poniedziałek, 5 stycznia 2015

Gawędy końcowo- i noworoczne




Ostatnie trzy tygodnie spędziłam czytając o świątecznych planach (a potem wspomnieniach), końcoworocznych podsumowaniach i noworocznych postanowieniach. Wszystko to w czasie, gdy sama miałam problem ze znalezieniem magii świąt, podsumowania wykazywały, że jestem takim samym leniem, jak w zeszłym roku, a na myśl o postanowieniach zaczynały mi wirować gwiazdki przed oczami.

A jednak, nie uniknęłam, żadnego z tych trzech wielkich tematów.

***

Świąteczną magię dla swoich dzieci stworzyłam własnymi rękoma, tak samo, jak przede mną robiła (i robi nadal) to moja mama, przed nią babcia, a przed nimi (jak mogę podejrzewać) każda matka w mojej rodzinie i na całym świecie. Tym samym przeszłam na kolejny etap - przestałam być biorcą, korzystającym z czyjejś pracy, a zaczęłam być "dawcą" świątecznej radości moich dzieci.

Ubrałam choinkę, śpiewałam kolędy, wybrałam i zapakowałam prezenty, a na koniec przyrządziłam rybę po grecku, której nie miałam siły ani ochoty jeść.

Odkryłam tym samym nowy poziom radości. I zmęczenia. W tym ostatnim bardzo mi pomogło zapalenie oskrzeli Tymona, które zaczęło się w Wigilię i trwa uparcie po dziś dzień.

***

Kiedy już doszłam do siebie po dwudniowej żywieniowej rozpuście, otworzyła pisany rok temu post z postanowieniami i obiecałam sobie solennie, że nigdy więcej żadnych postanowień nie spiszę, bo nie ma na świecie siły, która zmusi mnie do bycia praktyczną, zorganizowaną i konsekwentną, a bez tych cech końcoworoczne podsumowania stają się okazją do samobiczowania. Umówmy się - z pejczem to ja mogę pobiegać po sypialni, a nie...

Ale, ale.

Zeszły rok to przecież nie tylko internetowy spis zadań. Przecież WSZYSTKO się zmieniło. Agnieszka zaczęła chodzić i jeść. Tymon się rozgadał i nauczył liczyć. Jako rodzina przenieśliśmy się na drugi koniec Polski, zamieszkaliśmy sami i wyszliśmy ze spirali "nie mogę, nie umiem, nie dam rady". P. na godzinę schudł do 75 kilo (o tym już niedługo w specjalnym wydaniu "Mojego męża Buca"). Ja nawet przez jakiś czas wychodziłam z domu bez dzieci (zgadnijcie, która cholera zepsuła tę sielankę). Cień uzależniła mnie od kawy, jednocześnie psując moją ekonomiczną wersję świata i ucząc, że burżujska latte z ekspresu z syropem orzechowym i wzorkiem z kakao bije na pysk biedronkowe "orzechowe" cappuccino. Ruda mnie nawiedziła. Ze trzy razy w jednym roku. Przecież to się nie zdarza odkąd skończyłyśmy liceum.

Zebrałam przez ten rok tyle siły, tyle uśmiechu, pewności siebie i wiary we własne siły, że nie ma rzeczy, którym nie dałabym rady.

Weszłam w Nowy Rok z podniesioną głową i uśmiechem na twarzy.

Czego i Wam życzę.



P.S. Jako istota niekonsekwentna złamałam swoje postanowienie o niepostanowieniach i:

1. 52 książki w 2015 (w 2014 udało mi się przeczytać jedynie 30)
2. Minimum godzina szycia tygodniowo (miały być "szyciowe soboty", ale nie wierzę że przez rok nic mi nie wypadnie w soboty)
3. Mniej komputera, więcej czasu z dziećmi i ze światem.

3 komentarze:

  1. No i pięknie- Strzyga jest z powrotem, ze swoim humorem- nie do podrobienia, i z, jakby nie było, bardzo optymistycznym postem.

    A wiesz, że ten fragment o biorcy i dawcy jest fenomenalny. Niby takie oczywiste, a sama bym tego lepiej nie ujęła.
    Burżujka, tak mówi na mnie Marcin, kiedy namawiam Go na kawę na mieście. Dodam, że my profesjonalny ekspres mamy w domu, ale... Nikt mnie nie przekona, że kawa w domu smakuje lepiej, niż ta na mieście )
    Jeszcze raz wszystkiego NAJ!

    OdpowiedzUsuń
  2. I tego uśmiechu na kolejne dni ci życzę :)
    A specjalne wydanie męża Buca - brzmi intrygująco ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. :D usmiałam się jakże zyciowy ten dzisiejszy post:) sama prawda :* czekamy na post'' mąż Buc'' a postanowienia?? hmm ja ich nigdy nie robiłam nie z moim zapałem:x :/

    OdpowiedzUsuń