piątek, 22 lutego 2013

Taki duży...

Już lepiej.

Ince nic nie jest, ja zaczynam normalniej oddychać. Chwała augmentinowi (jakże ironiczne, że mówi to zagorzała przeciwniczka antybiotyków). Mamy też datę i godzinę ślubu zaklepaną i zapłaconą.

Tylko Tymon, na przekór wszystkiemu wynalazł nie wiadomo skąd kawałek szkła i rozciął paluszek. Ale dzielny był, nie płakał prawie i ledwo mu zdążyłam palec przemyć, bo już chciał uciekać do zabawy (i zakrwawiania mi całego mieszkania). A kiedy Tata przyniósł plaster z Kubusiem Puchatkiem i Tygryskiem dumnie go wszystkim pokazywał. Pokazywał, wkładał do buzi zaplastrowany paluszek, obśliniał, aż plaster spadł. Trwało to wszystko mniej niż dziesięć minut. ;)

***

I taki duży już jest mój mały chłopczyk...

Już nie chce, żeby mu przytrzymywać butelkę podczas ubierania pidżamki. Odpycha Tatiną rękę. Sam przytrzymuje jedną ręką, a druga podaje, żeby przełożyć rękaw śpiochów.

I nie chce zasypiać przytulony do Mamy. Owszem, dobrze jeśli leżę obok i mnie widzi, czasem nawet pozwala się głaskać po buzi, ale już coraz mniej tej bliskości przedsennej potrzebuje... Dziś zasnął sam. A ja z jednej strony się cieszyłam, a z drugiej gdzieś zakuło, ze już mu nie jestem tak całkiem niezbędna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz