poniedziałek, 25 listopada 2013

Forever Young

Miotam się pomiędzy "chcę", a "dlaczego tak szybko?".

Agnieszka, moja mała, nieporadna myszka. Ta królewna, co - nie dalej jak wczoraj - nie umiała utrzymać sztywno głowy i była zdana całkowicie na mnie, przedwczoraj zaczęła się podnosić na czworaki. Jeszcze nie do końca jej wychodzi. Jeszcze potrzebuje "piątej nogi" w postaci głowy, ale przecież teraz już z górki. Za tydzień, może dwa, zacznie sama siadać, potem raczkować, wstawać... I nim się obejrzę, będzie biegać razem z Tymonem.

Do tej pory mój mózg jakoś pomijał fakt, że ona rośnie. Owszem, podśmiewałam się z kolejnych, wyskakujących nie wiadomo skąd fałdek i wzdychałam za tą kruszynką, którą bałam się wziąć na ręce, tak była drobna.

Teraz już nie mogę.

Bo jak?

Jak pominąć milczeniem, że już nie wtula się we mnie i nie szuka łapczywie piersi gdy tylko wezmę ją na ręce. Nie. Teraz musi się najpierw rozejrzeć, potem zastanowić, a na koniec zazwyczaj pełna buntu odwraca się ode mnie, odgina maksymalnie do tyłu i krzyczy, by pokazać jej świat, a nie cycki. Cycki to ona już widziała. Z czym do ludzi? Dajcie coś nowego na wizję.

Albo tulenie. Kilka dni temu wystarczyło położyć ją na sobie, i leżała spokojnie, obserwując spod wpółprzymkniętych powiek pokój. Już nie. Przecież nie będzie w jeden punkt się gapić jak sroka w gnat. Cały pokój chce obejrzeć. Może za nią, albo z boku jest coś ciekawszego, niż to, co matka pod nos podsuwa. Więc dawaj! Wierci się, przekręca, chwilami mam wrażenie, ze jest spokrewniona z sową, bo ludzkie dziecko raczej pod takimi kątami głowy nie wygina...

I żal mi.

Żal, bo nie planujemy trzeciego dziecka, a skoro tak, to każdy mijający dzień jest ostatnim z takim maleństwem. Żal, że nieubłaganie przemija mój czas jako matki niemowlęcia. Że teraz to już z górki, że będę doświadczać nowych aspektów macierzyństwa, a to już się kończy.

I tylko jeden promyczek radości przebija przez te smutne chmury. To przemijanie prowadzi do wyjścia z pieluch ;)

6 komentarzy:

  1. No jak nic się z Tobą zgadzam...niedawno na nas dzieci rzygały,a teraz rzygają kiełbasą ukradzioną z lodówki...szybko ten czas leci,za szybko !

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerze? Też się nie mogę doczekać wyjścia z pieluch.
    Z zapartym tchem czekam na pierwsze próby raczkowania mojego cudaczka. A z tuleniem już jakiś czas temu się zrobiło problematycznie - bo na co komu tulenie się do mamy skoro dookoła tyle ciekawych rzeczy.

    Pozdrawiam http://aleksander-odkrywa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. prawda :)
    wiesz, plany planami, ale nigdy nie możesz być pewna, czy znów nie zostaniesz mamą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem. Miałam być matką jedynaka ;)

      Usuń
  4. Strzyga, a jakim Ty prawem babrasz się w mojej głowie i wywlekasz tu moje najbardziej i najpilniej skrywane przed światem rozterki... Jednego dnia krew mnie zalewa i niemal krzyczę, że chcę, żeby ta mała Cholera była już taka duża jak Eliza, a za chwilę patrzę na mojego małego dzidziusia i mam ochotę szeptać Jej do uszka, żeby nie rosła, żaby zawsze była moją malutką Córeczką...
    No właśnie, trzecie dziecko... Niby mąż mi obiecał, a też nigdy o trójce nie myślałam... Ale to takie plany palcem na wodzie pisane... I jak pomyślę, że już nigdy... Boże, pustka i żal rozrywa mi to głupie matczyne serce.

    OdpowiedzUsuń