Kwiecień nie sprzyja blogowaniu.
Po pierwsze: jest w miarę ciepło (8-15 stopni), a dzieci zdrowe, więc nie można ich zbywać, gdy stoją pod drzwiami i wołają: "Ma ziabab, mamo? Ma piachu?". Zresztą ciężko odmówić sobie chwili ciszy - Tymon potrafi GODZINĘ wrzucać łopatką piasek do wiaderka. Gdyby jeszcze Agnieszki nie trzeba było pilnować non stop (zjada piasek, gdy się odwrócisz), to brałabym książkę i siedziała tam cały dzień ;)
On sam sobie tę czapkę założył - nawet po domu w niej chodzi...
Po drugie: Babcia znalazła sposób na Tymona. Cwaniak zauważył, ze każda wizyta u niej oznacza stół pełen ciastek i jak tylko przejdzie mu syndrom zasłodzenia... "Idziemy ma babci, mamo?"
Po trzecie: kwiecień jest miesiącem uroczystości rodzinnych (urodziny moje, P., Babci, mojego brata, rocznica ślubu, urodziny córeczki P. jego imieniny, imieniny Tymona i Agnieszki). Dzięki temu mam usprawiedliwienie dla łakomstwa ;)
Mój tort (pomarańczowy)
Tort dla P.
"Ciasto daj, a nie łyżeczkę!"
Jakby tego było mało, kiedy już ze wszystkim się uporamy, obświętujemy, wybiegamy itp. przychodzi czas na planszówki. Tymon póki co tylko obserwuje i karmi Agnieszkę pionkami, ale podejrzewam, że niedługo dołączy do nas jako pełnoprawny gracz ;)
Chyba nikogo nie dziwi, że - przy tak intensywnym trybie życia - Tymon czasami kompletnie odleci?