czwartek, 19 marca 2015

Jak życie zjadło Strzygę

Wiosna powoli się zadomawia, Tymon po odrobaczeniu przestał chorować (czasem nieobecność lekarza prowadzącego jest błogosławieństwem), Agnieszka wyrosła już z etapu "tylko mama", a Cień tak długo kusiła stajnią i bieganiem, że nie sposób było się dłużej opierać.

Zabawne, biorąc pod uwagę, że gdy pięć lat temu Ruda próbowała mnie namówić na trochę ruchu, sarknęłam, że nie zamierzam biegać, nawet, gdyby mieli mi za to zapłacić. ;)

W tym zaganianiu, pomiędzy piaskownicą, treningami (przerwanymi boleśnie przez kontuzję kolana), pracą i relaksem przy książce, odkryłam największy banał na świecie - jestem szczęśliwsza poza internetem. A skoro tak...

Wyszłam z domu.

Czuję się lekka, rozpiera mnie energia, do tego dzieci są już na takim etapie samodzielności, że gdy one babrzą się w piasku, ja czytam książkę na ławeczce.




Czyścimy Szpaka, zwanego dawniej (przez pewną pretensjonalną pannicę) Cestusem

Ona potem spadła.

Mam pewną awersję do piaskownic po odrobaczaniu...

Leni, matka najpiękniejszych kociąt jakie w życiu widziałam.

Garth (czarno biały), Floki (ze strzałką na pysku) i Vane (kanalarz)

Jax i Garth, a z tyłu pyszczek Varro.
Zenit (tudzież Zenek, Zenobiusz, Wredne Bydlę) - równie uparty,jak piękny.
Czaruś, zwany Cezarym (tylko przeze mnie)

1 komentarz:

  1. jak juz psiałam na fb bosko wyglądasz na tym koniu z tym uśmiechem na twarzy aż nie można się nie uśmiechnąć!

    OdpowiedzUsuń