czwartek, 28 marca 2013

Westalka wojująca

Większość zakupów już zrobiona, więc jutro pełną parą ruszają przygotowania do pierwszego NASZEGO śniadania wielkanocnego. Ci, którzy mnie znają dzielą się na dwa obozy. Jedni, z grona znajomych, dziwią się, ze agnostyczka, której noga ostatnio postała w kościele, gdy chrzciła swojego pierworodnego, teraz z wypiekami na twarzy szykuje się do święconki. Drudzy, w tym prawdopodobnie moja Mama, chwytają się nadziei i że jeszcze nie jestem dla kościoła stracona, skoro tak sie w te przygotowania zaangażowałam.

Tylko, że wcale nie chodzi  święta. Nie w rozumieniu kościoła. Owszem, jest wymiar duchowy, ale RODZINNY. Taki syndrom wicia gniazda. Potrzeba stworzenia domu i tradycji dla tej podstawowej komórki społecznej, którą tworzymy ja, P. i Tymo, a do której za 3,5 miesiąca dołączy jeszcze Młoda.

Nieważne jak bardzo to niemodne w dobie feminizmu walczącego. Ja chcę stworzyć domowe ognisko. Zbudować fundament ze zbliżających nas uroczystości. Nieważne, czy będą to święta wielkanocne, ubieranie choinki, imieniny, urodziny, czy rocznica ślubu.

I nie dam sobie tego zabrać. Nie dam się wepchnąć w cień za rodzinną starszyznę, domagającą się przywilejów. Teraz zaczyna się mój czas. To jest mój mąż, moje dzieci i to ja, nikt inny, będę opiekunką tego ogniska.

Terrorysta - Alpinista








W tym momencie wredna Strzyga postanowiła przerwać wspinaczkę.

Zaczynam się łapać na tym, ze boję się wychodzić z pokoju, żeby nie zastać go po powrocie ze skręconym karkiem...

poniedziałek, 25 marca 2013

Zwyczaje żywieniowe ludów pierwotnych oraz bilans ślubny

Zepsuło mi się dziecko.

Kiedyś, w sumie niedawno, bo ze dwa-trzy miesiące temu, sadzało się Tymona w krzesełku i on jadł. Otwierał szeroko buzię, dziamał i połykał, po czym znowu otwierał szeroko buzię. Zjedzenie pełnej miseczki obiadku (ok 300 ml) zajmowało mu wtedy maks 10 minut.

Teraz wsadzenie go w krzesełko jest traktowane jak prowokacja do podjęcia prób samobójczych - wstaje w nim, próbuje wchodzić na blat, rozbujać krzesełko, skacze... Natomiast postawiony na podłodze bawi się ze mną w chowanego. Staje za moim fotelem i kiedy odwracam się w jego stronę z łyżeczką, ucieka ze śmiechem w drugą stronę, tak, by pozostać za moimi plecami. Oczywiście co jakiś czas łaskawie podchodzi, żeby zjeść trochę, ale jednak zabawa pozostaje na pierwszym miejscu. Czas karmienia? Od godziny wzwyż.

I w sumie nawet by mi to nie przeszkadzało, gdyby nie to, ze przy obecnych zwyczajach po Tymonowym obiadku wyglądam jak miseczka po zupce.

Bo przecież matkę trzeba wycałować, utulić i wygłaskać za to, ze tak ładnie podaje jedzenie...

***

Przygotowania do ślubu; stan na 25 marca.

Gotowe:

Zaproszenia porozsyłane i nawet "dotarte".
Obrączki zamówione.
Kiecka, a konkretniej: kreacja, bo składa się z sukienki, rękawiczek i opaski, uszyta.
Biżuteria do sukienki zamówiona (w formie półproduktów, ale od czego mam zwinne paluszki ;)).
Piosenka na pierwszy taniec wybrana (przez naszego nieocenionego, najlepszego, genialnego świadka).

Pozostało:

Kupić buty (moje i P.).
Kupić garnitur.
Zamówić tort (albo zrobić).
Wybrać menu.
Bukiet jakiś?
Potwierdzić gości.

niedziela, 24 marca 2013

Kocham - nie popędzam (bo jestem leniwa ;))

Nie popędzam.

Nie sadzam Tymka na krzesełku i nie pokazuję mu na siłę obrazków.
Nie mówię pół dnia: "Powiedz 'ma-ma'..."; "Zrób pa-pa."; "Powiedz jak robi kotek?".
Nie sadzam go na nocnik - bo nie chce i ucieka z nim po całym mieszkaniu, bawiąc się przy tym w najlepsze.

