niedziela, 28 lipca 2013

Drugi i ostatni

Jaki jest drugi poród?

Inny. Bardziej świadomy, łatwiejszy do kontrolowania, spokojniejszy. Już wiesz. Będzie długo, będzie bolało, jedyne czego będziesz chciała już niedługo, to żeby dało się ten cały cyrk przełożyć na później. Chociaż godzinę bez skurczy. Ale przede wszystkim wiesz, że jeśli nie położysz się spać, to kiedy zacznie się właściwa akcja porodowa, nie znajdziesz sil nawet na otwarcie oczu.

Tylko jak spać, skoro równo co dziesięć minut na 30 sekund paraliżuje Cię ból? I tak przez pięć godzin. Od północy do piątej rano, kiedy to wreszcie decydujesz się podreptać (tak, tak, pieszo - spacer przyspieszy rozwieranie szyjki i ten cholerny poród wreszcie się skończy) do szpitala. Oczywiście najpierw uzupełniasz listę zakupów, których przecież nie zdążyliście zrobić (miały być właśnie dziś), a które zrobić trzeba, bo Tymoszek coś jeść musi. I robisz mleko, i ubierasz go, bo przecież nie zostanie sam w domu...

A potem jest już tylko spacer na porodówkę, przerywany co sześć minut skurczami.
Są pielęgniarki, które gdzieś między zachwytami nad Tymoszkiem, wypytują Cię o dane osobowe, wyniki badań, częstość skurczy.
Jest położna. Miła, uśmiechnięta, budząca zaufanie. I werdykt - godzina 5:30, 6 cm rozwarcia. Niedługo rodzimy.
Jeszcze tylko pół godziny pod KTG. Skurcze na 80-90 %. Położna kojącym tonem instruująca jak oddychać. Poczucie kontroli. Spokój. To już niedługo. Nic, że boli. Taki ból, to wciągasz nosem na śniadanie, ale gdy tylko odłączają KTG, zaczynasz spacerować, kręcić biodrami, tańczyć do jakiejś nuconej pod nosem, wymyślonej przez siebie melodii.

Skurcze się nasilają. Nadal są co sześć minut, ale bolą bardziej. Położna proponuje prysznic lub gaz rozweselający i po chwili stoisz w kabinie polewając plecy gorącą wodą. Jesteś silna, spokojna, tylko trochę łzy stają Ci w oczach. Nie trwa to długo. Wychodzisz, ubierasz się i intuicyjnie lecisz prosto do położnej. Prosisz o gaz "o ile jeszcze mogę", bo zaczynasz czuć skurcze parte.

Szybkie badanie - mamy pełne rozwarcie, trzeba przebić pęcherz.

Dopiero teraz zaczynasz się bać. Nie przebicia. Wód, które okazują się zielone i skurczy, które nagle nikną na długie dziesięć minut. To już ostatnia prosta. Położna cały czas wspiera, tłumaczy, ze to spowolnienie skurczy jest normalne, że Twoje ciało daje ci ostatni oddech, pozwala nabrać sił. Pojawia się lekarz, na korytarzu czekają już neonatolog i pielęgniarka noworodkowa. W końcu wracają skurcze i... Nie umiesz przeć. Nie panujesz nad własnymi mięśniami.

Położna woła lekarza, w jej głosie słyszysz strach. Starasz się z całych sił, ale mięśnie nie współpracują. Lekarz naciska lekko na brzuch, pomagając dziecku się wydostać. Jest po wszystkim. Tylko dlaczego ona nie krzyczy? Na pięć uderzeń serca tracisz oddech. Zamierasz w przerażeniu i zaczynasz się bezgłośnie modlić.

Kwilenie.

Czyli wszystko jest dobrze. Żyje. Nic jej nie jest.

A Ty powtarzasz scenkę z pierwszego porodu, tylko zamiast płakać "Przepraszam Syneczku" płaczesz "Przepraszam Córeczko". Bo już ją kochasz. Wszystkie wątpliwości zniknęły.

4 komentarze:

  1. Oj tak, emocje górą, ból połączony z niecierpliwością, z wyczekiwaniem i strach by wszystko się dobrze skończyło i zaczęło, gratulacje i byle do przodu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ufff, a więc nie całodobowy =)

    OdpowiedzUsuń
  3. pięknie to opisałaś:)samo życie bez kolorowania

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny opis narodzin:) Oj, drugi poród... Czeka mnie za pół roku... :) JAk wszystkiego mogę być pewna, tak drugiego porodu, jaki będzie- nie!:)

    OdpowiedzUsuń