środa, 17 czerwca 2015

Pierwsze pożegnanie

Wiele razy i  z różnych powodów podchodziłam do odstawiania Agnieszki od piersi.

Próbowałam się dostosować do oczekiwań otoczenia. Miałam dość słuchania, że mleko po (pół)roku to jak woda (nieprawda). Chciałam wreszcie odpowiedzieć "tak" (albo raczej "TAK, kurwa!"), na pytanie, czy W KOŃCU przestałam karmić. Nie musieć słuchać tekstów, że za długo, bez sensu i nibyżartów, że może do podstawówki będę karmić.

Później byłam zmęczona. Gryzieniem, wiszeniem na mnie, niemożnością wyjścia, pobudkami w nocy. Wierzyłam, że gdy wreszcie ją odstawię, Agnieszka w magiczny sposób stanie się bardziej samodzielna i samowystarczalna.

Jednak każde podejście rujnowały gorsze dni, skok rozwojowy lub bolesne ząbkowanie.

Teoretycznie mogłam się uprzeć i twardo trzymać się planu, ale wtedy byłabym nieszczęśliwa, bo zjadałoby mnie poczucie winy, że nie było mnie stać na odrobinę elastyczności i zepsułam swoje ostatnie karmienie rozpaczliwym płaczem córki. Ostatecznie w macierzyństwie nie chodzi o to, żeby dziecko złamać, tylko, by nauczyć się z nim współgrać, tak, aby obie strony były zadowolone. Albo nie były niezadowolone.

***

Minęły miesiące od pierwszej próby i tygodnie od ostatniej. Agusia zaczęła się zmieniać sama z siebie. Dzień zaczyna biegnąc do P., by się przytulić, je coś więcej, niż okruszki, przestała panicznie bać się ludzi innych niż ja, P. i Tymon.

Nadszedł właściwy dla niej czas.

W kilka dni przeszłyśmy od szarpania bluzki, uspokajania się i zasypiania przy piersi, do usypiania przy tuleniu, jedzenia normalnych posiłków i picia wody/soku.

Jakże bezsensowne jest to, że teraz gdy doszłam już niemal do celu (nocne i nadranne karmienie do pożegnania), oprócz dumy z mojej dużej, dzielnej dziewczynki, czuję też pieczenie pękającego z żalu serca. Bo każdy mijający dzień, jest ostatnim z tak małym dzieckiem i z każdym z nich jestem odrobinę mniej niezbędna i niezastąpiona.

***

Ostatniej nocy Agnieszka zamiast mleka piła wodę. Pozostaje nam do "usunięcia" karmienie nadranne.

3 komentarze:

  1. Well, ja doszłam już do etapu, że ludzie przestali pytać, KIEDY :) A kiedy jeszcze pytali, też wielokrotnie miałam ochotę odpowiedzieć: NIGDY, KURWA!
    A tak serio- są dni, kiedy z całego serca dosyć mam tego karmienia. Ale potem jest jelitówka, albo tak jak teraz- zapalenie oskrzeli, albo coś innego, i dalej się karmimy... Eh. A na myśl o tym, że kiedyś nadejdzie jednak ten dzień, że karmienie będzie już tylko wspomnieniem... jakaś część mnie już czuje jednak smutek i żal. Czy ja jestem normalna?!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jako matka nigdy nie karmiaca nie rozumiem. Ale mam nadzieje ze kiedys uda mi sie poczuc to co Wy czujecie teraz
    A takie teksty innych ludzi....porażka co to kogo obchodzi ile karmisz i dlaczego tak dlugo.przeciz to sprawa indywidualna każdego. a

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana, a ja podziwiam. Dla mnie rok jest wystarczający w 100% :)

    OdpowiedzUsuń