Wspieram.

Asekuruję, gdy wspina się po schodach.
Pozwalam jeść samodzielnie to, na co ma ochotę, nawet jeśli później muszę wyskrobywać gotowany ryż z wykładziny.
Nie ograniczam jeśli zabawa nie stwarza zagrożenia (może się cały wymazać długopisem, może ten długopis gryźć (od strony niepiszącej - o dziwo nigdy nie próbował inaczej), jeśli swędzą go dziąsła, ale zabiorę mu go, jeśli z nim biega).
Pomagam mu utrwalać słowa - nie powtarzając jak katarynka, lecz reagując na to co on próbuje mi przekazać: pokazuje na zegar, mówiąc  "jeśśt?" -odpowiadam: "to jest zegar."

Staram się nie porównywać (choć jest ciężko, gdy młodsza koleżanka mówi ładnie i wyraźnie "mniam", a Tymo ogranicza się do "am" ;))

***

Tymoszek wszedł w fazę książeczek. Obudził się dziś rano, pokazał książeczkę na półce, wyraźnie dając do zrozumienia, ze życzy sobie, żeby mu ją podać i sruuu... Godzina opowiadania, że traktor robi brum-brum, indyk gulu-gul, a kaczka kwa-kwa. Swoją drogą to wymarzona forma aktywności dla rozespanej matki ;)

Tymo trzy dni temu skończył 14 miesięcy.

środa, 20 marca 2013

Czas nie leczy ran


Wróciłam właśnie ze szkoły - to była jeszcze podstawówka. Mama była w pracy, dom pusty. Weszła babcia S. Uśmiechnęła się jakoś dziwnie. "Dziadek B. nie żyje" - powiedziała, jakby rozlała się kawa. Myślałam, ze żartuje. Że to jakiś durny wygłup. Miałam ochotę ją uderzyć. To nie ona powinna mi to mówić. Dlaczego to ona, skoro nawet nie jest z nim spokrewniona. A potem bardzo, bardzo chciałam płakać... Ale nie umiałam. Coś gryzło w gardle, zatrzymało się wielką gulą. A łzy nie płynęły.

Pamiętam pustą noc, różaniec w rękach, potem zamykanie trumny, Salve Regina na cmentarzu. Każda łza, która wtedy spadła była wymuszona, choć kochałam cie Dziadku z całego serca i jeszcze długo czułam pustkę i złość nie widząc Cię w Twoim fotelu, z czarną lufką na którą nabity był papieros. Potem sama paliłam tak papierosy. Później, gdy dorosłam. Tylko moja lufka była przezroczysta.

I pamiętam wcześniej - zakład stolarski w piwnicach mojej szkoły. To jak, biegałam tam na przerwach. Twój zapach - papierosów i pracy.. drewna... Pamiętam karmik dla ptaków, szpital, w Wejherowie, gdzie prawie nigdy nie mogliśmy Cię zobaczyć, bo dzieci nie wpuszczali... Ale czasem, kiedy miałeś troszkę więcej siły wychodziłeś do nas.

I stale się czuję winna, że wtedy nie płakałam. Choć teraz łzy cisną się pod powieki.

Za wcześnie Ciebie zabrakło. Zabrał Cię ostatni dzień zimy. I choć byłam tylko dzieckiem, choć minęło tyle lat, ja wciąż potrafię przywołać Twoją pooraną bruzdami twarz i sztywne siwe włosy.

czwartek, 14 marca 2013

Srebrna mowa

Mama do góry nogami napisała dziś tekst, który przypomniał mi o zdarzeniach i uczuciach, które przez ostatnie czternaście miesięcy spychałam głęboko w podświadomość. Ten ich nagły coming out z kolei zainspirował poniższą notkę.

Przepraszam za jej emocjonalność, ale inaczej się po prostu nie da...

***

Od momentu, w którym informujesz otoczenie, że spodziewasz się dziecka zaczyna się na Ciebie swego rodzaju "nagonka dobrych rad". Słyszysz często makabryczne opowieści babć, ciotek i starszych koleżanek o tym, jak wygląda poród. Że pękasz, rozpadasz się na kawałki (nie tak jak w sypialni u Greya), a potem długo nie możesz dojść do siebie, że usiąść to katorga, a dziecko zamieni Ci sutki w krwawą miazgę, dostaniesz zapalenia piersi, i połączą Ci dren, żeby odciągać ropę... Uruchamia się wokół Ciebie groteskowa machina "współczucia" i nikogo nie obchodzi, ze może chcesz w spokoju przeżyć ciążę i urodzić swoje dziecko nieobarczona traumą cudzych historii.

