poniedziałek, 13 stycznia 2014

Doctor? Doctor Who?

Mojej dobie brakuje godzin.

Nie czytam, nie piszę (teraz piszę, ale tylko chwilkę), bo zjadł mnie "Doktor Who" (tak bardzo, że nawet z moją listą VIP-blogów nie jestem na bieżąco). Jedyne pocieszenie, to, że zostało mi do obejrzenia pięć odcinków ostatniego sezonu, oraz kilka(naście) odcinków specjalnych, a potem będę miała spokój do sierpnia.

Chociaż co to za spokój?
Pewnie szybko zacznę szukać czegoś, co ułatwi wyczekiwanie.Albo zacznę oglądać stare serie (trochę się tego zebrało od roku 1963, nawet nie licząc tych odcinków które zaginęły).

Bo "Doktor Who" rozwala mnie na łopatki.

Nie od razu. Pierwszą z nowych serii (rok 2005), z Christoperem Ecclestonem w roli głównej, oglądałam niemal na siłę. Aż do "Empty Child", które dało mi nadzieję, że w tym serialu jest coś oprócz masy potworków podobnych tym z Power Rangers. Mimo to, po obejrzeniu całego pierwszego sezonu, zrobiłam sobie przerwę, która z założenia miała być końcem mojej przygody z Doktorem.

Wróciłam po trzech miesiącach, kiedy P. praca zawaliła do tego stopnia, że całkowicie zawiesił wspólne oglądanie seriali, jednocześnie buntując się przeciwko nadrabianiu ich samotnie. Przeleciałam więc szybko listę "to nie" mojego męża i odpaliłam drugi sezon Doktora.* I trzeci, czwarty, piąty, szósty, i rzecz jasna odcinki specjalne, by wreszcie dotrzeć do siódmego.

W najgorętszym okresie obejrzałam dziewięć odcinków jednego dnia.


Było różnie - od odcinków, które miałam ochotę przewijać, po takie, które oglądałam po raz drugi. Niektóre zostawiały mnie ze łzami w oczach, inne powodowały wybuchy śmiechu, a pewien pocałunek, mimo swej delikatności, przyprawił mnie o szybsze bicie serca. Mnie! Matkę Dzieciom, Żonę Mężowi.

Było różnorodnie - od twardego science fiction, po niemal baśniowy klimat.  Od zakonu kotów, leczących wszystkie choroby świata, przez weneckie wampiry, po dziewczynkę, która czekała przed rozwaloną szopą, aż On po nią wróci.

Były postacie irytujące, urocze i silne. Nawet jedna cukierkowa. Brunetki, blondynka, dwie rude paskudy, jedna wojownicza Barbie (i to nie jest obelga), jeden cierpliwy mąż, jeden obrażalski ni to chłopak, ni to przyjaciel, piękna złodziejka-arystokratka i River. Genialna River z włosami, które się nie kończą.

Jednego zabrakło.
Nudy.


Sen? Czytanie? Rosyjski? Całujta mnie w nos. Ja mam inwazję Płaczących Aniołów, River znowu się pakuje, a Donna nie pamięta.** Co mnie obchodzi prawdziwe życie?


*David Tennaaaaant...
**Kolejność kompletnie pomieszana.

4 komentarze:

  1. nie mam pojęcia zielonego o kim, czym do mnie piszesz. ale rozumiem ze czasem cos moze wciagnac na maksa;)

    OdpowiedzUsuń
  2. bosh a ja już myslałam że choróbska jakieś. dobrze że 'Doctor Who" a nie choróbska

    OdpowiedzUsuń
  3. I tak mnie wszyscy, teraz i ty, kuszą tym serialem xD

    OdpowiedzUsuń