środa, 21 stycznia 2015

O kolejkach do lekarza



Zdążyłam się już przyzwyczaić, ze na wizytę u ginekologa muszę się umawiać albo miesiąc-dwa wprzód, albo prywatnie. Sytuacja trwa od lat trzech - odkąd dwa tygodnie przed planowanym porodem okazało się, że NFZ nie podpisał umowy z moją przychodnią.

Wiecie jak fajnie zostać nagle bez możliwości zrobienia KTG, sprawdzenia pulsu dziecka, czy zwykłej, zalecanej cotygodniowej kontroli, w pierwszej ciąży? NFZ zostawił wtedy jedną poradnię ginekologiczną na całe miasto. Wcześniej było ich trzy.

Oczywiście spowodowało to powstanie kolejek. Do mojej lekarki miały one "długość" półtora miesiąca.

Wtedy byłam wściekła i przerażona. Później, gdy chodziłam w ciąży z Agnieszką polowałam na dowolnego lekarza, byleby miał wolny termin.

Moją drugą ciążę prowadziło na przemian sześciu ginekologów. Każdy z nich klął pod nosem, bo - proszę drogiego NFZ-u - tak się, kurwa, nie da. Powinien być jeden lekarz, który zna pacjentkę i jej ciążę nie tylko z karty, w którą wpisano suche informacje, ale też z rozmów, obaw i napomknięć. To się buduje przez całą ciążę, a nie w ciągu piętnastu minut wizyty.

Mimo niesprzyjających warunków, ja i Agnieszka przetrwałyśmy walkę z NFZ-owskimi terminami. Dalej miało być tylko lepiej, bo przecież do ginekologa nie chodzi się co tydzień, a lekarze rodzinni i pediatrzy przyjmują codziennie...

Miało.

A jednak - na wizytę z Tymonem do lekarza rodzinnego* czekam od wtorku do piątku**.





* do rodzinnego - bo pediatrę mamy kiepskiego.
** oczywiście, gdyby miał wysoką gorączkę, lał się przez ręce itp, pojechałabym z nim do jakiegokolwiek lekarza, ale dopóki tak się nie dzieje, wole go leczyć u kogoś sprawdzonego, do kogo mam zaufanie.







4 komentarze:

  1. I dlatego zmieniłam i przychodnię i pediatrę dla dzieci i siebie w sumie też, to nic, że muszę dojechać 30 km do innej gminy w ogóle, ale kuźwa prosić nie muszę! i jak o 8:30 dzwonię to nikt mi w słuchawce nie brzęczy, że numerków już nie ma... I całe szczęście. Ja po roku proszenia (raz na dwa miesiące z którymś dzieckiem) opowiedziałam dość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli masz dobrego lekarza gdzie indziej + prawo jazdy i samochód, to rzeczywiście można się pokusić :) Ja trzymam się tej przychodni ze względu na zaufanego lekarza, z którym potrafię się dogadać i przy którym nie boję się, ze zamiast pomóc zaszkodzi. Drugiego takiego lekarza znam 30 km dalej, ale do niego też są maksymalne kolejki, więc biorąc pod uwagę, ze tu jednak bliżej i nie trzeba się tłuc z chorym dzieckiem pociągiem.. pozostanę w tej przychodni.

      Usuń
  2. Ja, po naczytaniu się tego i owego o lekarzach, postanowiłam nie opuścić i przycisnąć któregoś by w końcu zdiagnozował co dolega mojemu dziecku. W sensie coś więcej niż "suche powietrze" i "te szmery to z nosa", "a może to astma", "może trzeba by się zastanowić nad sprawdzeniem alergii". AAA!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj Ewo w polskich realiach... Zresztą- znasz je bardzo dobrze, prawda? I niby człowiek to wszystko wie, ale co go czasem chuj jasny strzeli, to strzeli!
    Trzymajcie się, i zdrówka!

    OdpowiedzUsuń