piątek, 3 stycznia 2014

Tasielek

Nacieszyłam się zdrowym Tymonem całe trzy dni.

Wczoraj po południu zakaszlał po raz pierwszy, oznajmił "Tasielek" i pobiegł strząsać igły z choinki (6 stycznia, przyjdź, to będę miała pretekst, żeby ją wyrzucić). Zrobiłam sie czujna, ale postanowiłam nie histeryzować. Może się zakrztusił po prostu.

Taaa.

O północy zaczął kaszleć na dobre. Kiedy nie kaszlał, zastanawiałam się, czy oddycha. Z nerwów rozbolał mnie brzuch, ale trzymałam się postanowienia o niepoddawaniu się histerii i leżałam w swoim łóżku.
O trzeciej nie wytrzymałam - poleciałam do niego i, do czwartej, trzymałam przegub jego dłoni, pilnując, czy tętno nie spada.
O czwartej Agnieszka przebudziła się na karmienie, a ja odpłynęłam, czekając aż się naje.

Rano Tymon przestał kaszleć, ale dla pewności umówiłam go do pediatry. Dostał leki, a ja instrukcję, że gdyby się jednak pogorszyło, mam włączyć znowu inhalacje.
Wiem co robić, jestem spokojna.

A Tymon zachowuje się, jakby ostatniej nocy nie było.
Cwaniak.
Wykończy mnie kiedyś.

6 komentarzy:

  1. Oj Tymek, Tymek... mam nadzieję, że tylko Cię tak straszył i wszystko będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko jedyna... Nie zazdroszczę, domyślam się co czujesz słysząc teraz Tymonowy kaszel. No nic, trzymajcie się!

    OdpowiedzUsuń
  3. współczuję oby nie zrobiło się choróbsko.

    OdpowiedzUsuń
  4. trzymam kciuki żeby to był tylko mały incydent

    OdpowiedzUsuń
  5. Po naszych żłobkowych perypetiach, dla mnie każdy katar Lu. trzęsie.
    Całe szczęście . . . =*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. Swoją drogą, może zdradzisz mi sekret jak w tym wszystkim znajdujesz czas na regularne pisanie (?) Cholernie Tobie tego zazdroszczę.

      Usuń