wtorek, 10 czerwca 2014

...proza przed snem

Tymon (12 dni) zapoznaje się z prozą dziecięcą

Kiedy Tymon był malutki, a ja nie motałam się pomiędzy dwoma szkrabami, nasze wieczory mijały na czytaniu o Domisiach. Kładłam się na łóżku, Tymona kładłam na sobie i czytałam dopóki mi pozwolił. Zwykle było to 10-15 minut. Później, gdy syn mój podrósł, książeczki popadły w niełaskę - zaczęły służyć do gryzienia i darcia. Dopiero parę miesięcy temu pasja czytelnicza zaczęła się w nim odradzać (zapewne dlatego, że Agnieszka bardzo lubi czytanie, a on ma ambicję zabrać jej  WSZYSTKO ;)).


O ile w ciągu dnia najlepiej sprawdzają nam się rytmiczne rymowanki (patrz TUTAJ) i piosenki, o tyle wieczorne wyciszenie Tymona wymaga opowieści. Przez pewien czas rolę tę spełniała opowiedziana w formie bajki historia mijającego dnia; później "dobranocowaliśmy" wszystkim domownikom, gwiazdom na niebie i postaciom z bajek. Był też etap "czytania" książeczek z obrazkami.

Ta droga pozwoliła nam dojść do ucywilizowania małego czytelnika* i rozpoczęcia przygody z prawdziwymi książkami.

Na pierwszy ogień poszła klasyka - "Największa podróż doktora Dolittle". Wstyd przyznać, ale mimo iż książka ta ma już 87 lat, ja pierwszy raz zetknęłam się z nią, czytając ją moim dzieciom. Doktora Dolittle znałam do tej pory jedynie z filmów z Eddie'm Murphy'm, które z książkami łączą - niestety - jedynie imiona postaci.

Jan Dolittle to niezwykła postać. Weterynarz, człowiek o ogromnej empatii, metodyczny naukowiec oraz zapalony podróżnik. Przy ogromnej ciekawości świata, do jego cech należą upór i cierpliwość. Te dwie ostatnie cechy pozwalają mu osiągać zamierzone cele. W "Największej podróży doktora Dolittle", postanawia on poznać mowę owadów. Nie jest to zadanie proste, zwłaszcza, że gospodyni doktora po cichu pozbywa się "obiektów badawczych".

Jednak, pomimo trudności, Janowi Dolittle udaje się dokonać przełomu i nawiązać porozumienie z owadami. Nie wie jeszcze, jak bardzo ta nowa umiejętność mu się przyda...



"Największa podróż doktora Dolittle" to literatura przeznaczona typowo dla dzieci i młodzieży. Tymon zrozumiał z niej tyle, że motylki, osy i gąsienice mówią, w związku z czym na spacerach zdarza mu się zapytać: "Co lobaciek powiedział?". Myślę, że za rok będzie już całkiem nieźle rozumiał zawiłości fabularne i wtedy tym bardziej doceni tę książkę. Nie uważam też, żeby tak wczesne zapoznanie go z doktorem było chybionym pomysłem - na pewno zadziałało to stymulująco na jego wyobraźnię oraz pomogło poszerzyć zasób słownictwa.

Dodatkowymi plusami są dość duża czcionka oraz przejrzysty układ tekstu, które sprawiają, że wydanie to jest wyjątkowo przyjazne dla młodego (acz nieco starszego niż Tymon) czytelnika, postanawiającego samodzielnie zmierzyć się z lekturą. Pozytywny obraz książki wzmacniają sympatyczne ilustracje, wykonane przez panią Marię Gromek.

My na pewno będziemy kontynuować przygodę z literaturą Hugh Loftinga oraz polecać ją krewnym i znajomym królika. ;)


Za egzemplarz recenzencki dziękujemy Wydawnictwu Znak Emotikon.

***

* to tylko częściowe "ucywilizowanie" - mimo wszystko nadal zdarza mu się drzeć i gryźć książki...

***

Jestem też TUTAJ.

4 komentarze:

  1. Ja na razie za takie poważne książki się nie zabieram :) U nas nadal królują obrazki albo wymyślanie historyjek :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi też wstyd przyznać, ale też nie znam tej książki ^^"

    OdpowiedzUsuń
  3. My też dużo czytaliśmy, a teraz młode nie chce. Uważa że jak katuje go czytaniem to słuchać już nie musi. A mnie tego brak:/. A samej książeczki nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  4. my czytamy co dzień i wiele różności. Ostatnio Królewnę Florentynę i Koniki Pony, a i czasem Kubusia Puchatka:)

    OdpowiedzUsuń