sobota, 1 lutego 2014

Mój mąż burak

Zacznijmy od tego, że małżonek mój ma naturę dwoistą. Objawia się ona zarówno w jego podejściu do ojcostwa, kumpli, jak i do naszego małżeństwa i związków ogólnie.

I tak, zdarzają mu się zrywy romantyczne, kwiaty przynoszone bez okazji (ostatni raz 20 wrześnie 2012 roku, ale jednak). Ewentualnie czekoladki w ilościach nieprzyzwoitych (jakieś dwa tygodnie temu). Jest nieocenionym wsparciem i jeśli wymyślę, sobie że chcę latać, to poszuka dla mnie odżywki na porost skrzydeł.

Jednocześnie bywa typowym słoniem w składzie porcelany, łatwo się irytuje, a za niektóre teksty mam ochotę wystrzelić go w kosmos albo się rozpłakać  (w linku tekst Matki Tylko Jednej, który był jednym z powodów powstania tego posta). W chwili gdy je wypowiada - później zazwyczaj zwijam się z nich ze śmiechu.

Tyle (przydługiego) wstępu. Teraz przejdźmy do meritum.

Tymon z zapaleniem płuc, trzeba mu leki wykupić. Jako, ze P. cały dzień był w pracy, a receptę mam ja, do apteki możemy się wybrać dopiero około osiemnastej.

Napisałam: "możemy"?

Moje niedopatrzenie. Ja mogę, bo on jest zmęczony, a na zewnątrz jest zimno. Niefajnie, bo nie pomyślał o tym, że zmarznę, ale jestem tak wyczerpana psychicznie, po całym dniu z chorym Tymonem, że wyszłabym nawet na Syberię, byle chwile pooddychać powietrzem nieprzesiąkniętym rozżalonym "Mamoooo!". Poza tym, bądźmy uczciwi. JEST zmęczony. Ma prawo.

Lecę więc na skrzydłach mrozu i radości, że wokół cisza. Wbiegam do apteki, a tu... BAM... nie ma potrzebnego mi antybiotyku. Zamówić można dopiero rano, więc dowiozą najwcześniej po południu. Co robić? Zapalenie płuc raczej nie będzie biernie czekać.

Zasuwam do następnej apteki (15 minut w jedną stronę plus czas oczekiwania w kolejce), kupuję co potrzebne i kurcgalopkiem wracam do domu zahaczając o sklep, bo w lodówce zostały jedynie światło i przeciąg.

Do mieszkania wlatuje zgrzana (a na zewnątrz -6) i zdyszana. Co mnie wita?
Nie. Nie na wpół zmartwione (co się stało, że tak długo Cię nie było), na wpół radosne (nic Ci nie jest, dotarłaś bezpiecznie): "Kochanie wreszcie wróciłaś."

Wita mnie srogie spojrzenie spode łba i obrażone warknięcie "Godzinę się szlajałaś."

A żeby było zabawniej pół godziny później dochodzi ŻĄDANIE bym poszła drugi raz do sklepu, bo jaśnie pan chce płatki z mlekiem.

Czy istnieje sytuacja lepiej definiująca buraka?


Początkowo, zamiast "buraka" miał być "buc", ale doczytałam, że w okolicach Krakowa jest to określenie mocno obraźliwe. Rzekomo synonim ch*ja. A jednak nie zirytował mnie na tyle, by na takie wyzwiska zasłużyć ;)

14 komentarzy:

  1. Uśmiałam się troszkę, chociaż chyba nie powinnam. Znam ten stan oj znam bardzo dobrze ! Nie wiem czy na takie 'powitanie" przez męża nie doszło by z mojej strony do rękoczynów ! :D Prawda jest taka, że te chłopy by bez nas zginęły i często to powtarzam mojemu K. Ja też sobie troszku ponarzekałam na męża w ostatnim poście :) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja zbyt pyskata jestem ;) U mnie Małż woli nie ryzykować srogich min :P
    Ale mimo to i tak wnerwia czasem jak mało kto :)

    OdpowiedzUsuń
  3. :D łagodne określenie mężusia!! czyli co jednak to nie taka łatwa sprawa siedzieć z dwóją dzieciaczków .....

    OdpowiedzUsuń
  4. :) Brawo. Obrazowy opis urządzenia Chłop - Wersja Standardowa. Mój ma dość podobnie (chyba ta sama wersja). O na przykład: proszę go o zajęcie się dziećmi i zasuwam w kuchni, żeby w pół godziny pełny obiad zrobić, Po czym jemy i po obiedzie mój małżonek stwierdza: "No Ty sobie odpoczywałaś przed obiadem to teraz zajmij się dziećmi, a ja idę sobie odpocząć". Dla niego to, że nie miałam dzieci przez pół godziny na głowie gotując i sprzątając to jest "wolne", własne "wolne" definuje już jednak nieco inaczej. :) Więc wiesz.... no nie wiem, jak Ty się mogłaś tyle czasu szlajać! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Strzyga, jak Ty to robisz? Najpierw- mina mi rzednie, bo potrafisz usprawiedliwiać jęczącego Tymona, teraz- wkurwiona na męża, potrafisz jednak zachować zdrowy rozsądek i obiektywny stosunek do całej sytuacji?! Cholera jasna! Czym mnie jutro zaskoczysz?! I zawstydzisz przede wszystkim :)
    Ja napisałabym chuj, cham, burak, prostak i pewnie jeszcze parę epitetów przyszłoby mi do głowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieee... Właśnie dlatego napisałam wstęp - on owszem bywa wkurzający, ale bywa też uroczy. Inaczej bym przecież za niego nie wyszła ;) Ogry mają warstwy po prostu ;)

      Usuń
    2. No tak :) W zasadzie to już te płatki z mlekiem są urocze :) W przeciwieństwie do tłustej golonki i kufla piwa :)

      Usuń
  6. Jak ja to dobrze znam... mój chłop to typowa menda momentami, NAPRAWDĘ. Ale wybaczam mu tylko dlatego, że jestem sto razy gorsza :D

    OdpowiedzUsuń
  7. pewnie jaki burak taka definicja:):) ;) może nie powinnam, ale momentami się uśmiechałam:)

    OdpowiedzUsuń
  8. oj te chłópy. buraka... można jedynie przerobić na barszcz;)

    OdpowiedzUsuń
  9. I weź tu chłopa o coś poproś! No nie da się, po prostu się nie da! :) Brawo, super teskt:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj uśmiech mi się na papie pojawił... No bo... mój ma to samo. Ja biedna latam z dzieckiem, noszę jak płacze mimo iż wiem, że zaraz mi kolano wyskoczy na wakacje, a on siedzi przed kompem i zaczyna smęcić jak to go głowa boli, że to takie straszne i mały by mógł iść spać *ba dum tss!*.

    OdpowiedzUsuń
  11. Cóż.. Ja to bym pewnie następnym razem kazała jemu biegać. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Burak...hmmm...ja tam zawsze sobie tłumaczę, że każdy to burak czasami, tylko ma krótsze lub dłuższe przerwy - to mnie ratuje przed poczuciem krzywdy ;P

    OdpowiedzUsuń