce znudziło się siedzenie przy stole, więc zaczęli uciekać na schody.

Żeby ich zatrzymać zarządzono rozpakowywanie prezentów.

Nastąpiły kolejno: radość, przymierzanie (dorośli)/zabawa (dzieci) i komplementy.

Gdy wszystko ucichło, mój mąż z dziwnym uśmiechem wszedł na wagę po raz drugi i przywołał mnie spojrzeniem.

82.

- Ale jak to? - wykrztusiłam zbulwersowana, z furią rodzącą się gdzieś w środku, bo zwijał się już ze śmiechu.

- Tak. - odpowiedział, po czym podparł się delikatnie dłonią na blacie, obok którego stała waga.


Jak Babcię kocham, za coś takiego będę mu pluć do zupy* do kwietnia**.

***

Burak buraczył również TUTAJ.


* gdybym kiedyś zupę ugotowała. Rzadko mi się zdarza.
** bo w kwietniu ma urodziny.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Gawędy końcowo- i noworoczne




Ostatnie trzy tygodnie spędziłam czytając o świątecznych planach (a potem wspomnieniach), końcoworocznych podsumowaniach i noworocznych postanowieniach. Wszystko to w czasie, gdy sama miałam problem ze znalezieniem magii świąt, podsumowania wykazywały, że jestem takim samym leniem, jak w zeszłym roku, a na myśl o postanowieniach zaczynały mi wirować gwiazdki przed oczami.

A jednak, nie uniknęłam, żadnego z tych trzech wielkich tematów.

***

Świąteczną magię dla swoich dzieci stworzyłam własnymi rękoma, tak samo, jak przede mną robiła (i robi nadal) to moja mama, przed nią babcia, a przed nimi (jak mogę podejrzewać) każda matka w mojej rodzinie i na całym świecie. Tym samym przeszłam na kolejny etap - przestałam być biorcą, korzystającym z czyjejś pracy, a zaczęłam być "dawcą" świątecznej radości moich dzieci.

Ubrałam choinkę, śpiewałam kolędy, wybrałam i zapakowałam prezenty, a na koniec przyrządziłam rybę po grecku, której nie miałam siły ani ochoty jeść.

Odkryłam tym samym nowy poziom radości. I zmęczenia. W tym ostatnim bardzo mi pomogło zapalenie oskrzeli Tymona, które zaczęło się w Wigilię i trwa uparcie po dziś dzień.

***

Kiedy już doszłam do siebie po dwudniowej żywieniowej rozpuście, otworzyła pisany rok temu post z postanowieniami i obiecałam sobie solennie, że nigdy więcej żadnych postanowień nie spiszę, bo nie ma na świecie siły, która zmusi mnie do bycia praktyczną, zorganizowaną i konsekwentną, a bez tych cech końcoworoczne podsumowania stają się okazją do samobiczowania. Umówmy się - z pejczem to ja mogę pobiegać po sypialni, a nie...

Ale, ale.

Zeszły rok to przecież nie tylko internetowy spis zadań. Przecież WSZYSTKO się zmieniło. Agnieszka zaczęła chodzić i jeść. Tymon się rozgadał i nauczył liczyć. Jako rodzina przenieśliśmy się na drugi koniec Polski, zamieszkaliśmy sami i wyszliśmy ze spirali "nie mogę, nie umiem, nie dam rady". P. na godzinę schudł do 75 kilo (o tym już niedługo w specjalnym wydaniu "Mojego męża Buca"). Ja nawet przez jakiś czas wychodziłam z domu bez dzieci (zgadnijcie, która cholera zepsuła tę sielankę). Cień uzależniła mnie od kawy, jednocześnie psując moją ekonomiczną wersję świata i ucząc, że burżujska latte z ekspresu z syropem orzechowym i wzorkiem z kakao bije na pysk biedronkowe "orzechowe" cappuccino. Ruda mnie nawiedziła. Ze trzy razy w jednym roku. Przecież to się nie zdarza odkąd skończyłyśmy liceum.

Zebrałam przez ten rok tyle siły, tyle uśmiechu, pewności siebie i wiary we własne siły, że nie ma rzeczy, którym nie dałabym rady.

Weszłam w Nowy Rok z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy.

Czego i Wam życzę.



P.S. Jako istota niekonsekwentna złamałam swoje postanowienie o niepostanowieniach i:

1. 52 książki w 2015 (w 2014 udało mi się przeczytać jedynie 30)
2. Minimum godzina szycia tygodniowo (miały być "szyciowe soboty", ale nie wierzę że przez rok nic mi nie wypadnie w soboty)
3. Mniej komputera, więcej czasu z dziećmi i ze światem.