wtorek, 6 stycznia 2015

Mój mąż burak pt. 2



Były święta. Zbliżał się moment rozpoczęcia wigilijnej wieczerzy. Pośród ogólnej krzątaniny ("Tymonku, nie wchodź tam... Agusiu, zejdź ze schodów. Czy mogłabyś rozłożyć sztućce?") dobiegł mnie głos P.

- Zobacz, jak schudłem.

Podeszłam więc do wagi, spojrzałam w dół i na moment mnie zatkało.

75 kilo.

Waga idealna, wymarzona, taka, o której się wie, że nie nadejdzie (bo jak, skoro się je w nocy, pije litry coli i zagryza chipsami, a szczytem zdrowego żywienia są tosty w których oprócz sera i salami czerwieni się pomidor).

Wyściskałam więc P., pochwaliłam, wycałowałam. Ogólnie, na trzy minuty stałam się uosobieniem dumy i zachwytu. Moje skakanie wokół męża przerwało zaproszenie do stołu.

Zjedliśmy wigilijną kolację, Mama wyraziła ubolewanie, że za mało zniknęło ze stołu, ja w sposób mało zawoalowany domagałam się pochwał za rybę po grecku, którą co prawda przygotowałam, ale jeść absolutnie nie miałam siły. Tymonowi i Agnieszce znudziło się siedzenie przy stole, więc zaczęli uciekać na schody.

Żeby ich zatrzymać zarządzono rozpakowywanie prezentów.

Nastąpiły kolejno: radość, przymierzanie (dorośli)/zabawa (dzieci) i komplementy.

Gdy wszystko ucichło, mój mąż z dziwnym uśmiechem wszedł na wagę po raz drugi i przywołał mnie spojrzeniem.

82.

- Ale jak to? - wykrztusiłam zbulwersowana, z furią rodzącą się gdzieś w środku, bo zwijał się już ze śmiechu.

- Tak. - odpowiedział, po czym podparł się delikatnie dłonią na blacie, obok którego stała waga.


Jak Babcię kocham, za coś takiego będę mu pluć do zupy* do kwietnia**.

***

Burak buraczył również TUTAJ.


* gdybym kiedyś zupę ugotowała. Rzadko mi się zdarza.
** bo w kwietniu ma urodziny.

4 komentarze: