sobota, 5 stycznia 2013

Jak wszyscy

Nie będę udawać, że coś mnie różni od reszty świata ;) Ja również myślałam, analizowałam, postanawiałam (postanowienia wrzucę w osobną zakładkę, żeby łatwiej było mi je znaleźć i o nich pamiętać)... Tylko wooolniej, więc wyniki dopiero dziś.

2012 był taki jak wszystkie lata wcześniej  trochę pogłaskał po głowie, częściej kopnął w tyłek lub wbił szpilę. Jak każdy wcześniejszy rok, czegoś mnie nauczył, jak każdy zawiódł zaraz po daniu nadziei. Wyróżniło go to, że dał mi Cud.

Zawsze mi się chciało śmiać, kiedy ktoś mówił "dziecko zmieniło całe moje życie". To takie banalne, oczywiste. Po co mówić o oczywistościach? Ale kiedy 21 stycznia, po długich godzinach bólu, urodził się On i zakwilił (nie, nie krzyknął, noworodki nie potrafią krzyczeć, czego by Wam nie wmawiali w ckliwych filmach i na obiadkach u babci), zmieniła się perspektywa. Bywało różnie. Były dni, kiedy wszystko szło idealnie, otwierały się nowe perspektywy, a potem przychodził kopniak od losu i trzeba było liczyć drobniaki na chleb. Ale to było tło, Działo się obok, bo przede wszystkim, na pierwszym planie utrzymywał się Tymo. I to jego pierwszy uśmiech, pierwsze potrząśnięcie grzechotka, pierwsza marchewka, siadanie, raczkowanie, kroki i teraz bieganie, nadawały rytm mijającym miesiącom.

Owszem, po drodze były pomysły na siebie. Macierzyństwo daje odwagę - kolejny banał i kolejna prawda -  nie ma rzeczy za trudnych. Owszem, coś może się nie udać, ale porażka już nie jest końcem świata i znakiem od niebios, że jestem do niczego. Podstawową różnicą jest to, że nie boję się próbować. Ja jestem ważna, moje pomysły są dobre, moje plany mają szansę powodzenia. To się zdarzyło (i dzieje się nadal) pierwszy raz.

I tak na moim biurku pojawiły się igły, sznurki, koraliki, filc... Pojawiły się i długo leżały, czekały. A kiedy dojrzałam, ruszyłam z kopyta i zarobiłam pierwsze od ponad dwóch lat pieniądze.

Tak samo pojawiła się maszyna do szycia, którą jeszcze oswajam, choć chrzest bojowy i pierwsze zlecenie też mamy dawno za sobą.

A ostatnim, niespodziewanym i przerażającym na początku prezentem od roku 2012 była Inka. Dwie kreseczki, które najpierw wywołały morze łez i kompletną wściekłość, a potem wrosły w moje życie. Córka, na którą czekam, z każdym dniem bardziej kochając, i którą w lipcu podaruje mi ten nowy, 2013, rok.

6 komentarzy:

  1. A jednak =) Gratuluję z całego serca. Będzie "Inka" (?) =)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie spłata mi figla i nie urodzi się chłopcem to tak, będzie miała na imię Inka :)

      Usuń
  2. Osz cholercia. [!]. To ci dopiero news. =). Gratulacje Kochana !! Gratulacje. =*.

    OdpowiedzUsuń