Jeśli jesteś słabsza psychicznie zaczynasz się bać i słuchając tych wszystkich opowieści modlisz się, żeby w choć jednej pojawiło się coś pozytywnego, jakiś jasny punkcik, którego można będzie się złapać. Jeśli jesteś  taka jak byłam ja, spływa to po Tobie jak po kaczce i na wszystkie rewelacje odpowiadasz chłodno: "ale przeżyłaś i nawet urodziłaś jeszcze jedno/dwójkę/dziesiątkę dzieci", a w duchu modlisz się o jakieś źródło rzetelnej wiedzy.

Tu z pomocą przychodzi szkoła rodzenia. Zajęcia prowadzi położna z wieloletnim stażem, uśmiechnięta, spokojna, mówiąca o Tobie i Twoim dziecku z ciepłem w głosie i słuchająca z uwagą tego, co chcesz jej powiedzieć lub o co zapytać. Nagle okazuje się, ze poród to nie jest rzeźnia, którą opisywały Ci kobiety z Twojego otoczenia, że owszem, jest ból, bo "nie da się bez bólu przepchnąć piłki do kosza przez dziurkę od klucza", ale że to wszystko drobnostka, bo rodzisz swoje dziecko i to jest piękne, to jest cud i Ty tego cudu doświadczysz. Słyszysz, ze każda kobieta ma siłę potrzebną by wydać na świat nowego człowieka i nie ma się czego bać. A nawet nie wolno, bo poród rozgrywa się, jak wszystko u kobiety, również na płaszczyźnie psychicznej i złe nastawienie może go skomplikować.

Z zajęć wychodzisz uskrzydlona z radosnym: "a nie mówiłam" na ustach.

***

Czego zabrakło zarówno w opowieściach znajomych, jak i w wizji roztoczonej przez położną?

Złotego środka.

Poród, mój poród, nie był cudem, choć obiektywnie nie był też rzeźnią.

Kobiety, które opowiadały mi o swoich przeżyciach mogły mieć mniej szczęścia niż ja lub mogły zapomnieć o tym, że gdy w końcu trzymasz tego malucha w ramionach to cały ból mija. Naprawdę, dosłownie. Ja dwie godziny po porodzie sama wzięłam prysznic, biegałam z małym na rękach po oddziale. Nie nacinano mnie i nie popękałam (tak! da się przy pierwszym porodzie!), więc mogłam normalnie siedzieć. Byłam szczęśliwa, bo wszystko dobrze się skończyło i cały ból kilku wcześniejszych godzin odszedł.

Położna za dużo czasu poświęciła na budowanie w nas pozytywnego obrazu porodu, a za mało na rozmowę o ewentualnych komplikacjach okołoporodowych. Efekt był taki, że pierwszymi słowami, które wypowiedziałam, gdy Tymo się urodził były: "Przepraszam Cię, Synku... P., ja go prawie zabiłam, mogłam go zabić...".

Tylko, że to nie byłam ja. To była podwójnie owinięta pępowina, która po każdym moim parciu ciągnęła go do góry i dusiła, i którą ostatecznie położna odbierająca poród zdołała odkręcić. Ale ja o tym nie wiedziałam. Nie wtedy. Wtedy był strach, poczucie winy i myśl, ze nie jestem pełnowartościową matką i kobietą skoro moje dziecko prawie udusiło się podczas porodu. Te uczucia towarzyszyły mi długie miesiące...

Dlatego proszę i apeluję:

Do tych z nas, które mają kontakt z przyszłymi mamami - nie zapominajcie o wsparciu. nie straszcie, powiedzcie, co zapamiętałyście pozytywnie.

Do położnych - nie budujcie w ciężarnej nadmiernej pewności siebie. Ona przychodzi do Was szukając rzetelnych informacji, Wasze słowa są dla niej wyrocznią... i jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli nie sprosta obrazowi, który nakreśliłyście, skończy się to dla niej traumą. Nie wmawiajcie, ze każda kobieta potrafi urodzić dziecko. To nieprawda. Zawsze może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, jest tyle możliwych komplikacji... A niewiele jest dla kobiety gorszych rzeczy niż niechciane cesarskie cięcie - nie dość, że otoczenie patrzy na nią z cichym wyrzutem lub wprost mówi "co z Ciebie za matka, skoro nie umiałaś urodzić", to jeszcze w podświadomości siedzą słowa położnej (czyli fachowca), która na szkole rodzenia mówiła "każda kobieta potrafi".



wtorek, 12 marca 2013

Takie tamy

Zostały równo 24 dni. A my...

