piątek, 6 lutego 2015

Wpis terapeutyczny, czyli "Ja się dla Ciebie starałam, a Ty..."

W okresie nastoletnim strasznie się buntowałam na brak akceptacji i miłości bezwarunkowej. Wiecznie miałam poczucie niedocenienia, niedochwalenia i niedotulenia. Z rodzicami relacje miałam dość trudne - w sumie trudno się dziwić, bo nie należałam do dzieci łatwych w obsłudze. Potrzeba czułości mieszała się u mnie z niewyparzoną buzią i niebywałym talentem do robienia wszystkiego "nie tak".

Teraz, przekroczywszy ćwierćwiecze i zmagając się z równie trudnym jak ja sama trzylatkiem, lepiej rozumiem emocje moich rodziców.

Wyobraźcie sobie...

Godzę macierzyństwo z pracą. Mam lepiej niż większość z Was, bo pracuję w domu. Fakt, gdybym pracowała poza nim, swoje obowiązki wykonałabym w trzy godziny, a nie w sześć, ale jednak - budżet zasilony, dzieci przy matce. Teoretycznie wymarzona sytuacja, praktycznie Tymon wyraźnie daje znać, że poświęcam mu za mało czasu.
Nie jestem z dziećmi, tylko przy nich.

Postanowiłam, że się przeorganizuję, zarwę noc i dzień dzisiejszy poświęcę w całości dzieciom.

W efekcie poszłam spać późno (co wcale nie oznacza, ze udało mi się zrobić wszystko), wstałam wcześnie i o 11:34 zgłosiłam gotowość do całkowitego oddania się budowania więzi z dziećmi. Poszliśmy na spacer, na plac zabaw w pewnej galerii, Tymon miał okazję pobawić się w nowym miejscu i w towarzystwie innych dzieci. Dla podbicia stawki obydwoje zostali szczodrze obdarowani, a do domu wróciliśmy autobusem (radość porównywalna z tą, gdy na koncie odkrywasz dodatkowe 500 zł, którym nie musisz się z nikim dzielić).

I co?

Pierwszą rozpacz zaliczył, gdy okazało się, ze nie będziemy mieszkać na placu zabaw. Na tę byłam przygotowana. Zachowałam spokój, opanowałam sytuację i ruszyliśmy do domu, po drodze zahaczając o dział z autkami i chupa-chupsami.

Drugi poziom nieszczęścia osiągnął, gdy okazało się, że nie idziemy do cioci Cień. Na szczęście z pomocą przyszedł nam autobus.

Armagedon nadszedł, gdy doszliśmy do ścieżki wiodącej prosto pod nasz blok i trwał jeszcze ponad godzinę po wejściu do mieszkania. Wisienką na torcie okazał się nowy pomysł Tymona - w złości/histerii krzyczeć: "Auua! Au!".

Całość podsumować mogę jednym słowem: zajekurwabiście.

***

Co czuję w takiej sytuacji? Bezwarunkową miłość? Nie. Czuję żal i złość, bo zarwałam noc, wstałam niewyspana i podporządkowałam cały dzień dzieciom, a jedno z nich zamiast okazać wdzięczność urządza fochy i histerie. Czuję się niedoceniona, mam wrażenie, ze moje starania poszły w błoto.

Jaka jest rzeczywistość? To histeryzujące dziecko tak rzadko ma okazję spędzić ZE MNĄ cały dzień, że walczy o to do ostatniej kropli krwi.

Co zrobiłam? Zachowałam spokój (co wcale nie było łatwe). Ze dwa razy w ciągu tej godziny powiedziałam, że jeśli chce, może się przytulić i czekam na niego w pokoju (histeria trwała w korytarzu). Poinformowałam też, że rozumiem jego smutek i złość. I czekałam, bawiąc się z Agnieszką. W międzyczasie wyżaliłam się Cień, dzięki czemu emocje trochę ze mnie zeszły.

Tymon przyszedł do mnie sam, kiedy poradził sobie ze swoją wściekłością na tyle, by przyjąć wsparcie.

***

Koniec końców - postąpiłam tak, jak chciałabym, żeby postąpili w podobnej sytuacji moi rodzice.

Pozostałam dorosłym w tej relacji, nie dałam się wciągnąć w spiralę złości i, mimo iż jej w tym momencie nie czułam, okazałam akceptację dla uczuć Tymona.

Nie udałoby mi się to bez Cień, która była obok w krytycznym momencie i bez bloga, bo pozwala mi na chłodno przeanalizować całą sytuacje oraz wyciągnąć wnioski na przyszłość.

***

Dla równowagi - czysta radość. Albo, mówiąc inaczej - dowód, że moje starania przyniosły efekty.





4 komentarze:

  1. mądra mama z Ciebie ja nieraz daję się wkręcić w spiralę złości ....potem wcale nie jestem z siebie dumna:/

    OdpowiedzUsuń
  2. Fuck, czemu ja tego posta nie przeczytałam przed dzisiejszymi zakupami z Elizą?! Miałam ochotę Ją udusić. U-D-U-S-I-Ć!!! A potem byłam wkurwiona na siebie, nie dlatego, że miałam takie myśli, tylko dlatego, że to właściwie przez moją "dobroć" cały ten cyrk...
    Także gratuluję Ci opanowania! Jesteś na zdecydowanie wyższym levelu niż ja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie chwile załapania zwykłam określać "rozczarowana macierzyństwem". Bo ja nie pisałam się na bicie mnie po twarzy, szczypanie, wchodzenie na mnie, wymuszanie (w tym wypadku Młodziaki), a to z wielką "miłością" upodobały sobie moje dzieci...
    Ale gdy tak patrzę, gdy Młodziak Pierwszy tak zacięcie stawia pierwsze kroki to mam ochotę skakać z radości.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo przecież dzieci to takie przekorne złośliwe bestie, które nigdy nie zachowują się tak jakbyśmy sobie planowali. Njagrzeczniejsze będą gdy są z wami goście, a jak zostajesz z nimi sama to diablęcia.A wdzięczność? Może jak dorosną.

    OdpowiedzUsuń