czwartek, 16 stycznia 2014

Paćmistrz Ciumciełko

Pamięci beżowych bojówek.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze miałam wielki brzuch i nikłe pojecie o tym co mnie czeka, jak już urodzę odbyłam konwersację o zaniedbaniu matek. Że taka matka, to czasem jak nieboskie stworzenie wygląda. Włosy w nieładzie, ciuchy wymięte, na plecach plama z jogurtu, a na twarzy resztki dżemu truskawkowego.

"Jak tak można?" - pytałam ja, moja rozmówczyni oraz dziennikarka z telewizji śniadaniowej. Chociaż ta ostatnia akurat w innym temacie. Dziwiłam się niezmiernie, bo przecież lekki makijaż nie zajmuje godziny, a czysta bluzka i spodnie to normalne rzeczy codziennie rano wyciągane z szafy. Dodatkowo ta chwila poświęcona podkreśleniu kobiecości poprawia humor, więc, naprawdę: JAK TAK MOŻNA?

Dziś, jako matka dwojga dzieci, zadaje zupełnie inne pytania.

Ale od początku.

Urodziłam z wielkim wrzaskiem Tymona, przystawiłam do piersi, a on załapał niemal natychmiast. Śliczny obrazek. Zdjęcia nadawałyby się na rozkładówkę czasopisma dla młodych matek. Gdyby nie plama z mleka na koszuli nocnej - wkładka laktacyjna przeciekła. Pierwszy, ale na pewno nie ostatni raz.

Przez pierwszy miesiąc zdarzało się to notorycznie. Na wkładki wydawałam więcej niż na pieluchy. Mleka miałam dużo i, w innych czasach, mogłabym dorabiać jako mamka. Jeśli jednak komuś się wydaje, że po miesiącu było już łatwiej, to grubo się myli.

Kiedy ustabilizowała się laktacja, Tymon zaczął się interesować wszystkim dookoła i często zdarzało się, ze nagle, w samym środku karmienia odwracał się, żeby sprawdzić, czy w mieszkaniu coś się zmieniło. A ja, stworzenie kompletnie nieprzystosowane, za każdym razem zapominałam, żeby położyć sobie w zasięgu ręki pieluchę tetrową.

Później było już tylko ciekawiej. Marchewki, jabłuszka, jogurty, buraczki. Wszystko to dziwnym trafem lądowało na mnie. Ja uparcie się przebierałam, wywalałam kolejne niedające się doprać ciuchy na śmietnik i klęłam pod nosem, wyczekując momentu, gdy moje dziecko przestanie jeść jak prosię.

Nie przestało.

Za pięć dni skończy dwa lata, a dziś zmusiło mnie do dwukrotnej zmiany ubioru oraz do dodatkowego mycia głowy. Z kolei Agnieszka jest na etapie odwracania się w środku karmienia (tym razem raczej pamiętam o tetrze).

I tak sobie myślę...

Czy te mamy, których blogi kuszą genialnymi zdjęciami czystych, ślicznie ubranych dzieci, też miewają jaglankę we włosach i cały dżem z kanapki na ukochanych spodniach? Czy też im czasami tusz do rzęs ze złości spływa, kiedy ukochane spodnie nadają się już tylko do mycia okien? Czy nie mają czasami ochoty chodzić po domu wiecznie w t-shircie i legginsach, bo w pamięci mają jagody, które się nie sprały i plamę z oleju?

I najważniejsze: czy ten festiwal upaćkania się kiedyś wreszcie skończy?





7 komentarzy:

  1. haha ,mnie też zdarza się chadzać po domu w brudnej bluzce ,czy plamie na spodniach .przy Kubie to nieuniknione i nie widzę w tym niczego złego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szyjesz, że nie śpisz? :)))

      Ja sobie ustaliłam proste zasady: nie wychodzić z domu w plamach. Ogarniać się zanim P. do domu wróci. Bo nie lubię mu się w plamach pokazywać.

      W domu czasem sobie odpuszczam. Jak Tymon ma wyjątkowo brudny dzień. Bo sa też takie, gdy muszę się przebrać tylko raz ;)

      Usuń
  2. A wiesz co, ja przed dziećmi w ogóle takich pytań nie zadawałam :) Dzieci to była dla mnie TOTALNA abstrakcja. Ulewają? Naprawdę?! Brudzą się marchewką? Nie to nie możliwe! I o dziwo, przy Elizie całkiem nieźle się trzymałam jeśli chodzi o strój, plamy, ba! Nawet włosy miewałam ułożone. Natomiast przy Lilce, która była zupełnie innym dzieckiem, nie raz, nie dwa, witałam Marcina w piżamie, a godzinie 16...
    A wczoraj u fryzjera, zobaczyłam, że mam plamę od zupki na spodniach, którą Lila musiała mi zrobić jak wychodziłam :) Bosko!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pytasz o nienaganne zdjęcia? Ja mam swoich blogowych faworytów w tej dziedzinie :) I już tak się przyzwyczaiłam, że gdyby dali teraz zdjęcie "powszednie" to chyba bym padła ze zdziwienia :) Chociaż nie wiem, może takie dzieci się nie brudzą?! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. U nas jak na razie plami się tylko synu, ja (chyba, żę sobie pawika puści na mnie) pozostaję nietknięta. Ciekawa jestem kiedy przestanę być taka czysta i ułożona (włosowo)...

    OdpowiedzUsuń
  6. mnie nic już nie zdziwi a kiedyś jak wyszłam z domu nieuczesana i założyłam czapkę to brat W. do mnie a Ty się dziś w ogóle czesałaś myślałam ze padnę:D

    OdpowiedzUsuń