... nadal nie mamy obrączek.
... nie rozesłaliśmy zawiadomień i zaproszeń (ja swoją część gości powiadomiłam telefonicznie i przez internet. P. jakoś nie znalazł czasu)
... nie mamy butów, sukienki, garnituru (ale ja mam chociaż materiał i umówione szycie u Mamy)
... nadal nie wiemy co z tortem.

Załatwiliśmy za to salę (za tydzień trzeba wpłacić zaliczkę).

Ehh... Cóż za teeeempoooooo...

***

Tymo łamie wszelkie ustalone ostatnio rytuały.
To po mamusi.
Jestem z niego dumna ;)

***

Mamy dwa nowe "słowa":

"Me" - z pokazywaniem na owcę wyhaftowaną na chustce maskotki
"Le" lub "Wef" - z pokazywaniem na lwa naklejonego na ścianie (tu mówimy raczej o próbach wypowiedzenia niż rzeczywistym mówieniu ;))

poniedziałek, 11 marca 2013

Świat w ramce

Trochę się boję pisać tego posta, bo po ostatnim chwaleniu Tymon rozsmarował mnie po ścianie, ale kto nie zapisuje - zapomina ;)

Mamy rytm.

Po okresie zasypiania o trzecie nad ranem, po pobudkach  drzemkach w najdziwniejszych porach, w końcu odnajdujemy normalność. Tymo przed 22 śpi, budzi się tylko raz i zwykle zasypia po przytuleniu, a ja mogę rócić do łózka i spać jak człowiek (choć nie zawsze). Znowu mam czas dla siebie, mogę się wykąpać, posiedzieć w ciszy, poczytać książkę, obejrzeć film, posutaszować... Oczywiście nie robię tego wszystkiego (poza kąpielą), bo mój organizm uparł się, że najpierw trzeba odespać gorsze czasy ;) Ale powoli wracam do normy, więc już niedługo.

A teraz spowiedź, dla tych które wciąż szukają sposobu: "JAK?!"

Normalnie ;)

Wystarczy ustalić plan dnia i się go trzymać. Stałe godziny posiłków, spacerów, kąpiel o tej samej porze, małe, powtarzalne punkty w ciągu doby.

Brzmi banalnie, ale dla mnie było rewolucją. Nigdy nie jadłam o określonych porach, nie trzymałam się żadnych rytuałów, poza kąpielą przed snem (ale o której ten sen? każdego dnia inaczej). Śniadanie czasem było o ósmej, czasem o trzynastej, obiady na kolację, jeśli w ogóle.

I wydawało mi się, spryciuli, że Tymon też tak może. Jadł na żądanie, spał, kiedy padł ze zmęczenia, spacery były o takiej porze jak się wyrobiłam. I niby było ładnie - dopóki nie zamieniłam piersi na butelkę z nutramigenem. Wtedy nagle drzemkę popołudniową ustawił sobie na 18, a sen nocny na 3. I nie było na niego siły, a ja miałam coraz bardziej podkrążone oczy i wymiętą twarz.

Na nogi postawiła nas moja mama, kiedy pojechaliśmy do niej na święta. Objechała mnie od góry do dołu, strzeliła wykładem o stałych porach posiłków i snu, a na koniec zaczęła mnie pilnować. Warczała, że obiadek o 17, a nie o 14, że za długo się wylegujemy w łóżku, że do zbyt późna bawię się z Tymkiem, że powinnam go wyciszyć i wtedy zaśnie...Klęłam pod nosem, ale o dziwo po dwóch dniach Tymo zasnął o 21:30, a mi zaświtała w głowie myśl, ze może jednak coś w tym jest*

Oczywiście po powrocie do domu wróciły stare przyzwyczajenia. Minęło kolejne półtora miesiąca zanim kopnęłam się w tyłek i z mozołem zaczęłam porządkować naszą dobę.

Teraz Tymon je co trzy godziny** (co wcześniej uważałam za durnotę i bezsens), spacer ma zawsze około 11:30-12, a kąpiel ok 21:21:30, tuż przed snem. I jesli tylko trzymam się tego schematu (a czasem jeszcze zapominam i coś poprzekręcam), to mam spokojne wieczory***.

