czwartek, 14 marca 2013

Srebrna mowa

Mama do góry nogami napisała dziś tekst, który przypomniał mi o zdarzeniach i uczuciach, które przez ostatnie czternaście miesięcy spychałam głęboko w podświadomość. Ten ich nagły coming out z kolei zainspirował poniższą notkę.

Przepraszam za jej emocjonalność, ale inaczej się po prostu nie da...

***

Od momentu, w którym informujesz otoczenie, że spodziewasz się dziecka zaczyna się na Ciebie swego rodzaju "nagonka dobrych rad". Słyszysz często makabryczne opowieści babć, ciotek i starszych koleżanek o tym, jak wygląda poród. Że pękasz, rozpadasz się na kawałki (nie tak jak w sypialni u Greya), a potem długo nie możesz dojść do siebie, że usiąść to katorga, a dziecko zamieni Ci sutki w krwawą miazgę, dostaniesz zapalenia piersi, i połączą Ci dren, żeby odciągać ropę... Uruchamia się wokół Ciebie groteskowa machina "współczucia" i nikogo nie obchodzi, ze może chcesz w spokoju przeżyć ciążę i urodzić swoje dziecko nieobarczona traumą cudzych historii.

Jeśli jesteś słabsza psychicznie zaczynasz się bać i słuchając tych wszystkich opowieści modlisz się, żeby w choć jednej pojawiło się coś pozytywnego, jakiś jasny punkcik, którego można będzie się złapać. Jeśli jesteś  taka jak byłam ja, spływa to po Tobie jak po kaczce i na wszystkie rewelacje odpowiadasz chłodno: "ale przeżyłaś i nawet urodziłaś jeszcze jedno/dwójkę/dziesiątkę dzieci", a w duchu modlisz się o jakieś źródło rzetelnej wiedzy.

Tu z pomocą przychodzi szkoła rodzenia. Zajęcia prowadzi położna z wieloletnim stażem, uśmiechnięta, spokojna, mówiąca o Tobie i Twoim dziecku z ciepłem w głosie i słuchająca z uwagą tego, co chcesz jej powiedzieć lub o co zapytać. Nagle okazuje się, ze poród to nie jest rzeźnia, którą opisywały Ci kobiety z Twojego otoczenia, że owszem, jest ból, bo "nie da się bez bólu przepchnąć piłki do kosza przez dziurkę od klucza", ale że to wszystko drobnostka, bo rodzisz swoje dziecko i to jest piękne, to jest cud i Ty tego cudu doświadczysz. Słyszysz, ze każda kobieta ma siłę potrzebną by wydać na świat nowego człowieka i nie ma się czego bać. A nawet nie wolno, bo poród rozgrywa się, jak wszystko u kobiety, również na płaszczyźnie psychicznej i złe nastawienie może go skomplikować.

Z zajęć wychodzisz uskrzydlona z radosnym: "a nie mówiłam" na ustach.

***

Czego zabrakło zarówno w opowieściach znajomych, jak i w wizji roztoczonej przez położną?

Złotego środka.

Poród, mój poród, nie był cudem, choć obiektywnie nie był też rzeźnią.

Kobiety, które opowiadały mi o swoich przeżyciach mogły mieć mniej szczęścia niż ja lub mogły zapomnieć o tym, że gdy w końcu trzymasz tego malucha w ramionach to cały ból mija. Naprawdę, dosłownie. Ja dwie godziny po porodzie sama wzięłam prysznic, biegałam z małym na rękach po oddziale. Nie nacinano mnie i nie popękałam (tak! da się przy pierwszym porodzie!), więc mogłam normalnie siedzieć. Byłam szczęśliwa, bo wszystko dobrze się skończyło i cały ból kilku wcześniejszych godzin odszedł.

Położna za dużo czasu poświęciła na budowanie w nas pozytywnego obrazu porodu, a za mało na rozmowę o ewentualnych komplikacjach okołoporodowych. Efekt był taki, że pierwszymi słowami, które wypowiedziałam, gdy Tymo się urodził były: "Przepraszam Cię, Synku... P., ja go prawie zabiłam, mogłam go zabić...".

Tylko, że to nie byłam ja. To była podwójnie owinięta pępowina, która po każdym moim parciu ciągnęła go do góry i dusiła, i którą ostatecznie położna odbierająca poród zdołała odkręcić. Ale ja o tym nie wiedziałam. Nie wtedy. Wtedy był strach, poczucie winy i myśl, ze nie jestem pełnowartościową matką i kobietą skoro moje dziecko prawie udusiło się podczas porodu. Te uczucia towarzyszyły mi długie miesiące...

Dlatego proszę i apeluję:

Do tych z nas, które mają kontakt z przyszłymi mamami - nie zapominajcie o wsparciu. nie straszcie, powiedzcie, co zapamiętałyście pozytywnie.

Do położnych - nie budujcie w ciężarnej nadmiernej pewności siebie. Ona przychodzi do Was szukając rzetelnych informacji, Wasze słowa są dla niej wyrocznią... i jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli nie sprosta obrazowi, który nakreśliłyście, skończy się to dla niej traumą. Nie wmawiajcie, ze każda kobieta potrafi urodzić dziecko. To nieprawda. Zawsze może się zdarzyć coś nieoczekiwanego, jest tyle możliwych komplikacji... A niewiele jest dla kobiety gorszych rzeczy niż niechciane cesarskie cięcie - nie dość, że otoczenie patrzy na nią z cichym wyrzutem lub wprost mówi "co z Ciebie za matka, skoro nie umiałaś urodzić", to jeszcze w podświadomości siedzą słowa położnej (czyli fachowca), która na szkole rodzenia mówiła "każda kobieta potrafi".



