poniedziałek, 3 listopada 2014

O skokach rozwojowych

Poradnik dla sfrustrowanych rodziców mówi, że każdy okres pogorszenia nastroju i zachowania dziecka jest okresem przed zdobyciem kolejnych kompetencji. Że to konieczne i normalne, bo się, mówiąc kolokwialnie, mózg przegrzewa. Dziecko przetwarza, neurony pracują. Dziś daje Ci popalić, jutro ni z tego, ni z owego zacznie mówić.

Albo dostanie nagrodę Nobla - biorąc pod uwagę poziom, jaki osiągają w ostatnich tygodniach Tymon i Agnieszka.

Na poziomie wiedzy - zgadzam się z tym. Wiem, że zaraz wskoczą na kolejny poziom. Tymon zamiast liczyć do dziesięciu będzie ogarniał dodawanie, odejmowanie i tabliczkę mnożenia (przesadzam, acz dziecko mam genialne), Agnieszka w końcu zaszczyci nas pierwszym słowem.

"Baa", nawet jeśli ma znaczenie, się nie liczy.

Na poziomie emocjonalnym, jestem wrakiem. Pięć(set) razy dziennie zadaję sobie pytanie, co do jasnej i pieprzonej cholery robię źle. Kij, że się tłuką. Rodzeństwo ZAWSZE się tłucze. Kij, że się drą - bo nie da się tego nazwać płaczem - Agnieszka wydaje z siebie dziki, przeciągły wizg, a Tymon wyje, jak wilk podczas pełni.

Najbardziej dobija mnie fakt, że gdy zostawię ich z P. nastaje cisza. Bawią się w miarę bezkolizyjnie. Zaczynają się uśmiechać, gaworzyć (Agnieszka) lub opowiadać historyjki (Tymon).

A potem ja wychodzę z łazienki/kuchni/wracam ze sklepu; pojawiam się w polu widzenia, a oni przypominają sobie, ze są przeziębieni, idą im zęby i nie spali w ciągu dnia...

I znowu na pomoc przychodzą mi psychologowie, którzy twierdzą, że dziecko najbardziej męczące jest przy osobie, przy której czuję się najbardziej bezpieczne i bezwarunkowo kochane. Bo wie, że czego by nie zrobiło, zostanie zaakceptowane i zrozumiane.

Winnam więc się cieszyć.

Zajebiście.

Chciałabym mieć na tę radość siłę.

Albo nie. Chciałabym mieć siłę, by otworzyć rano oczy bez podświadomego odliczania sekund do momentu, gdy moje dzieci zauważą, że już nie śpię i pora wyciągnąć artylerię...

***

Przy tym wszystkim, największym idiotyzmem jest fakt, iż zamiast spać, piszę notkę.

6 komentarzy:

  1. Gdyż nikt tak nie pociesza jak matka. Jak matki nie ma w zasięgu to nawet nie ma co domagać się pocieszania. Za to jak się pojawi to hoho :D Tak. Mam i ja.

    OdpowiedzUsuń
  2. a u nas jest na odwrót jak tylko tata pojawia się na horyzocie to Młody marudzi i pokazuje jak to jest biedny i jak jest mu źle a przy mnie istny anioł:D
    Powodzenia bo moge sobie wyobrazić co przechodzisz.
    A jak tam Twoja praca?? wyrabiasz sie ??

    OdpowiedzUsuń
  3. Taaaaa, skoki rozwojowe :) Dzieci po prostu na pewnym etapie nie mają serca, i tyle :)
    Aha, czyli mówisz, że te wszystkie jazdy i akcje przy mamach, to namacalny dowód na to, że to przy NAS czują się tak akceptowane, kochane itd? Ok, pocieszyłaś mnie :) Przynajmniej jest jakieś logiczne wytłumaczenie.
    Kochana trzymaj się- dzieci rosną, kiedyś będzie hmmm... lepiej? Kurna, sama siebie oszukuję. No dobra- problemy będą inne ::) Może nie będziesz styrana fizycznie, ale psychicznie- ja jestem na przykład wrakiem przy 8latce...

    OdpowiedzUsuń
  4. Mnie to jednak takie pocieszenie trzyma przy życiu. Ale mówi to matka przehormonowana ciążowo, a z przehormonowania chlipająca w rękaw, że dziecko w żłobku na parę godzin zostawia.Tak że może nie jestem najlepszym przykładem ;)

    OdpowiedzUsuń