piątek, 20 sierpnia 2010

Lepiej nie

Wszystko poszło tak szybko.
Niespodziewanie Go poznałam, niespodziewanie dla samej siebie - zauroczyłam się i zafascynowałam. Sama nie wierząc w to, co robię, zrobiłam krok. Potem następny... I świadomość, że to nie tylko ja, że z drugiej strony jest tak samo. A potem zupełnie naturalnie decyzja, że razem, po paru dniach, ze wspólne mieszkanie. Z niedowierzaniem pakowanie rzeczy (jeszcze nie przewiozłam wszystkich), spokój i radość, które daje współistnienie. Poranne zdziwienie, że jeszcze nie zniknął.
Nagle już nie: JA. Nagle: MY.
 ***
Gdzieś równolegle wizyta u lekarza. Niepokój, złość, niezgoda na to, co zasugerowano. Wczoraj druga - usg. Torbiel dwukrotnie większa od macicy. Kwalifikująca się tylko pod nóż, bo na hormony za późno. Szybko marker nowotworowy. Teraz czekam. Siedzę na cienkiej linii miedzy nienaturalnym spokojem a kompletna histerią. Powtarzam sobie słowa, które wczoraj usłyszałam od niego:
"Jeśli to się zmieści w tysiącu, zorganizujemy bez problemu. Jeśli w czterech, też damy radę."
A potem słyszę w sobie:
"tere-fere, gówno prawda"
Mam ochotę usiąść i płakać. Z pełną świadomością, że to niczego nie zmieni i w niczym nie pomoże. Ale dlaczego nie pozwolić sobie na bezsilność? Dlaczego nie zwolnić blokady strachu?
***
Na Wojtusia z popielnika
Iskiereczka mruga...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz