środa, 8 lipca 2015

Patataj

Tulimy Zenita, kwiecień 

Kiedy miałam dwanaście lat niedaleko mojego domu postawiono okrągłe ogrodzenie o średnicy trzech metrów i wpuszczono tam dwa kucyki. W ciągu dnia oprowadzano na nich dzieci, wieczorem zaprowadzano do boksu w pobliskiej stajni. Przychodziłam tam niemal codziennie, zrywałam dla nich trawę, a czasami nawet pomagałam odprowadzić do stajni. Kucyki były śliczne, choć niezbyt przyjazne. A jednak sprawiły, że się zakochałam.

Rok później na drugim końcu tego samego pola otworzyła się stadnina. Konkretnie - namiot z dziesiątką koni, które facet z Mazur planował wypożyczać na jazdy. Jako, że udało mi się dogadać z chłopakiem, który się końmi zajmował, wpadałam tam przez całe wakacje. Trochę czyściłam, trochę głaskałam, donosiłam wodę i owies, a w zamian zarobiłam ugryzienie w udo. Dla równowagi posadzono mnie raz czy dwa na najłagodniejszym koniu, Jaśku. A, że nie spadłam to uwierzyłam, że umiem "trochę" jeździć. Ot, nastolatka.

Kiedy więc pojechaliśmy na wycieczkę szkolną i trafiliśmy do prawdziwej stajni ubłagałam nauczycielkę, by pozwoliła mi wykupić chociaż pół godziny jazdy. Instruktorka zapewniona przeze mnie, ze już jeździłam kazała mi zakłusować i tak się skończyła moja jazda. Nie wyleciałam co prawda z siodła, ale na tyle szarpałam konia za pysk, ze wściekła instruktorka zabrała mi wodze i stwierdziła, ze przy moim braku umiejętności może mnie jedynie oprowadzić. Wtedy był to dla mnie koniec świata i wielka niesprawiedliwość. Dziś ani trochę się jej nie dziwię.

Mijały lata. Najpierw podrosłam, potem dorosłam, a wreszcie zamieszkałam z Cień i tak się złożyło, ze akurat gdy się tam pojawiłam organizowana była akcja wykupu koni - by nie trafiły do rzeźni. W jednym się zakochałam i wnet w mojej słynącej z niedoboru oleju głowie zrodził się pomysł, żeby zostać choćby jego współwłaścicielką. Nie żeby było mnie na to wtedy (czy teraz) stać. Ostatecznie Szpaka wykupiła Cień. Potem kupiła Wisia i na nim nawet miałam się uczyć jeździć, ale zdążyłam wsiąść w siodło bodajże raz, po czym wyprowadziliśmy się do Rawy, gdzie urodziłam jedno dziecko, drugie dziecko i, nie mając nawet kiedy się spokojnie wysikać, przestałam myśleć o jakichkolwiek koniach.

I pewnie dalej bym nie myślała, gdyby nie nasz spontaniczny powrót na Pomorze.

Bo Cień (ogólnie ostatni rok to Cień, za co dziękuję losowi) zaczęła mnie uczyć. I choć na początku był krew, pot, łzy i bardzo dużo brzydkich słów pod nosem (oraz zupełnie głośno), to po etapie, gdy głównie się bałam i nogi bolały mnie tydzień po jeździe, przyszedł ten, gdzie zaczęła kiełkować pewność siebie, notorycznie lecąca w niepamięć, gdy Zenit postanowił mieć w nosie moje próby wydawania poleceń, a Szpak (już dorosły, ale nadal piękny) po prostu stawał w miejscu kompletnie zdezorientowany sprzecznymi sygnałami. Chociaż nie raz wracając do domu stwierdzałam, ze ja nie umiem, ja się nie nadaje i się nigdy nie nauczę. I choć w ostatnią sobotę miałam ochotę się poddać i zrezygnować, to w niedzielę było lepiej, a we wtorek w tych kilku kółkach galopu poczułam wreszcie smak spełnionego marzenia.

Jestem już dużą dziewczynką i wiem, że nie umiem jeszcze jeździć.
Ba, nie raz jeszcze przeklnę pod nosem, że bez sensu, ja dziękuję, Cień, daj spokój, ja nie potrafię.

Ale już dziś mogę Ci powiedzieć, że dałaś mi gwiazdkę z nieba.
Za co Ci po prostu z całego serca dziękuję.

3 komentarze:

  1. Ja mam straszny respekt przed koniem. A takie sa piekne!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jazda konna to było moje marzenie od dziecka. Kiedyś jeździłam, uczyłam się prawie rok... Potem miałam dość poważny wypadek na koniu i mama zabroniła mi dalej jeździć. Teraz żałuję.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie. To wspaniale, że spełniasz jakieś swoje marzenie z dzieciństwa. A konie? Konie są niesamowite.

    OdpowiedzUsuń