I o to właśnie chodziło ;)





* jeśli chodzi o moje dziecko. Zapewne sa też takie które nie lubią schematów i nie potrafią w nich funkcjonować (jak ja ;))
** ale obiadek dalej ma o 17-tej. O 14-tej jest mleko.
*** w dzień nie ma spokoju, w dzień jest ostra jazda bez trzymanki i pasów bezpieczeństwa. Tak jak była zanim zaczęłam pilnować rytuałów. Różnica jest taka, ze teraz wiem, kiedy wyłączą rollercoaster.

niedziela, 10 marca 2013

Wymagania małego Terrorysty

Coś mu się dzisiaj nie podobało i, pomijając urocze powitanie o poranku, cały dzień piszczał... Nie podobało się nic.

Na ręce? Tak! Nie! Już mnie odstaw! I weź jeszcze raz!
Zabawki? Nie!
Tulić? Tak! To znaczy: Nie!
Jeść? Tak, ale i tak będę piszczał!
Bawić? Tak! Będę Ci wyrywał włosy i skakał po głowie, a Ty masz się głośno śmiać! Albo będę piszczał!

Chwilę spokoju miałam, kiedy zapadł w popołudniową drzemkę i kiedy zrejterowałam do sklepu.*
W życiu tak długo nie łaziłam pomiędzy półkami ;) A ostatni tak powolny powrót do domu zaliczyłam w liceum, po ucieczce z domu, a przed burzliwą dyskusją z rodzicami o powodach owej.


A teraz śpi i tak spokojnie, miarowo oddycha, a ze mnie spłynęła frustracja i pływam w bezwarunkowej miłości.

Bo przecież nasze dzieci najbardziej kochamy gdy śpią i gdy bawią się same, nie wisząc na nas ;)



* Miał też około godziny dobrego humoru pod wieczór. Zabawa polegała na tym, że biegał za moim fotelem i musiałam się odwracać raz z jednej, raz z drugiej strony, żeby go znaleźć, a On wtedy radośnie pokrzykiwał i zanosił się od śmiechu. Po 15 minutach modliłam się już tylko o utratę słuchu ;)

sobota, 9 marca 2013

Lubię

Lubię być mamą.

Zresztą nic dziwnego - zostałam nią świadomie, bo tego właśnie pragnęłam, bo to był ten czas, ten mężczyzna i ta ja. Najlepsza na matkę wersja Strzygi. Taka, która zdążyła już poszaleć, zwiedzić trochę Polski autostopem, wypić morze alkoholu, przeimprezować rok czy dwa,  walnąć na nodze tatuaż i wygolić pół głowy. Taka, która się wybawiła i stanęła przed lustrem mówiąc z pełną odpowiedzialnością:

"Jestem gotowa, by zostać matką. Niczego innego nie chcę."

I nie żałuję.

Owszem, bywam zmęczona. Miewam dość wstawania w nocy, układania zabawek, które po przebudzeniu Tymoszka znowu rozlecą się po całym mieszkaniu. Bywam poirytowana, nie dość cierpliwa i spokojna. Żyję w strachu i stresie. Mam cienie pod oczami i nie zawsze ogolone nogi. I rzadko bywam wyspana.

Ale nigdy nie byłam szczęśliwsza.
Nigdy wcześniej nie było we mnie tak głębokiego poczucia sensu i tak prawdziwej miłości.

Dziękuję...

wtorek, 5 marca 2013

Leniwa baba

Podszyć trzy pary dżinsów, które leżą już od tygodnia i się strzępią
Wykończyć obrusik Babci.
Zrobić broszkę, dwa wisiorki i bransoletkę, na które mam zamówienia
Ubierać cieplej Tymona, bo wiosenna pogoda jest zdradliwa (najlepiej w kaftan bezpieczeństwa a na to barani kożuch).
Posprzątać kibel.
I łazienkę.
Wstawać wcześniej, bo Tymon się rano nudzi, a jak się nudzi to demoluje mieszkanie.
Posprzątać to, co zdemolował dzisiaj...

Jest bardzo dużo rzeczy, które powinnam.

Zamiast tego, na przemian śpię, popłakuję i mam głupawkę.

Ciąża, moi drodzy, to nie przelewki.

***

Tak poważnie, to posprzątałam kuchnię, i to co Tymon zdemolował (w większości), a teraz walczę z broszką... Na resztę nie starcza mi doby, jak odejmę czas na czynności opisane kawałek wyżej.