10 komentarzy:

  1. Zgadzam się, obie strony przekoloryzowują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy jeszcze byłam w ciąży nie mogłam tego zrozumieć - żeby tak straszyć przyszłą mamę, zeby ją w traumę jeszcze przed porodem wbijać. Ale jak urodziłam - zrozumiałam. Musiałam się bardzo gryźć w język, żeby nie opowiadać tym biednym ciężarnym wokół mnie, jak się nacierpiałam. Po prostu wyszła potrzeba wsparcia, wyrzucenia z siebie całej frustracji i bólu - najlepszy byłby psychoterapeuta, ale kogo stać na takie luksusy ;) ;) Więc się leczy na każdym kto się nawinie ;)

      Usuń
  2. dobrze mówisz! Ja nie chodziłam do szkoły rodzenia, pozytywnej wizji porodu nie miałam, ale bardzo negatywnej też nie, wiedziałam to jedyne, co wyczytałam w książkach. Dupy mi nie urwało - w pozytywnym i negatywnym tego słowa znaczeniu :D - ale pewnie byłabym nieźle przestraszona, gdyby moje pozytywne och ach wyobrażenia spotkały się z pierwszym skurczem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj żebyś wiedziała :D Ja miałam to szczęście że cały czas był przy mnie P. i teraz się trochę boję drugiego porodu, bo tym razem będę sama rodzić. Ale raz dałam radę, to drugi raz też dam ;)

      Usuń
  3. Bardzo mądry post!
    Ja bym jeszcze dodała, że każdy poród jest inny i inaczej się go przeżywa. Nawet jedna osoba przeżywa różnie różne porody. Moje dwa też były bardzo różne. Przy pierwszym byłam mocno skupiona na sobie. Na dziecku trochę też, ale głównie na tym co się dzieje ze mną. Za drugim razem nie mogłam się tak mocno skupić na przeżywaniu, bo w domu zostawiłam kogoś bardzo ważnego, wrażliwego, samotnego - swojego synka. I nagle okazało się, że pomiędzy skurczami jestem w stanie zadbać o opiekę dla niego, spakować rzeczy, które będą mu potrzebne gdy mnie nie będzie. Tak, drugi poród był zdecydowanie mniej egoistyczny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może właśnie dzięki tej niezdolności do całkowitego skupienia się na sobie kobiety zwykle opisują drugi poród jako łatwiejszy. ;)

      Usuń
    2. W moim przekonaniu skupienie się na sobie to nie to samo co skupienie się na bólu. Wręcz przeciwnie. To skupienie się na radzeniu sobie z tym co się dzieje

      Usuń
  4. Ja nie chodziłam do szkoły rodzenia. Nie pytałam nikogo. Uroiłam sobie w głowie, że poród to rzeźna i na tą rzeźnię poszłam właśnie z takim jej obrazem.

    I nie miałam siły. W połowie chciałam wyjść. Ubrać się i dać sobie spokój - po mi w ogóle ten poród. Wszystko potoczyło się za szybko. Nie zdążyli podać obiecanego znieczulenia. Nikt nie trzymał mnie za rękę. S. wyleciał z hukiem za drzwi.

    Miałam do wszystkich żal.

    Nie wiedziałam co się dzieję, kiedy szepcząc coś do siebie po ichniejszemu ponad półgodziny próbowali zatamować krwawienie i nie mogli. Patrzyłam na S. trzymającego na rękach i paraliżował mnie strach, że nawet nie zdążyłam go przytulić. Kazałam mu policzyć paluszki. Byliśmy przerażeni. Obydwoje.

    Ale tego samego dnia byłam już w domu. Z dzieckiem na ręku. Odetchnęłam. Położyłam w swojej pościeli i dotarło do mnie, że to najpiękniejsza rzeźna jaką w życiu było dane mi przeżyć. Że nawet ten ból był magiczny. Bo był mój i doświadczył mnie na całe życie. Pokazał mi jak wiele kosztowało mnie wydanie na świat nowego życia i że to moja praca by tego życia nie 'zmarnować'. Płakałam długo i patrzyłam na jego idealne paluszki. Całowałam stópki. Głaskałam policzki. Delikatnie.

    Powinny powstać miejsca rzetelnej informacji. Takie ciche zakątki gdzie nikt nie patrzy na ciebie ze ,zdziwieniem że czegoś nie wiesz. Gdzie przepędzono by każdy strach. Gdzie wręczono by w dłonie prawdziwość i szczerość. Gdzie wytłumaczono by, że lekko nie będzie. Ale to najpiękniejsze 'lekko nie będzie' w twoim życiu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja lubilam czytac i luchac opowiesci o porodach. Wszystkich. Tych lekkich i ciezkich. Gdy sluchalam/czytalam o ciezkim w myslach mowilam do siebie "o, tak juz bylo, wiec mnie takie cos nie spotka" :) Wiem, moze troche naiwne, ale to pomoglo mi sie pozytywnie nastawic do mojego wlasnego porodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie naiwne. Ja tez zaklinam rzeczywistość. I na razie to działa.

      Usuń