niedziela, 25 lipca 2010

Forever's gonna start tonight

Czekam na kroki w korytarzu. Na ciepło oplatających mnie rąk.
Czekam na zachłanność ust.
Czekam na szept plączący się we włosach. Na ostrość zębów i paznokci.
Czekam na zasypianie ze zmęczenia i budzenie się z głodu.
Czekam na drobne gesty czułości i agresje przedwieczornych sprzeczek.
Czekam na lepkość śliny i fioletowienie siniaków.
Czekam na palące krople wosku i bolesny chłód kostki lodu.
Czekam na smak porannej kawy i spóźnionego obiadu.

Jedwab i palcat.
Zwyczajna niecodzienność lub codzienna niezwyczajność.
Ponoć jestem tego warta.
***
Na ogół samotność traktuję jak siostrę. W końcu dobrze mi z możliwością niekrępowanego rozwoju. Dobrze wiedzieć, że nikogo nie zostawiam samego, jeśli przyjdzie mi fantazja wyjechać, wyjść, wrócić za parę dni. Dobrze mi z niezależnością.
Na ogół.
Dziś cholernie mi brakuje świadomości, że ktoś na mnie czeka. Że wrócę do domu i powita mnie uśmiechnięte: „Dobrze, że jesteś, Kotku…”. Że zjem obiad z kimś, obejrzę film i poczytam książkę z głową na czyichś kolanach. Że wkurzę się wieczorem, bo przez cały dzień nie było komu zmyć naczyń. Że trzasnę drzwiami od łazienki, a ktoś szarpnie klamkę z drugiej strony. Że wyjdę spokojniejsza, z mokrą głową i koszulką przylegającą do niedokładnie wytartych pleców. Że zapadnę w pościel i nie zasnę do czwartej nad ranem, a rano obudzi mnie zaspane: „Spóźnisz się do pracy.”
Przejdzie. Musi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz